Śląsk to ciekawa i specyficzna część naszego kraju. Przesiąknięta lokalną historią i podaniami, jest miejscem, w którym żyją twardzi ludzie o silnych osobowościach. Kobiety i mężczyźni od lat wykuwali w tej ziemi swoje charaktery i kulturę. Ja sam na Śląsku bywam, przynajmniej raz do roku. Moja mama wychowała się w trójkącie Będzin-Bytom-Pyrzowice (nie wiem, gdzie zaczyna się Zagłębie w tym trójkącie, a gdzie kończy Śląsk, może Wojtek mi pomoże), bywałem za dzieciaka często u dziadków w okolicach Pyrzowic, tam zresztą są pochowani.
Ale nie jestem Ślązakiem. Urodzenie mojej mamy było trochę dziełem przypadku. Jednak przez fakt, że tam bywałem i bywam oraz mam trochę znajomych bliższych i dalszych z tamtych terenów, mam wrażenie, że namiastkę, naparstek tej kultury znam. Czy rozumiem? Czy czuję? Zdecydowanie nie. Nie mam prawa, bo nie czuję się z tą ziemią związany. Jestem zresztą półkrwi Wielkopolaninem. Ale to co łączy Ślązaków i Wielkopolan, to na pewno silne charaktery i szacunek do pracy. Łączy też umiłowanie wolności – w końcu powstańcy wielkopolscy wsparli powstańców śląskich w walkach o powrót w granice Rzeczpospolitej po I wojnie światowej.
Śląsk to trochę dla mnie miejsce magiczne. Pełne kopalń, hut, fabryk – chociaż dzisiaj likwidowanych – przypomina w swoim klimacie tereny rodem z fantasy. Inna mentalność, inne podejście do życia i w końcu – inne opowieści. Pełne demonów, przesądów, diabełków, beboków, stanowi niezwykle ciekawy element polskiej kultury. Jednocześnie mam wrażenie, że to ostatnie takie tereny w których te legendy żyją dość powszechnie, a nie tylko wśród specjalistów od folkloru czy regionalistów. Czy są opowiadane dzieciom, podobnie jak to się ma w prezentowanej książce? Nie wiem. Ale chcę wierzyć, że tak jest.

W ten niejako mityczny, tajemniczy, trochę tolkienowski świat wkracza Beata Skrzypczak ze swoją powieścią Hasi. Jak sama podkreśla – nie jest rodowitą Ślązaczką. Podjęła się więc zadania trudnego. Trzeba naprawdę dużo odwagi, żeby porwać się na taką misję, mając niejako wiedzę wtórną, i wyjść z niej obronną ręką. Można dość szybko narazić się na ostracyzm ze strony lokalsów i popaść w tarapaty. A Ślązacy, takie mam wrażenie, trudno wybaczają i długo pamiętają. Jak więc udało się Beacie poradzić ze „śląskością” w Hasi? Bo, nie ma co się tu oszukiwać, obok elementów grozy Hasi jest głównie gawędą o Śląsku (co zresztą podkreślają Jakub Ćwiek i Wojciech Chmielarz na tylnej okładce książki. I co potwierdziła sama autorka).
Wydaje się, że dla osoby, która dosłownie skubnęła tej kultury jak ja – dość dobrze. Czytałem tę książkę z zainteresowaniem. Byłem ciekaw tego, w jaki sposób Beata zbudowała śląski klimat, który w moim przekonaniu udało jej się uchwycić. Duszność familoków, obskurność starych katowickich dzielnic – nadal niebezpiecznych (byłem w zeszłym roku w Chorzowie i Katowicach. Tak, były takie miejsca, gdzie się bałem), to wszystko jest tutaj obecne. Lepkość powietrza. Brud węglowych hałd. Da się wyczuć ten rytm Śląska, jego charakter. Bynajmniej jednak nie został on pokazany w sposób zacofany, czy też przerysowany. Dzielnica Hasi to takie miejsce zawieszone między starym, a nowym – z jednej strony mamy więc młodych takich jak Piotr, Alicja, Hubert czy Gerda z drugiej – stare pokolenie Ślązaków jak Wanda, Janka czy Alfred. Wszyscy oni tworzą wewnętrzny folklor. Obraz Śląska i Ślązaków. Dla mnie, jak w soczewce oddający to, z czym mi się Śląsk kojarzy. Ale jak napisałem – żaden ze mnie specjalista. Po różnych recenzjach w Internecie widzę, że opinie są podzielone. Może wynika to z faktu, że robi to – jednak mimo wszystko – ktoś z zewnątrz? Nawet jak od lat już z tymi miejscami związany? Wiecie, tak to jest, że nie ważne jak głęboko w jakąś kulturę wrośniecie, dla „tutejszych” zawsze pozostaniecie „obcymi”. Może więc uważa się, że „obcy” nie powinien o Śląsku pisać? Czy to jednak istotne? Dla większości z nas, Czytelników, Śląsk często jest w ogóle obcą krainą, miejscem kojarzącym się tylko z kopalniami i węglem. Nie znamy wewnętrznego rytmu tych miejsc. A jeżeli próbujemy je poznać, to nie wiem czy stuprocentowo się udaje. Raczej nie, bo to miejsce dla nas kompletnie obce. Beata, wbrew pozorom i w moim odczuciu, naprawdę nieźle tę specyfikę uchwyciła.
Głównym problemem jaki dla mnie występował w książce Beaty, było pewne przeciąganie treści, rozwlekanie jej w moim odczuciu zupełnie niepotrzebnie. Rozumiem, że chciała jak najpełniej oddać pewne charakterystyczne dla tych miejsc rzeczy, ale np. część wstawek historycznych czy opowieści snutych przez bohaterów można było śmiało opuścić, bez straty dla fabuły i integralności opowieści. Beata broni się tym, że samym Ślązakom taka forma przedstawienia pasuje, bo oni są gadułami (to prawda) i lubią opowiadać. Tylko dla czytelnika z zewnątrz te wstawki faktycznie mogą być odrobinę nużące. No, ale nie da się przecież zadowolić wszystkich, prawda?
Wydaje się, tez że autorka miała bardzo dużo pomysłów, które chciała zmieścić w jednej książce i czasem to się przebija, nie jest do końca dopasowane i może wybijać z rytmu czytania. Niestety, co mnie dość mocno zaskoczyło – sporo jest też problemów redakcyjnych, w tym powtórzeń czy potknięć językowych albo zjedzonych literek, które można było wyeliminować, ale to już nie jest wina autorki a raczej wydawnictwa.
Co do gwary – bo niektórzy zwracają na to dużą uwagę – wydaje mi się, że Beata dobrze wybrnęła z tego problemu. Jeżeli jej bohaterowie w ogóle nie posługiwaliby się językiem zbliżonym do gwary, zarzucano by nieautentyczność autorce i powieści. Oczywiście, mogła spędzić dziesięć, piętnaście lat na studiowaniu śląskiego i jej dopracowanie w książce. Ale Hasi to przede wszystkim powieść rozrywkowa i spełnia inną zupełnie rolę, aniżeli niektórzy chcieli by to widzieć. Zresztą jak sama Skrzypczak podkreśla w posłowiu – nie pretenduje do roli znawczyni tego języka, bo przecież są od tego specjaliści. I jeżeli ktoś chce, to przecież może Hasi na śląski przełożyć, nikt tego nikomu nie broni. Gdyby cała książka była napisana gwarą, to byłaby absolutnie nie do przyjęcia dla czytelnika z Pomorza czy Mazur, bo by najzwyczajniej w świecie jej nie zrozumieli. A Beata Skrzypczak pisze o Śląsku głównie ludziom, którzy Śląska nie znają. I to trzeba docenić.
Na duży plus zasługuje sam pomysł historii. Ostatnie sto stron to istny rollercoaster w naprawdę dobrym stylu. Co z tego, że od jakiegoś czasu podejrzewamy, kto jest kim, kiedy na końcu i tak jest zaskoczenie? Skrzypczak nie ma litości dla swoich bohaterów – i dobrze, bo nie lubię historii w których na końcu i tak jest tylko happy end i wszyscy idą w stronę słońca. Na Śląsku nie wszystkie historie mają happy end. Ba, jestem wręcz skłonny stwierdzić, że większość kończy się – mimo wszystko – źle.
Czy jest więc Hasi godne polecenia? Tak. Jeżeli nie znacie kultury śląskiej, możecie się w tej książce miejscami pogubić, to prawda. Możecie niektórych rzeczy nie zrozumieć. Jednak ona została napisana m.in. po to, żeby tę kulturę przybliżyć, żeby tych Ślązaków pokazać.
Może Beata zachęci was do odwiedzenia Katowic czy Bytomia? Ja wam serdecznie polecam taką wycieczkę. Bo, chociaż jesteśmy jednym narodem i jednym krajem, warto pielęgnować takie odmienności, które stanowią naszą lokalną tożsamość.
Z ciekawostek: Beata szykuje drugi tom trylogii śląskiej. Ma się ukazać na jesieni. Druga: na ostatnich targach książki zdobyła nagrodę na najlepszą książkę w kategorii groza/horror za rok 2025. Pojawiły się głosy – HAŃBA! ŚMIECH NA SALI! CO TO MA BYĆ!. Otóż, Obywatele, takie są plebiscyty i wybory – każdy ma prawo zagłosować. Beata zdobyła największą liczbę głosów – czy wynikało to ze zmotywowania swojej bazy, którą ma w socialach? Może. Czy to coś złego? Nie. Bo w zasadzie każdy tego typu konkurs to często konkurs popularności. Tak, z Zajdlem jest podobnie. Książka Beaty stała się popularna. Ale co jest niezwykle istotne i wydaje mi się, że wielu umyka – wywołała dyskusję. Nie jest kolejną na polskim rynku powieścią napisaną „bo piszą wszyscy” (o kryzysie czytelnictwa w kontekście nadprodukcji książek nie będziemy się tutaj nadmiernie rozwodzić) tylko Beata zrobiła risercz, usiadła, zrobiła tę robotę i ta książka żyje teraz niejako poza nią. Jeden moich ulubionych polskich pisarzy, Łukasz Orbitowski, często mówi, że po skończeniu książki ona nie jest już „jego”, bo została oddana i puszczona w świat. Tu jest podobnie. Ja Beacie serdecznie gratuluję, bo jeżeli ciężka praca zostaje okupiona późniejszym sukcesem w postaci uhonorowania nagrodą/nagrodami, jest to najlepsze co spotyka autorów i osoby piszące.
A, jeszcze wracając do samej treści Hasi, bo byłbym zapomniał – pamiętajcie Bracia i Siostry, że cykle muszą zawsze się domknąć. A jak zabijacie demony – nieistotne, czy Śląskie, Wielkopolskie, czy Kaszubskie – upewnijcie się, czy drzwi do piekła zostały dobrze zamknięte.
Mateusz „StrongSilentType”
Za książkę do recenzji dziękuję Autorce oraz Wydawnictwu Vesper.
Podczas czytania książki słuchałem:
Kat – Róże Miłości Najchętniej Przyjmują Się na Grobach
Kat – Oddech Wymarłych Światów
Kat – Bastard
