Poniższy tekst stanowi rozszerzenie artykułu opublikowanego w numerze drugim Statku Głupców. Przedstawione treści stanowią prywatne stanowiska autora. Redakcja nie ponosi za nie odpowiedzialności.
Planowałem ten tekst. Jest to zestawienie i wynik gargantuicznych ilości przelanego jadu w komentarzach na social mediach, rozpaczliwych krzyków w knajpianych oparach frywolnej zabawy i rozpaczliwych wymian poglądów i zdań, gdy wraz z rzeszą pasjonatów patrzyliśmy na zgliszcza tego, co kiedyś było zwycięstwem polskiej fantastyki. Bo po zmianie opisywanej przez Jacka Dukaja nastała, jak to w przyrodzie bywa, kolejna zmiana. Tam, gdzie mówiliśmy o ewolucji, raptem dwadzieścia lat temu, dziś można bez uprzedzeń stwierdzić, że nastąpił rozrost tak gwałtowny, że właściwy raczej zmianom rakotwórczym.
A zatem, cytując Jacka Dukaja, posłużę się inicjałami „J.D.” a wszystkie odniesienia zaznaczone kursywą pochodzą z tekstu „Krajobraz po zwycięstwie, czyli polska fantastyka AD 2006”, dostępnego w tym miejscu. Obserwując i uprzedzając spodziewane oburzenie, dodam, że tekst ten nie ma na celu być malkontenctwem, czy rwaniem koszuli, a raczej pozbawionym skazy ideologiczno–historiozoficznej oglądem i rewizją prezentowanych danych. Nic bowiem nie wspiera dyskursu tak dobrze jak dane. Zaczniemy więc niemal tak samo:
Pierwszym warunkiem sensownej dysputy jest jasny ogląd faktów. Drugim wszelako – konsekwentna ich ocena.
1. Diagnoza ilościowa, czyli rynek
1.1. Książki, e-booki, audiobooki
J.D. mówił o boomie na polską fantastykę, jakiego nie można było uświadczyć w warunkach komercyjnie działającego rynku książki. Dziś można śmiało stwierdzić, że bomba wybuchła. Pozostawiła po sobie niemal zgliszcza, bo rodzimy rozrost i optymizm przemienił się w falę uderzeniową, która, choć pozwoliła wybić się paru autorom do świadomości szerszego odbiorcy, to zdmuchnęła płomienie pozostałej – znacznej – części, która, choć zapowiadając się całkiem nieźle, nie odniosła znaczącego sukcesu zagranicznego (poza może autorem oryginalnego oglądu, czyli J.D.).
1.1.1. Praca u podstaw i zachowanie dziedzictwa koszmarnych malowideł
Zaczniemy od rdzenia wybuchu, czyli popularności Niezależnej Oficyny Wydawniczej „Nowa” Sp. z o.o., (a właściwie to SuperNowa), nagrodzonej na Euroconie jako najlepszy wydawca (2000 i 2003). Dziś oficyna „aktywna” wyłącznie w spisie KRS-u, a degradacja wydawnictwa nastąpiła głównie po śmierci Mirosława „Kowala” Kowalskiego w 2022 r. Strona internetowa nie istnieje, a z działań wydawniczych można zaobserwować wyłącznie odgrzewane wznowienia Sapkowskiego i Zajdla.
Działania chwalebnej pracy u podstaw wydaje się podtrzymywać w stanie wegetatywnym Wojciech Sedeńko. Słynie on co prawda z zacnego wydawania większości dzieł klasycznej SF i wypuszczania na rynek protoplastów gatunku w – i tu nieco mniej chwalebnie – oprawie graficznej rodem z lat transformacji ustrojowej.
Wśród największych obecnie graczy należy wymienić:
- Rebis, w serii równie koszmarnych okładek „Wehikułu Czasu”, niestety skupiając się wyłącznie na tekstach zagranicznych z amerykańskiego złotego wieku SF. Trzeba oddać Poznaniakom to, że w porównaniu do poprzedniego działacza nie oszczędzają na korekcie i potrafili przekonać się do nowych sposobów istnienia książki, czyli wersji czytnikowej i audio.
- Wydawnictwo Literackie, które w ostatnich latach również zabawia się w nekromancję, wznawiając dzieła Lema w nowej oprawie. Niestety jest to zabieg bardziej marketingowy, niż faktyczna chęć krzewienia podstaw fantastyki. Patrząc po ich drugim dużym nazwisku z fantastyki, czyli nomen omen autorze oryginalnego eseju, Literackie raczej pozostaje odpowiednikiem bunkra atomowego, który, niezależnie od rozmiarów zagłady, przetrzyma wszystkie zawirowania, wychodząc zwycięsko z kataklizmu.
- Fabryka Słów (w tej samej lidze grała też Runa, która dziś już nie istnieje) – rzetelny i dobrze ograny marketing daje swoje rezultaty. Jednak od paru ostatnich lat wydają się pogrążeni w stagnacji. Odeszli w którymś momencie od wydawania swoich „starych” autorów na rzecz nowych, raczej zachodnich, celując w młodszego odbiorcę. Zdają się obecnie ten błąd naprawiać, jednak Fabryka Słów nie spełniła pokładanych w niej nadziei, aby zająć pozycję naczelnego wydawcy debiutów. Tę pałeczkę przejęły małe wydawnictwa.
- MAG, założony w 1993 roku przez Jacka Rodka, współzałożyciela i wicenaczelnego Fantastyki. Choć na początku wydawali się zainteresowani wyłącznie RPG, dziś dominują na rynku, opierając się niemal wyłącznie na anglosaskich perełkach, które przetrwały próbę, jak te od Literackiego. Są też twórcą być może najbardziej irytującego systemu wydawniczego, opartego na niedoborze i malutkich nakładach. Ich kluczowe serie, które pozostają w strefie klasyki fantastyki to: Uczta Wyobraźni i Artefakty.
- SQN – kontynuujący jakość historii spod egidy Fabryki Słów. Mamy tu w większości literaturę nienachalną pod względem jakości, za to okraszoną sporą dawką żartu i młodzieżowego ducha dla nastolatków, albo tych, którzy wciąż próbują nimi być.
- Vesper – wydający się być pewnym silnikiem, za którym stoi doświadczenie i środki In Rock Music Press. Vesper wydaje obecnie najładniejszą (a w XXI wieku jest to wyznacznik) serię Wymiary, która sporą część oprawy zawdzięcz Maciejowi Komudzie. Seria aspiruje górnolotnie do „wyselekcjonowanego zbioru najważniejszych dzieł w historii gatunku science fiction”. Trzeba dodać, że poza serią Vesper jest jednym z nielicznych na polskim rynku fantastyki wydawców, który stawia na – w danym momencie – nieznanych autorów: Beata Skrzypczak, Marek Zychla, Tomasz Sablik, Konrad Możdżeń, Rafał Nawrocki, Artur Urbanowicz. W tej kategorii pozostają również duzi gracze, niekoniecznie utożsamiani z rynkiem fantastyki. Do takich przykładów należy wspomniany wcześniej Rebis, ale również Zysk i S-ka, oraz Prószyński, który niedawno wznowił Świat Dysku, ale również trzyma rękę na Le Guin, a z najnowszych łowów zaimportował Reevesa z tandemie z Mievillem.
- Powergraph. Tutaj goszczą nazwiska, które, choć kiedyś bliżej utożsamiane z fantastyką, dziś operują też często w głównym nurcie. Jest to też jedno z niewielu wydawnictw aktywnie sprzedających gadżety powiązane z książkami. To kolejny nowy zabieg, jakim próbuje się przyciągać nowych, a przede wszystkim młodych czytelników (bo jednak najwięcej skarpetek, naklejek, naszywek i plakatów odwołuje się do serii młodzieżowej Rafała Kosika).
- Mięta idzie podobną drogą. Jednak mimo wciąż wyraźnych powiązań z fantastyką oficyna wydaje się orbitować w kierunku kryminału i młodzieżówek. Warto zauważyć że to właśnie powieść młodzieżowa wydaje się w całości absorbować umysły i portfele młodych ludzi.
Z sieci i środowiska fanfików do głównego obiegu przedarły się również wyspecjalizowane konsorcja, które traktują fantastykę jak kolejny poligon komercjalizacji rodem z reality show, bo to tylko setting, gdzie liczy się kto z kim sypia i kogo zdradza – czyli NieZwykłe. Jest to ewenement na tyle duży, że należy się mu osobna wzmianka. Inne wytwory funkcjonują raczej w roli imprintów, stawiając na anglojęzyczne nazwy z połączeniem w nazwie gatunku, co wcześniej było cechą wyłącznie wydawców fandomowych.
Do ostatnich obrońców jakości warto zaliczyć osobną, a też – nie ukrywam – personalną wzmiankę, czyli wydawnictwo IX. Dziewiątka wydaje właściwie SF i szeroko rozumianą grozę, jednak utrzymując wysoki poziom redakcyjny i korektorski. Jest to chyba też najbardziej przystępny wydawca, który sam wyszukuje autorów i twórców. Czy jednak uda mu się wygryźć kawałek rynku w tym środowisku, pozostaje mocno niepewne. A szkoda, bo czuć w tym wydawcy miłość do literatury i znawstwo tematu. W dobie dzisiejszego rynku ponad jakość wydaje się jednak przebijać medialna otoczka.
Opisywane przez Dukaja Solaris już nie istnieje, zastąpiło je Stalker Books. WAB dalej ma parę tytułów w portfolio, ale z racji przynależności do Foksala raczej wycofuje się z rynku fantastyki., Świat Książki ogranicza swoją działalność do klasyki w barwionych brzegach (Wilde, Grabiński, Shelley, Stoker) i romansu w lekkiej otoczce fantasy – czyli Outlandera. Videograf w całości poszedł w romantasy, a jedynymi tekstami mocniej zahaczającymi o fantastykę są wznowienia Trosi. Copernicus w całości porzucił fantastykę, idąc w teksty popularnonaukowe. 2005 rok musiał być rokiem szczególnym, bo Fundacja sztuki na rzecz Integracji tylko wtedy wydała fantastykę. Pozostają jednak wydawcy trzymający autora w ramach symbolicznego udziału w rynku – Wielka Litera wydaje Atwood, Media Rodzina trzyma publikacje J.K. Rowling, Suzanne Collins i C.S. Lewisa. Nagrobek można wystawić wydawnictwu Runa, które utrzymało się niepełną dekadę, Red Horse porzucił chyba na stałe myśli o fantastyce, idąc za przykładem Copernicusa, podobnie Bellona, Dolnośląskie i Galeria Książki.
Jednak boom objawił również inny aspekt rynku, bo tam, gdzie pojawia się okazja do zarobienia znajdują się też spekulanci. Mowa o dwóch bardzo popularnych systemach – Vanity i Self. O ile ten drugi coraz częściej zatrudnia prawdziwych redaktorów i korektorów, to wciąż pozostają to raczej inicjatywy o niezbyt sprawdzonej jakości, za to nadrabiające mnogością.
Nadzieje budzą nowi gracze. Czyli wydawcy którzy od lat pozostają mocno sprofilowani, albo dopiero rozpoczynają swoją przygodę na rynku. Wychodzi różnie, jednak warto z ostrożnością ich śledzić. Chociaż pierwsze książki Planety Czytelnika rodziły się w bólach, to ich poziom wciąż się podnosi, a wydawnictwo wydaje się dywersyfikować portfolio tak, by zwiększać możliwość sprzedaży, nie kanibalizując przy tym własnych produktów. 2kA idzie drogą Powergraphu, wydając głównie swoje produkty. Pulp Books stawia kroki zarówno w książkach jak i czasopismach (tu zaliczyli falstart, ale zdążyli zrobić szum). Abyssos wydaje nie zrażać się problemami i kontrowersją, stawiając na młodzieńczy zapał i wiarę. Wciąż funkcjonują na rynku i może w końcu przebiją szklany sufit.
Boom Dukaja zakładał również, że stosunkowo łatwo jest zadebiutować książką. Dziś jednak autorzy wydają się bardziej zszokowani tym, że się ich wydało, niż są z tego dumni. Wydawcy, którzy biją się o autorów, nierzadko licytując lepszymi warunkami finansowymi i promocją występują chyba tylko w bajkach. Co zabawne zmiana nazwiska na anglojęzyczne wydaje się pomagać. Ale i tak najpewniejszą opcją jest teraz posiadania gotowego fanbase’u oczywiście dla serii, bo wydawcom nie opłaca się już inwestować w jedną powieść. Hierarchizacja Dukaja wydaje się być stale w ascendancji (małe wydawnictwa promujące debiutantów → średniaki wydające sprawdzoną „fantastykę skonwencjonalizowaną”, przeznaczoną głównie dla fanów, o stałej, solidnej sprzedaży, zazwyczaj właśnie filie koncernów → największe domy wydawnicze, publikujące Stephensona, Gibsona, Gaimana czy Kinga), chociaż trzeba zaznaczyć, że wszyscy wydawcy wolą raczej operować na autorach z odpowiednią ilością obserwujących w social mediach, to właśnie małe wydawnictwa mają dziś większą dbałość o jakość i dobór autorów, a średniaki wydają się używać wpływów do pozyskiwania nagród i bezpiecznych typów. Cyklizacja wydaje się również nowym powszechnym prawem wydawniczym. Właściwie serie i cykle dominują na rynku fantastyki. Wszystko wydaje się być połączone w jakiegoś rodzaju grupę, bądź zbiór.
Polski rynek wydawniczy przeszedł już chyba poziom pół-chałupnictwa, umowy wydawnicze podpisywane są z rocznym wyprzedzeniem, ale promocja konkretnych tytułów wciąż raczkuje. Z jednej strony mamy tradycyjny model księgarniany, czyli sławetna, suto wyceniana półka w Empikach (uznając Empik za księgarnię), a z drugiej część wydawców w ogóle odrzuca tradycyjny model, w tym i pośredników oferujących sztucznie zawyżone ceny detaliczne (które u producenta są na wieczystej promocji -50%, przebijając tym samym nawet ceny targowe), robiąc przy tym jeszcze współczesny marketing szeptany – czyli influencerów.
Czy to jednak się opłaca? Retencja wydaje się marna, jednak w dobie zaniku reklamy tradycyjnej i innych mediów, wydaje się, że takie zaklinanie rynku i metoda “na czuja” działa. Wielu tych reklamodawców funkcjonuje wyłącznie komercyjnie, sprzedając pozyskane egzemplarze niemal od razu w dniu premiery. Trudno stwierdzić czy model się utrzyma, wciąż brakuje umów z influencerami, którzy zastąpili w roli reklamowej czasopisma.
W niektórych przypadkach teksty mają solidną korektę i redakcję przed wydaniem, jednak wszechobecna moda na cykle i Sandersonoza znacząco spłyca zarówno SF jak i fantasy. Trudno nie odnieść wrażenia, że króluje niepodzielnie grafomania, sztucznie wydłużająca treści, na czym cierpi jakość. Część antologii i książek wciąż gubi się gdzieś, tytuły zostają przełożone na odleglejszą przyszłość. Budżet produkcyjny książki zanotował wzrost, co widać w jakości i cenach promotorów, jednak dalej nie umywa się do budżetu jakiegokolwiek produktu codziennej potrzeby. Ten stan rzeczy wydaje się odpowiadać samym zainteresowanym, bo przecież po co regulować coś, skoro można przyoszczędzić na słupie reklamowym.
1. 2. Czasopisma
Dukaj wieszczył koniec czasopism i właściwie ten trend wydaje się utrzymywać. Co jakiś czas podejmowane są próby stworzenia nowego miejsca, jednak mało kiedy pojawia się w nich przestrzeń dla publicystyki. Większość publicystów wydaje się egzystować w sieci budując własne marki, zamiast tworzyć ośrodki. Rolę centrów wymiany jakiejkolwiek myśli przejęły na dobre social media.
Nowa Fantastyka, pomimo nakładu 38 tys. egzemplarzy notuje spadek impaktu czytelniczego. Science Fiction Fantasy & Horror zamknął się w 2012 roku. Obfitość oferty fantastyki zagranicznej wydaje się wciąż rosnąć, a nowe wydania zagraniczne coraz częściej zostają przygotowane w formie kolekcjonerskiej (barwione brzegi, twarde oprawy), co wydaje się być symptomatyczne dla fantastyki. Rozwój internetowych społeczności fanów fantastyki wciąż jest obserwowalny, jednak wydaje się oscylować w obrębie tych samych ludzi. Nowi fani w większości wydają się być raczej związani z filmem, serialem, komiksem czy mangą, nie do końca identyfikując się z fandomem książkowym.
Poza „NF” na papierze pojawiają się efemerydy […] o niewielkiej sprzedaży wydawane głównie z pasji redaktorów.
JD również nie mylił się co do jakości opowiadań, spadek średniej jakości i brak nastawienia na wizytówkowość autora boleśnie sprawia, że dobrych opowiadań nie można szukać w jednym czasopiśmie, a raczej wyciągać je, jak rodzynki, z tego co zostało po cieście. Pojawili się jednak zawodowi pisarze opowiadań, którzy jednak wydają się w zbiorach, a nie wiążą się z jakimś czasopismem. Na rynku królują również antologie tematyczne, jednak nie wydaje się, by notowały zyski. Opowiadania przestały być domeną debiutantów, bo serializacja książki fantastycznej powoduje, że nie może być mowy o wyrabianiu nazwiska. Debiutuje się co najmniej trylogią. Jednak nie jest to wyłącznie nasz rodzimy problem. Na zachodzie taki trend jest zdecydowanie bardziej widoczny, a więc i tam poziom tekstów krótkich jest raczej poniżej mediany sprzed kilku lat.
Pozostaje też faktem to, że tak jak pisał J.D, nie ma co marzyć o powrocie do zdrowia czasopism, raczej nastąpi tu regettyzacja, która sprawi, że poza malejącym gronem fanów nikt więcej nie będzie się jego istnieniem martwił. Nadzieją na wzrost jakości wydają się antologie, przed którymi jeszcze daleka droga, bo chyba żadna nie osiągnęła statusu prestiżowej, a co za tym idzie nie generuje znacznego zainteresowania.
1. 3. Sieć
Jako się rzekło, ośrodki „życia fantastycznego” przeniosły się na dobre do sieci. I tym właściwie można zamknąć ten rozdział. Warto jednak gwoli ścisłości przytoczyć kilka stwierdzeń, głównie celem unaocznienia tego, jak wiele fenomenów, które nas irytują dziś były widoczne już wcześniej. Chociaż Dukaj wtedy porównywał sieć do czasopism, to nawet dziś sama sieć spełnia te wymagania wobec siebie niemal tak samo.
Kiedy ukazuje się nowa książka, recenzje w sieci pojawiają się już następnego dnia (albo i przed premierą); w naszych miesięcznikach – po miesiącu-dwóch, często jeszcze później. Tymczasem żywot przeciętnej książki liczony jest w tygodniach; potem recenzje w sposób znaczący mogą poprawić co najwyżej samopoczucie autora, bo nie sprzedaż.
Żywot książki w sieci to 2-3 tygodnie. Właściwie wydaje się, że jeśli dany produkt nie wyskakuje na rolkach, postach a nawet z lodówki, trudno mówić o znaczącej sprzedaży. Wykształciły się również w socialmediach konta wyspecjalizowane w tzw „promocji” książek.
[…] jakkolwiek mierzone „znaczenie” recenzji książki w prasie fantastycznej jest mniejsze nie tylko od znaczenia byle notki w prasie codziennej, ale już także – od omówień w najpopularniejszych serwisach sieciowych.
To również się zgadza, ale jak dowodzą liczne przypadki, nie liczy się nawet miejsce recenzji, bo te od lat przegrywają z wizualiami autora, lub omawiającego. Trzeba być miłym, uśmiechniętym i oczywiście pomagać zwierzętom. Sama umiejętność pisarska, lub nowatorstwo historii spełza na dalszy plan. Publicystyki już się nie uprawia, chyba, że jest ktoś wersją Don Kichota, który pomimo rzeczywistości usiłuje walczyć z olbrzymami.
Czasopisma papierowe przegrały z siecią pod względem miejsca poświęcanego publicystyce literackiej. Od kilku lat rośnie w nich presja, by coraz bardziej skracać i komprymować recenzje. Uzasadnienia są różne: od konieczności zrobienia miejsca na obrazki i reklamy do wyrażanego mniej lub bardziej otwarcie przekonania, że „nasi czytelnicy nie lubią czytać”, toteż piszmy dla nich krótko i prostymi słowy.
To idealnie opisuje rzeczywistość sieci obecnie. Chociaż też trudno szukać miejsc gdzie tak jeszcze funkcjonuje. Właściwie chyba najczęściej z publicystyką można spotkać się na konwentach w rozmowie przy piwie.
Postępujący proces doprowadził do uświęcenia formy zdawkowej notatki ze zdaniem-dwoma oceny i skalą liczbową, która także graficznie ma wyrazić, o ile procent „Władca Pierścieni” lepszy jest od „Głosu Pana” lub na odwrót. Jest to najniższy rodzaj „recenzenctwa”. Czasopisma papierowe przegrywają na ostatnim polu: prestiżu. Ongi recenzja czy artykuł w „NF” miały jakąś wagę. Stał za nimi autorytet pisma i autorytet autora. Teraz często większe zaufanie mam do kompetencji osób piszących w niektórych magazynach sieciowych.
Niestety i tu coraz więcej jest po prostu krótkich podsumowań. Niemniej wciąż znajdują się w sferze sieci konta, które prezentują duży poziom merytoryczny. Co przerażające, często właśnie w sieci, a nie na uczelniach, można odbyć naprawdę rzetelną dyskusję o stanie literatury i konkretnym tytule. Jak bardzo to martwiące, oddaję głos Dukajowi:
Cokolwiek nie jest entuzjastyczne, odbiera się jako złośliwą krytykę – i już odzywają się oburzeni fanowie (albo i sami autorzy). Negatywne opinie przemyca się we frazach stanowiących nieco uładzone odpowiedniki „nie tak zajebiste jak poprzedni tom”. W konsekwencji, po pierwsze, każda normalna recenzja, pisana spoza tej mentalności i stosująca (obok gatunkowych) powszechne kryteria literackie, powoduje szok; po drugie – i to jest prawdziwe nieszczęście – zabija to ambicję w autorach, bo po co coś zmieniać, po co doskonalić się, szukać jakiejś oryginalności, skoro jest tak idealnie? Jak w pierwszych klasach podstawówki: wszystkim dajemy piątki, najniżej czwórki. A najstraszniejsze, że sami autorzy zdają się nie zauważać, jaką krzywdę im się w ten sposób wyrządza. Sieć stanowi naturalne środowisko owej „publicystyki fanowskiej”, lecz sieć – głupia głupotą setek smarkaczy, którzy z wypiekami na twarzy wypisują na forach pod anonimowymi nickami wściekłe idiotyzmy – ma przynajmniej tę zaletę, że pozwala samodzielnie wybrać głos krytyczny, któremu zawierzymy.
2. 1. Autorzy, czyli Niszowcy gatunkowi i Sequelatorzy
Dukaj pisał o wymianie pokoleniowej. Obecnie nie można już jawnie stwierdzić młodnienia pisarzy, mimo, że większość aspirujących do wydania faktycznie zaczyna podchodzić do pisania młodo (18-24). W większości wiek nie jest już dominantą, a debiutują ludzie w każdym przedziale, bez wyraźnego trendu pokoleniowego, a co za tym idzie ich doświadczenia mogą się diametralnie różnić. Nie ma już mowy o fandomowych wspominkach walki z systemem, czy przynależności klubowej, dziś raczej mitem założycielskim staje się nie tyle środowisko, co początki fascynacji czytelniczej.
J.D. opisywał boom poprzez pryzmat wymiany pokoleniowej, może wtedy czuło się to silniej, jednak ta narracja już nie obowiązuje. Dziś debiutanci mają od 18. do 70. lat, nie sposób mówić o dominancie wiekowej. Znika również mit środowiskowy, na korzyść mitu czytelniczego, czyli fascynacja danego autora gatunkiem staje się punktem wyjścia. Patrząc na publikowane treści nowi autorzy zdają się skupiać bardziej na konkretnych elementach danego gatunku, jak: wyrazistość (a więc i czarno-białość, albo wręcz przeciwnie, moralna szarość) postaci, budowa świata, oryginalność pomysłu przewodniego, bądź świata (co jeszcze nie warunkuje oryginalnego tekstu, za to owocuje hybrydyzacją stylizacji, czyniąc wszystkie te zabiegi wtórnymi), dobrze skonstruowane smaczki w serii, do tego stopnia, że są raczej formą świadomie wrzucanych symboli na potem.
Nie brakuje ucieczek z fantastyki, lub jednorazowych sukcesów. Fantastyka służy dziś za poligon startowy, z którego wielu twórców ucieka do gatunków bardziej rynkowo stabilnych. Z zestawienia wyłania się wyraźna mapa migracji: do kryminałów: Kańtoch, Ćwiek, Baniewicz, Wroński, Szolc, Surmik, Dębski; lub do mainstreamu literackiego: Twardoch, Szostak, czy literatury dla dzieci i YA: Kosik (największy sukces), Jabłoński (częściowo). Cześć autorów przeszło do historii i historii alternatywnej: Spychalski, Studniarek, Lewandowski. W innych przypadkach mamy tu zanikanie. Możemy mówić wręcz o systemowym odpływie twórców. Środowisko wydaje się być niezdolne do utrzymania przy sobie najlepszych twórców. Czy jest to kwestia ekonomiczna, czy specyfiki fandomu, w którym każdy coś pisze i ma swoje zdanie, pozostawiam do rozważenia.
Kolejną kwestią jest sequeloza, która wydaje się, o zgrozo, dobrą strategią przetrwania. Wśród tych twórców, którzy zostają wewnątrz gatunku, dominuje model odcinania kuponów od jednego pomysłu. To nie jest nowa obserwacja, ale skala zjawiska sugeruje, że rynek nie nagradza eksperymentu, a premiuje rozpoznawalność marki. Szczególnie w dobie mody na serie. Wydawcom marzy się kolejny Harry Potter, czy Wiedźmin, ale nawet ten ostatni pokazuje jak wiele pracy i czasu, pieniędzy, a także szczęścia potrzeba do stworzenia supersystemu rozrywkowego; nie wystarczą bowiem naklejki czy torby. Brakuje chyba wśród wydawców człowieka, który ma pomysł i sposób na to , co wydaje się coraz znaczniej kłującą w oczy pustką na rynku, ale może i szansą dla nowych badaczy fantastyki.
Po boomie autorzy podzielili się na dwa typy: Niszowców gatunkowych ze stabilną formułą, bez ambicji przebicia się i Aktywnych sequelatorów, piszących regularnie, ale nie generujących nowych fenomenów kulturowych Co smutne, w takiej koniunkturze część twórców po prostu znika (Huberath, Zimniak, Rydzewska). Część wraca przez reaktywację starych marek, co jest oczywiście kolejną odmianą sekwelozy, tylko z przerwą, może na pogodzenie się z rzeczywistością.
Konkludując: polskie środowisko fantastyczne po boomie lat 2000. wytworzyło wielu twórców, ale nie wytworzyło warunków do ich zatrzymania. Fantastyka działa jak inkubator kompetencji narracyjnych, które są następnie transferowane do bardziej komercyjnie stabilnych gatunków.
Warto jeszcze przytoczyć słowa Dukaja, które dziś nie tylko są aktualne, ale stanowią przestrogę może nawet bardziej ważną w czasach pędu wydawniczePonieważ czasopisma nie pełnią już swej dawnej roli, autorzy nie przechodzą okresu „formowania”, nie są „prowadzeni” przez redaktora. Rzuca się ich od razu na głębokie wody wolnego rynku i gustów czytelniczych. To bardzo silna presja (dodatkowo zwiększana przez nowe, szybkie sprzężenia zwrotne „autor-czytelnicy-autor” możliwe dzięki sieci). Może powinniśmy przyjąć i ten proces za zdrową normę. Jej kosztem będzie kilka oryginalnych talentów wtłoczonych w koleiny oczekiwań Przeciętnego Czytelnika – bardzo rzadko debiutant objawia się już ukształtowaną osobowością twórczą. A ponieważ nie ma miary zewnętrznej w postaci niezależnej krytyki „pozafanowskiej”, autorzy tacy będą mieli wielkie trudności w ogóle z prawidłowym rozpoznaniem swego położenia. Samozadowolenie to śmiertelna trucizna dla ambicji. […] Rzecz cała w proporcjach, w hierarchiach wartości i właśnie ambicji. A to jest ten okres – kilka lat – gdy kształt gatunku zostanie ustalony i utrwalony jako norma na pokolenie, jeśli nie dłużej. Do następnej rewolucji lub zapaści – będzie nasza fantastyka taką „literaturą debiutancką”, nisko mierzącą i nisko sięgającą, permanentnie niedojrzałą i zadowoloną z siebie.
Język
Ideałem polskich autorów fantastyki stała się pozbawiona wszelkich cech charakterystycznych, sztywna poprawność językowa.
Tu właściwie nic się nie zmieniło. Teorie językoznawcze jawnie wskazują, że nie tak prosto zmienić modę językową oraz zachodzące przemiany, o czym szerzej w dalszej części na wstępie przyjrzyjmy się tym, którzy wybijają się. W czasach pierwszego tekstu J.D. wskazywał na Sapkowskiego, Brzezińską, Orbitowskiego, Szostaka, może Podrzuckiego. Ci autorzy dalej przodują językowo, jednak, jak widać w powyższych częściach nie są to wyłącznie fantaści, lub nowości. Dziś można wskazać takie nazwiska jak: Ejzak, Dukaj i Podlewski, Gunia, Kain. Po trochu Pawlak i Kańtoch.
Dukaj zaznaczał, że w ten sposób, niepostrzeżenie, na przestrzeni kilkunastu lat, gdy 90% literatury w ogóle to takie przekłady z angielskiego – zamrożono język polski. Dziś jednak ta opisywana wtedy klockowość składniowa poprawność nie tyle zamraża, co wręcz anglicyzuje język. Właściwie w większości tekstów można odnieść wrażenie, że autor chciałby pisać z wtrąceniami angielskimi.
Problemem nie jest wyłącznie wzorowanie się na dominującym elementencie, czyli tak jak w czasie pisania J.D. angielszczyzny. Winny jest też galopujący spadek edukacji. Pomimo dużego skoku, czyli zagoszczenia fantastyki na uczelniach, w sylabusach brakuje w ogóle zajęć z językoznawstwa. Świadomość autorów, szczególnie najmłodszych, co do samej potrzeby precyzji, utrzymania rytmu i umiejętności operowania językiem, wydaje się utrzymywać na drastycznie niskim poziomie. Ale chyba najbardziej uderzający są Ci którzy usiłują stylizować swój język na Sienkiewiczowski. Wtedy dopiero maestria przeradza się w horror braku jakości, ale i sensu.
2. 3. Gatunek
Chociaż już nie można mówić o zaniku SF, dalej pozostaje ona w tyle za fantasy. Prawdziwej twardej fantastyki naukowej wciąż próżno szukać. Ale do tego grona dołącza teraz epic fantasy, po tym jak Amerykanie zajęli ten rynek. I najciekawsza konkluzja: nawet oba te gatunki razem nie są w stanie pokonać romantasy albo YA.
W czystej fantastyce dominuje hybrydyzacja gatunków, dużo hołdów się składa mistrzom i mocno do nich przepija. Jednak mało co osiąga poziom głębi na tyle dużej, że może liczyć na choćby intertekstualną grę. Właściwie świadomość gatunkowa zanika już zupełnie, nie ma też świadomości tego, że okłada też coś komunikuje odbiorcy. Nikt nie wydaje się myśleć o książce, jak o czymś, co jest produktem, który musi zachęcić do siebie w ciągu pierwszych piętnastu sekund.
Nadprodukcję przeżywa horror fantastyczny, który w czasach Dukajowego pierwowzoru niemal zniknął. Jednak częstotliwość oraz ilość burzy w szklance wody w tym środowisku przypominać zaczyna telenowele. Co sprawniejsi pisarze (Gunia, Bednarska, Kain, Zychla, Musiałowicz), albo zmęczeni towarzystwem, albo mający dość tego, że czytelnik zamiast odebrać książkę, usiłuje wpływać na jej kształt, odchodzą w inne gatunki, nawet jeśli powiązane. Inni porzucają twórczość na dobre. Na rynku więc dominują najgłośniejsi, co nie znaczy, że najzdolniejsi. O tym zresztą świetnie pisze Badloopus w tekście Pięć grzechów głównych polskiego horroru.
Dalej dominuje fantasy (chociaż opisywanie przez Dukaja domieszki i hybrydy gatunkowe są obecne) jednak jest to dominacja chwiejna, bo mowa głównie o romantasy. Samo fantasy wciąż jest nieortodoksyjne. O ile we wspomnianych przez Dukaja konwencjach niewiele się zmieniło, to jednak można odnotować przesunięcia ciężaru w podgatunkach.
Najsilniejsza jest chyba właśnie fantasy postmodernistyczna, dziś oko do czytelnika puszczają wszyscy znani autorzy. Swoisty mariaż, a przynajmniej ja tak to widzę, generuje podgatunek sf – cyberpunk, który jednak odchodzi od jawnie pesymistycznego, podbierając bohatera walczącego i wygrywającego ze złem – w tym wypadku korporacją. Wolę myśleć tu o mariażu cybera z fantasy, bo jednak nie jest on pisany z dyscypliną naukową, a raczej ze wskazaniem na ilości gadżetów i blichtr.
Historyczna spadła trochę, bo chociaż wielu pretenduje do tego miana, to niewielu wciąż się udaje. Urban fantasy również znajduje się w odwrocie, dominują darki i grimdarki z wstawkami z kryminałów. Comic trzyma się mocno, chociaż poziom żartu wydaje się być znacząco niższy i skierowany raczej do odbiorców fimowo-serialowych. Akcyjniaków wydaje się wciąż sporo, czasem wchodzą w relację z fantastyką militarną, głównie w wydawnictwie Warbook.
2. 4. Sztuka
Chociaż koniunktura na polską fantastykę wytwarza ciśnienie przyciągające nowych autorów i ci nowi autorzy niemal bez wyjątku piszą pod owego mitycznego Przeciętnego Czytelnika Fantastyki. Jasne, przewaga popu to zdrowa proporcja – ale przyrost jest drastycznie nierównomierny!
Czy dziś coś się zmieniło? Może wyłącznie to, że koniunktura wymaga już nie tyle samego autora, a samoświadomego autora influencera. Kogoś, kto już ma ugruntowaną pozycję w świadomości setek dusz. Ten nowoczesny Konrad nie tylko ma za zadanie być, ale również ogrzewać nimbem wielkości wszystkich potencjalnych kupców, tak, by nie tylko chcieli kupić, ale jeszcze wiralowo puścić selfiaczka. To już nie autor, a performer jest potrzebny i przyciągany. Sama jakość tekstów spada na znacznie dalsze pola, więc i czytelnik znajduje się w matni mierności.
Szukam najlepszego słowa, by krótko opisać powyższą różnicę tym, co sami jej nie dostrzegają. (Czy można nauczyć smaku literackiego?) Nie chodzi przecież o to, o czym się pisze, ani też nie do końca o to, jak się pisze. Sandor Marai zanotował w „Dzienniku”: „Charakter to już pół talentu”. Myślę, że to najlepsze przybliżenie: polska fantastyka staje się literaturą bez charakteru. Miałką, przyjemną, okrąglutką, słodziutką, podsuwającą każdemu łebek do głaskania, a przede wszystkim: wtórną myślowo.
Albowiem przekleństwem fantastyki (podobnie jak kryminału, romansu, thrillera) jest coś zgoła przeciwnego: „zapętlenie” autorów, radosne ich dreptanie w miejscu: żadnej ewolucji, żadnego rozwoju, ambicji – tylko ente tomy cykli, przygód tego samego maga, detektywa czy szpiega, albo kopie kopii kopii schematów fabularnych.
Autor nie ściga się z sobą, nie próbuje przekroczyć swojej wyobraźni, popchnąć gatunek i w ogóle literaturę do przodu, dać czytelnikom coś, czego się nie spodziewali i spodziewać nie mogli, „nawrócić” ich na siebie.
Celem jest zadowolenie konsumentów literatury takich, jacy są.
3. Spojrzenie w przyszłość, czyli co robić
Dukaj w tym miejscu usiłował pokazać trendy i przewidzieć ich rozwój, czy wyszło? Oceńcie sami, ale warto to również przeanalizować, bo jest to dokument czasów minionych i świadectwo spojrzenia na przyszłość.
Należy przygotować się na dalsze unormalnienie, pogłębienie rynku książki.
Od dwóch lat sprzedaż literatury pięknej rośnie po kilka procent. Tworzy się nowa infrastruktura (rozbudowują się sieci księgarń, wchłaniając mniejsze podmioty), rośnie też sprzedaż przez Internet. Książka jako towar przebija się do mass-mediów. Coraz częściej pojawiają się w TV jej reklamy. Jest to proces o narastającej dynamice: po przekroczeniu pewnego progu zatrzymać go będzie mogło już tylko np. drastyczne podniesienie cen.
I jak na złość mamy ponownie spadek czytelnictwa. Księgarnie upadają, albo stają się zakamuflowanymi sieciówkami. Co nie byłoby złe, gdyby nie tworzony przez to monopol, a ten nigdy nie był zdrowy dla rynku. Podniesienie Vatu na książki nie pomogło nikomu, książka pojawia się w mediach ale w większości w radiu, a i tam wyłącznie główny nurt. Jeśli mamy do czynienia z fantastyką, to tylko przez pryzmat wyśmiania, albo odejścia od tejże autora, gdzie wita się go jak syna marnotrawnego.
Geniusz zawsze się przebije, ale wydawnictwa nie będą już czuły tego zgoła przymusu, by szukać nowych, młodych polskich pisarzy, jaki opanował je 2-3 lata temu.
Trudno powiedzieć, czy geniusz ma szansę się przebić. Na rynku mamy zalew taniej pulpy, która nie aspiruje do wielkości, ale skutecznie nakrywa falą innych. Przymusu nie ma wśród wydawców żadnego. Właściwie autorzy niemal piszą już wyłącznie dla samych autorów.
Musi powstać platforma dla rzetelnej krytyki literackiej polskiej fantastyki. „NF” już owej roli nie pełni, „SF” nigdy do niej aspirowało; pisałem wyżej o sytuacji branżowych periodyków. Publicystyka internetowa (fanowska) stanowi zaś niestety antytezę takiej krytyki.
Platforma taka nie powstała, Internet nieco unormował sprawę, bo stał się medium dla małego grona specjalistów, ale wszelkie platformy zaczęły operować na kanwie “znajomi królika”, co nie poprawiło jakości tekstów. Nagrody straciły prestiż, czasopisma niemal nie istnieją, a dziś zamiast krytyki liczą się rozmiary mięśni, bądź dobre wyeksponowanie pary tkanki tłuszczowej. Próżnię zastąpiono gwiazdkami i zabawnymi filmikami, a przez brak edukacji nie można już mówić o potrzebie krytyki.
Żaden demoniczny mainstream nie wykrada nam wartościowych dzieł – fantastyka sama je wypiera. Bo getto jest przede wszystkim w nas i kto tak woli, może w nim pozostać. W naszym najlepiej pojętym interesie jest więc skończyć ze zwyczajem wzajemnego poklepywania po plecach i pochwałami dla czytadeł do poduszki, byle nie nudnych i poprawnie napisanych. Co jest ważniejsze: dobro literatury czy dobre samopoczucie środowiska? Od tego rozstrzygnięcia zależy obraz polskiej fantastyki za pięć-dziesięć lat.
Nie zrobiliśmy tego wtedy, pewnie i dziś nam to nie wyjdzie. Właściwie wszyscy uciekli z powrotem do getta. Wojciech Sedeńko też już niewiele ma wpływu na losy fantastyki. Ruchy oddolne nie istnieją. Dopiero zorganizowana akcja i jasne ustalenie priorytetów i współpracy może tu pomóc, inaczej pochłonie nas YA, a my będziemy wszyscy nie gadać ze sobą przy jednym stoliku w kącie przy toaletach.

