Type and press Enter.

Czy w czasach upadku marzycieli, jesteśmy jeszcze w stanie być niepraktyczni? Pianola K. Vonnegut.

 

 

Nie każda dystopia musi być głośna.

Może właśnie te najstraszliwsze, bo najbardziej realne objawiają się w braku wybuchów i jawnych dla czytelnika ograniczeniach wolności? Może właśnie ten świat, który wydaje się miałki i do bólu zwyczajny jest najczarniejszą wizją?  Vonnegut w Pianoli rozlicza się z kolejną kancerogenezą mitu Wielkiej Wolnej Ameryki, a więc i nowego wolnego świata– etosem pracy.

Opowieść jest dedykowana dyrektorom i inżynierom, z pobożnym życzeniem odwagi, umiejętności, i co chyba najważniejsze, wyobraźni, bo od tej ostatniej zależy i zależało chyba wszystko, bo czy to nie kolejna największa pomyłka w życiu sprawi, że tym razem stracimy wszystko? . A przecież tak często ich działania skupiają się na destylacji i maceracji działania prostego człowieka, którego życie sprowadza się do jednego działania i o ile samo działanie jest niegroźne, jednak po nadaniu mu odpowiedniej skali i rozmachu staje się punktem przełomowym w historii świata, który już dla młodszych będzie stanem permanentnym, oczywistym i akceptowalnym. Warto więc zobaczyć, jak jeszcze wyglądała mechanizacja i strukturyzacja istnienia przed trzecią rewolucją.

Bo przecież niezależnie od tego jak bardzo nieistotna, miałka czy uwłaczająca, jednak to nasza praca jest ważna… Ten pierwszy krok interpretacyjny już na samym początku zostaje rozbrojony i poddany brutalnej wiwisekcji, bo nie liczy się już praca a jedynie jej przydatność dla zdehumanizowanego systemu zewnętrznych testów i kontroli. Punkciki przydatności definiuje się jeszcze teoretycznie poprzez IQ, ale już dalsza kariera jest wyłącznie efektem zachowania wewnątrz koterii i zgodności z wizją starszych działaczy / dyrektorów. Jednak pozostaje ukryte przed coraz większą rzeszą tych, którzy zostali uznani za zupełnie zbędnych, bo mimo, że mają oni zajęcie to ich istnienie zatraca sens, stają się takaru.

W samym tym terminie objawia się symbolizm Vonneguta.

Termin w powieści oznacza niewolnika, który w oczach wypowiadającego staje się równoznaczny z obywatelem. Jednak samo słowo pochodzi z japońskiego i określa rój, na przykład insektów. I tu mamy dwie drogi, pierwszą byłaby podtekstowa analiza Japończyków, zupełnie rozbrojonych po II wojnie, kulturalnie zdominowanych przez amerykańską kulturę i konsumpcjonizm. Dla przykładu warto wyszukać sobie zdjęcie przedstawiające sklep z pamiątkami z Hiroszimy z 1951 roku, stojący tuż przed ruinami.

Jak bardzo trzeba być podległym kulturowo, żeby w miejscu swojej największej porażki i ludobójstwa postawić sklep z pamiątkami? Jak mocno trzeba złamać ducha narodu by w miejscu tego typu zacząć prowadzić turystykę, i to ustrykturyzowaną? Drugim tropem może być wspomniany rój. Słowo ma dwa znaczenia. W pierwszym ściśle odnosi się do insektów, a więc i niesie przynależne tym stworzeniom konotacje. Tacy też są obywatele – skomasowani w ściśle określonej przestrzeni, nigdy nie występujący jednostkowo. Zawsze traktowani jako grupa, oczywiście o niższym statusie i utrzymywani wyłącznie z dobroci serca tych postawionych wyżej. I tak dochodzimy do drugiego znaczenia – określenia kogoś, kto bezpodstawnie żąda jedzenia lub wynagrodzenia. W potocznym znaczeniu określa się też przestępców dokonujących rozboju.

Jest to też opowieść o mitach, które w czasach V. już upadły,

a które tak naprawdę wykształciły całe pokolenia pazernych inżynierów. Hemingway`owskie powieści, opowieści o pionierach czy Poszukiwacze to wyłącznie ściśle ustrukturyzowane eskapistyczne powieści mające być wentylem bezpieczeństwa systemu. Bo nie chodzi tu o przekazanie historii, ani o ekspresję bólu twórczego, a wyłącznie o dostarczenie taniej rozrywki. A nawet jeśli bohaterowie spróbują te mity ożywić, odkryją, że jednak nie ma w tym upojnej sławy czy duchowej nagrody, a wyłącznie szorstki znój i walka o oddech.

 

Bo kiedy patrzy się na tę dystopię, można odnieść wrażenie, że nie zostało nam już nic.

Zamiast kieratu maszyn otrzymaliśmy absolutnie zmechanizowaną rzeczywistość przydatności. Istnienie ma się sprowadzać do ściśle określonego i usystematyzowanego konsumpcjonizmu opartego na żelaznej logice: przecież masz lepiej, niż Twój dziadek. Wszystkie czynności domowe należy robić szybko, bezrefleksyjnie i mechanicznie. Człowiek zawsze musi się gdzieś spieszyć. Za każdym razem ograniczać każdą nawet ulubioną czynność do kilku sekund. Alternatywne rozrywki sprowadzają się wyłącznie do małego poletka kilku ludzi, którzy mogą wyłącznie się zachwycać ilością zarobionych pieniędzy na zakładach. Ale też w kadrze zarządzającej zabito wszelki pozór inwencji własnej, bo nawet oni nie umieją przekształcić talentu w coś efektywnego. Po co więc podnosić głowę jeszcze raz?

V. wytacza tu też wojnę samej mechanizacji, osadzając czytelnika za oczami doktora – to inżyniera o ponadprzeciętnym intelekcie, ale obcującym głownie z pozbawionymi wyobraźni specjalistami i doktorami. Ci ostatni zdają się tak zapatrzeni w ich propagandowe poletko, że właściwie pozostają dziecięco oczarowani, są chyba już w ogóle niezdolni do zauważenia większego obrazu. Wielcy intelektualiści z powieści chcą żyć sto lat później, kiedy już ich innowacje, jak im się wydaje, zostaną w pełni zaakceptowane, ale nie mogą dostrzec związku pomiędzy wzrastającą degeneracją społeczeństwa a jego technolgizacją. Pozostaje spytać czy my jeszcze umiemy? Nasi specjaliści i eksperci wydają się znacząco różni od Berringera, który zamiast ufać swoim zdolnościom usiłuje oddać wszystko w ręce teologii, tak samo zaszokowanego, gdy słyszy sic semper tyrannis.

 

Warto też zastanowić się, jak przez ponad 70 lat nie zmieniła się ogólna wizja samej edukacji

– o wszystkim decyduje w Pianoli zewnętrzny, a więc podobnie jak u nas, niezawisły i niepodatny na wpływy system, który sprowadza wszystkich i wszystko do kółek na kartce. Ilość kółek decyduje, o tym czy w ogóle będzie można myśleć o podjęciu dalszej nauki, a więc mówiąc prościej, czy dany delikwent okaże się pożyteczny, czy dołączy do roju. Wyścig szczurów w ściśle faszystowskiej rzeczywistości. Samo to, że nawet najmniej istotna praca wymaga przynajmniej doktoratu, możemy zaobserwować i u nas w pewnych kręgach. Co wielce zabawne, bolączki tych kręgów widać jak na dłoni w Pianoli. A przecież jakość i walory intelektualne określa nie rozum, a długość pracy doktorskiej, która na koniec wszystkiego nie różni się od krowiego łajna. Jednak, jesteśmy jeszcze przed ściśle skomputeryzowaną eugeniką ilości potrzebnych ludzi, niemniej powoli i ten proces adaptujemy. W końcu „to co kiedyś było prawdziwe, jest prawdziwe zawsze, […] prawdy są nieliczne i proste i że człowiek nie potrzebuje nic prócz tych prawd, aby móc mądrze i sprawiedliwie rozstrzygnąć każdy problem”[1]

Jedynym niezmiennym organem w świecie V. pozostaje wojsko. Ze swoimi ustalonymi strukturami i nagradzaniem zbędnej brawury i samobójczej odwagi. Liczy się wyłącznie rozkaz i odstrzeliwanie, a później chwalebna (bo nieliczna i cicha) emerytura.

 

Postać autora ukrywa się tym razem w incepcyjnym pisarzu piszącym opowieść antymaszynową mise en abyme w najczystszej postaci. Jest to jedyna nieskazana na potępienie istota w opowieści, którą poznajemy przez oczy paradoksalnie jedynej wiernej żony. Kobieta sama wybiera oddawanie się obcym ale nie z pobudek egoistycznych, ale przekornie z dumy i wsparcia dla męża. Ten paradoks wydaje się wręcz niepojmowalny, tak wyobcowany, że niemal spoza czasu. Wierność ideałom pokonuje jednak każdą barierę. Jednak Ten  bunt pozostaje ściśle wliczony w koszty i niemożliwy do utrzymania w ruchu. Bo nawet wszyscy zebrani razem buntownicy mogą co najwyżej stać się kolejnymi walczącymi Indianami, skazanymi na porażkę, jednak pozbawionymi innego wyboru. Przed takim istnieniem nie ma ucieczki, bo czego byśmy nie zrobili, każdy potrzebuje korzeni, nawet jeśli są one zapuszczone w skrawek piasku.

 

To chyba najważniejsza siła dystopiczności V. każde światło widzimy tylko i wyłącznie dlatego, że jest spowite w mrok. A każdy mrok ubiera się w najjaśniejsze światło.  A my, nieszczęśni czytelnicy, tak samo jak postacie spowici w macki zewnętrznego wpływu, odgórnej wizji wartości sprowadzonej do tego, czy odpowiadają naszym ukrytym dążeniom, możemy w ogóle wyobrazić sobie, że możemy być jak pianola – ściśle niepraktyczny, osobisty przedmiot. Czy w czasach upadku marzycieli, jesteśmy jeszcze w stanie być niepraktyczni?  W końcu „niektórzy największych proroków byli zwariowani jak prukwy”[2]

 

[1] K. Vonnegut, Pianola,przeł. W Niepokólczycki, Zysk i S-ka, Poznań 2021, s.196.

[2] K. Vonnegut, Pianola,przeł. W Niepokólczycki, Zysk i S-ka, Poznań 2021, s.379.

 

-Klaudiusz

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *