Wszyscy jesteśmy sami – to prawda, którą chyba zawsze wolimy wyprzeć. Sartre powiedział, że piekło to inni ludzie – Camus pokazał, że piekło to ich oczekiwania wobec nas.
Rzadko literatura oddaje obcość i osamotnienie równie bezlitośnie jak „Obcy”. Musimy obejść się bez znieczulenia, metafor czy zwykłej nadziei. Nie jest to tyle historia zbrodni, ile opowieść o tym, jak brak wyznawania narzuconych wartości staje się powodem do skazania. I nie chodzi nawet o sąd – ale o ludzki osąd, bo sprawiedliwość musi być zawsze po „naszej” stronie.

Szkoda też, że potrafię zatracić się w rozmowie o tym, co dla mnie jest chyba najbardziej zbliżonym elementem rozumienia tej opowieści, czyli głównej przyczynie wszystkich kłopotów Meursaulta – konfliktu moralności. Bo to, co tak naprawdę prowadzi naszego narratora na skraj – a może i poza krawędź czeluści – to zderzenie indywidualnego oświeconego nihilizmu z kolektywną potrzebą bezrozumnego sensu. Mówiąc prościej: tam, gdzie nie ma moralności, społeczeństwo projektuje ją siłą. Doświadczamy tego na kilku płaszczyznach, zarówno analizując tę opowieść, jak i poprzez pierwszoosobową narrację, która wymusza na nas przyjęcie perspektywy nadawcy. Musimy sami odpowiedzieć sobie na najważniejsze pytanie, czy jesteśmy naprawdę wolni, jeśli nie możemy sobie wybrać moralności? Nie wie tego nawet bohater, który nie umie stwierdzić, czy tworzy swój własny kodeks – czy po prostu nie gra w zastaną grę?
Nasz bohater jest niemal klinicznie pozbawiony wartości. Ta obojętność bohatera jest radykalna – taka, która nie daje się już nawet nazwać buntem… Można nazwać ją dekadencką i ostateczną, bo nic tak naprawdę nie jest istotne, dobro, zło, miłość, śmierć, skoro właściwie nic nie ma inherentnego znaczenia, to nigdy nic nie zbudujemy. Nigdy też nie nawiążemy żadnego realnego połączenia z nikim, bo niestety wszystkie relacje międzyludzkie zawsze opierają się na wartościach. Dryfujemy w mechanicznym tańcu z rzeczywistością – odporni na jej wpływy, ale i bezbronni wobec oceny. Z oczywistych zalet takiego podejścia, pozostaniemy absolutnie niewrażliwi na zewnętrzne czynniki. Z wad: niestety przez to zostajemy celem dla społeczeństwa, bo odmowa przyjęcia „ogólnych” i „naturalnych” prawideł czyni z nas wrogów takowych, a każdego wroga należy się pozbyć lub przynajmniej wyrzucić ze społeczności. Bo egzystencja staje się obrazą dla wszystkich przestrzegających norm, a więc i zagrożeniem. A ludzie kochają być rycerzami moralności, którzy niszczą zło.
Doskonale pokazano to w rozprawie, gdzie nikogo nie obchodzi czyn, a wyłącznie to, jakie pytanie reprezentuje obcy – bo przecież apatia i brak większej narracji sprawia, że bezsens istnienia staje się największym bestialstwem dla systemu moralnego. Proces Meursaulta nie jest sądem nad człowiekiem, lecz staje się rozprawą nad brakiem jego mitu. Bo nic tak nie zagraża społeczeństwu jak ktoś, kto nie udaje, że życie ma sens. Bohater jest poza okowami moralności, poza spektrum oceny i co najważniejsze – poza sensem świata. Jest to najlepszy przykład tego jak formalna psychologizacja, która wpycha osobę w sztywne ramy, może zranić człowieka. Całość zamienia się w opowieść o naszej własnej moralności i etyce, bo to jak oceniamy naszego narratora, mówi więcej o nas.
I tu warto powiedzieć o jeszcze jednej rzeczy, szczególnie mi bliskiej dziś. Próba „zrozumienia” bohatera jest z góry skazana na porażkę przez każdego, kto nigdy nie musiał przejść podobnej drogi. Wszystkie ważkie kategorie psychologiczne: zaburzenia, patologie, kompleksy czy relacje, zostają w głównej mierze inną formą unieważnienia jego postawy. Zamykają go w kolejnych szufladkach, tworząc uładzony i oswojony obraz. Wszyscy oceniamy w którymś momencie Meursaulta. Potępiamy wydanie niewinnej kobiety na swoiste holocaustum, oddanie strzałów kontrolnych, obojętność wobec Marie Cardony, czy inne „występki moralne”. Ale czy tak naprawdę możemy oceniać postać, która odmawia zachowania wedle naszych reguł? Bo jednak ta zniewalająca bierność sądzonego wydaje się uderzać mocniej niż najgłośniejszy sprzeciw.
W końcu to tylko symbol, który trzeba nazwać, żeby zamaskować nasz lęk przed brakiem zrozumienia a następnie potępić lub pozbawić istnienia. Warto też powiedzieć, że wyobcowanie nie jest też obce. Sam Meursault nie rozumie, dlaczego nie jest zdolny do płaczu, czemu nikt nie jest w stanie zrozumieć jego moralności. Zostaje tak samo pozbawiony możliwości porozumienia. Dużo w nim zdziwienia i gniewu. Na szczęście udaje mu się odnaleźć spokój i to wewnątrz swojego poglądu, bo i tak jak dla niego nie mają żadnego znaczenia wymagania innych, tak też jego własne skontrastowanie nie ma sensu.
W świecie Camusa nie chodzi o to, by żyć zgodnie z wartościami, lecz by znieść ich nieobecność. A może właśnie w tej akceptacji obcości kryje się ostateczny akt człowieczeństwa?
