Najgorszym, co mogłoby spotkać człowieka, byłoby niewykorzystanie go przez nikogo w żadnym celu. Analogicznie Vonnegut zdaje się podchodzić do bohaterów. KAŻDY ma swój cel. I jak to w powieściach Kurta bywa, chyba nikomu nie odpowiada jego cel. Uważajcie więc, czego sobie życzycie, bo czasem trzeba udusić najlepszego przyjaciela. A niekiedy istnieje się wyłącznie po to, żeby dostarczyć przesyłkę. Jeszcze kiedy indziej cała egzystencja sprowadzana jest do „infundybułowania chronosynklastycznego”, które pozwala życzyć komuś wszystkiego najlepszego. Nie każdy cel może więc być moralny, a już na pewno żaden nie będzie wzniosły, heroiczny, powieściowy, a raczej boleśnie ludzki.
Metafora boga jako obcej zaawansowanej rasy, która realizuje swoje całkowicie niezrozumiałe i niepojmowane cele, zapewniła tej opowieści shortlistę do Hugo w 1960. Zapewniła jej także jeden z najciekawszych od czasów Camusa niepokojów moralnych i dystans rodem z absurdyzmu. Vonnegut nie tyle szuka sensu, ile bawi się jego brakiem. Bo przecież zachowujemy się tak, jakby na niebie cały czas wisiała niewidzialna kamera, która rejestruje wszystko. Ciekłokrystaliczne pocztówki, rażące nas feerią kolorów i błysków z naszego życia, odzierają nas z mistycyzmu i woli niemal równie mocno jak niewidzialne prądy obcej przestrzeni.
Może zatem lepiej, jeśli coś nam się nie udaje? A może już nieopatrznie udało nam się zrealizować swój cel i ten mały kamyczek, który wybił komuś szybę, sprawił, że ktoś kiedyś ukończył wielki projekt napisu z hałdy śmieci składającego się na „ty też terefere”? Może po prostu musimy zaakceptować swoje ułomności życia oraz to, że nie jesteśmy ani ważni, ani potrzebni? Bo jeśli tylko spróbujemy się tacy stać, to czeka nas wyłącznie rola straszaka dla jakiejś religii.
Vonnegut rozprawia się w tej opowieści z fatum, a także obrazuje nieobrazowalne – brak sensu istnienia. Największym błogosławieństwem jest nie znać swojego celu życia. Bo co jeśli cel może okazać się jednak tak błahy? Czy nasze ego nie wpędzi nas wtedy w rozpacz totalną, która dla nas będzie całym światem, ale dla wszechświata wyłącznie nic nieznaczącym pyłkiem? W końcu jeśli pytanie nie ma sensu, to odpowiedź również nie będzie go miała, ale „nawet człowiek, który jest półtrupem, nienawidzi żyć nie wiedząc, jaki to ma sens”.
Pozatekstowa kpina z czytelników i ścieranie duszy w zaledwie drugiej napisanej powieści to coś, co chyba już utraciliśmy. W końcu czytelnicy też lubią kontrasty, niezależnie od tego, w którą stronę ten kontrast zmierza. Może właśnie to zamiłowanie do kontrastowości wyprodukowało w nas kulturę ostatecznych twierdzeń i hegemonii emocji, które już nie tylko nami władają, ale też konsumują nas samych w wielkich narodzinach boga bezboleści, a zarazem całkowitej obojętności. Meta-literacki komentarz przeradza się tu w otwarty konflikt z oczekiwaniami odbiorcy. Ta opowieść wydaje się nie tylko boleśnie współczesna, ale również asensownie potrzebna w arsenale potencjału poznawczego.

