Type and press Enter.

PORTRET PAMIĘCIOWY, OBRAZ MAŁGORZATY WÓJCIK / BLEJTRAM #21

Co koty pamiętają z dni?, zapytuje poeta. A co my pamiętamy z dni, co my pamiętamy z ludzi, których spotykamy, mijamy, z którymi jesteśmy, co pamiętamy z siebie samych, z tego co przeżywamy, odczuwamy?

Wszystkie te pytania zdają się zajmować Małgorzatę Wójcik w jej obrazie Portret pamięciowy, obrazie, którym wygrała przegląd Salon Wiosenny w galerii Operis.Artis, nie biorąc przy tym jeńców. Ale na wszystkie te pytania odbiorca musi odpowiedzieć sobie sam, przemyśleć to sobie we własnym zakresie, zresztą pisano już dużo o tym, że żyjemy teraz byle jak, za szybko i że wszystko między palcami ucieka, no nie? Taki rachunek sumienia z bycia w świecie, z angażowania się w życie zewnętrzne trzeba sobie zrobić samemu.

Ja wolałbym pisać o samym obrazie i o tym, co do mnie przynosi, co mi daje, uniwersalne znaczenia zostawiam pilnym i czujnym odbiorcom. Kiedyś już pisałem o malowaniu Małgorzaty Wójcik, autorka zresztą potwierdziła później trafność przynajmniej części moich odczuć – a pisałem wówczas o niezwykle ekspresyjnym, kompulsywnym wręcz przenoszeniu na płótno plątaniny emocji, burzy plam i kształtów, która dopiero w ostatnim kroku zamknięta zostaje, wzięta w ramy ludzkiej sylwetki. Rodzi się dość osobliwy, jakże głośno wybrzmiewający portret – portret życia wewnętrznego, emocji i odczuć, rzeczy których sportretować do końca się nie da.

Ale Portret pamięciowy trochę łamie ten schemat – nie portretuje tego, co dana osoba w sobie nosi, pokazuje raczej nasze własne patrzenie. To, co dojrzeć jesteśmy w stanie, to, co potrafimy zapamiętać, te warstwy, które sami nakładamy. No bo kiedy na kogoś patrzymy, widzimy jego samego, czy raczej nasze wyobrażenia o nim? Czy w ogóle można kogoś poznać, czy też żyjemy osobno („tak jak śnimy” heh)?

Ja mam taki problem, że nie potrafię zapamiętać twarzy pewnych ważnych dla mnie osób, chodzi tutaj o specyficzną grupę – te osoby, w których się zakochałem. A że romantyczny ze mnie chłopak i bardziej albo mniej zakochany chodzę w zasadzie przez cały czas, jest to problemem całkiem sporym. Jasne, rozpoznaję te osoby od razu, gdy je widzę, ale za nic nie potrafię zbudować w pamięci ich portretu, nawet, jeśli spotkałem je kilka godzin wcześniej.

Jest też taka jedna postać, której już od dekady nie widziałem. Nieraz myślę sobie, że dałbym sporo, by we śnie chociaż pojawić się zechciała, ale wyszła bezpowrotnie i jak na złość się nie śni, zakluczyła drzwi, klucz zabrała, wyrzuciła, takie tam romantyczne historie. Nie ma żadnych zdjęć, nie ma żadnego obrazu, w pamięci zaś zieje dziura w kształcie człowieka. Wypełniona plątaniną emocji, zaszłego tęsknienia, radości, jakiegoś zabliźnionego bólu, który przetrawiłem i zostawiłem, ale jednak wciąż jakiś ślad został, został i wygląda zupełnie jak ten obraz Małgorzaty Wójcik. Niosę go w sobie uparcie i nie puszczam, poniosę go pewnie dalej i nie wiem czy bardziej nie chcę, czy nie mogę go zgubić.

Murakami miał tę swoją książę o Owcy, o ludziach, którzy nieśli w sobie Owcę, a potem Owca zniknęła i pozostała pusta czarna przestrzeń i paląca tęsknota i głód za czymś, czego nawet się nie pamięta, za nic w spójną całość złożyć się nie może. I żyje się dalej i im dalej w życie się zagłębia, tym częściej zastanawia się człowiek, czy to przypadkiem nie był jakiś sen, jakiś majak, złuda jakaś, co wdarła się w życie nie wiadomo skąd, a potem zniknęła, nie zostawiając po sobie żadnych dowodów na swoją prawdziwość. Poza tym brakiem.

Rozdarła mnie ta książka, tak jak rozdziera mnie ten obraz. Pytanie, co Wy tam, szanowne pierdzibąki widzicie, co Wy tam w sobie niesiecie i odpuścić nie możecie? Dobrego dnia.

niesławny paweł m, syn Marka i Wiesławy.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *