Type and press Enter.

Może nie umiemy już tańczyć | „Kary” Franz Kafka

Grafika inspirowana książką "Kary" Franza Kafki.

Może nie umiemy już tańczyć. Ale czy możemy być czymś mniej niż ludźmi, skoro muzyka wciąż nas porusza?

Co do samych opowieści, są to obrazy potrzebne każdemu, kto w najczarniejszej godzinie i momencie absolutnej próby charakteru odnajduje w sobie wyłącznie pustkę. Każdemu, kto w usilnie budowanej twierdzy odnajduje już nie pocieszenie, lecz pręty klatki, do której, nawiasem mówiąc, sam z takim zapałem się wsadził. I właśnie trzy najsławniejsze opowieści Kafki przynoszą w tej klatce może nie pociechę, ale pewien spokój i tak potrzebne zrozumienie. Codzienne lustro nie czyni z nas bardów ciemności. Odsłania jedynie zagubionych ludzi, wyobcowanych, zbyt słabych, by podjąć kolejną grę z kosiarzem o własne szczęście.

Jesteśmy przecież w dużym stopniu golemami ulepionymi z cudzych opinii. Jak bohaterowie Kafki, okazujemy się boleśnie słabi, a zarazem destrukcyjni dla otoczenia. Z każdą kartką poddajemy się nowym karom, byle tylko ocalić iluzję dawnej maski — tej szczęśliwszej wersji siebie, którą pamiętamy. Bo przecież niewielu kwestiom zdajemy się tak chętnie ufać, jak własnej pamięci. Wykrawamy zatem kolejne fragmenty duszy, próbując wzniecić dawny żar. A potem z przerażeniem odkrywamy, że nie pamiętamy już słów legendy, którą sami sobie napisaliśmy. Poddajemy się zatem perforacji własnych wizji, które w konfrontacji z rzeczywistością walą się i pękają na części, nie pozostawiając po nas nic więcej niż ciąg cyfr i dziur.

Kolejną i może jeszcze większą karą jest oddanie się pod osąd innych, ucieczka w jakże wygodny, ale i słodko zabójczy natłok empatii i udawanego człowieczeństwa, bo wszak może nie umiemy już tańczyć, ale czy możemy być czymś mniej niż ludźmi, jeśli muzyka wciąż nas porusza? Ale idąc tą ścieżką, wchodząc znów na znajome tory, karykaturalizujemy pamięć o sobie i zmuszamy najbliższych do ponownego przeżywania wciąż zaklętego obrazu. Wreszcie przystajemy, odkrywamy to i decydujemy się porzucić wszystko, zniszczyć tę ostatnią nić łączącą nas z życiem dawnych posągów w osobistej galerii porażek, by w końcu, albo i na końcu, znaleźć w swoim wyborze ukojenie.

Czy można jeszcze coś nowego powiedzieć o viralowym klasyku i najbardziej rozpoznawalnych opowiadaniach praskiego prawnika? Łukasz Musiał uważa, że tak. I Pozwolę sobie na odrobinę prywatnej dygresji: rzeczywiście, jego posłowie broni się samo. to nie tylko analiza, ale także szkic znakomitego artykułu naukowego. Nie broni jedynie wyboru nowych tytułów, oddaje też czytelnikowi do arsenału interpretacyjnego kilkanaście świeżych pomysłów na odczytanie tekstu. Może więc pełnić rolę wstępu, a nie jedynie epilogu. Niemniej uzupełniającym „Kary” o nową, a tak dziś potrzebną jakość translacji zaangażowanej nie tyle w sam przekład, co w animację literatury. Ta ostatnia zdaje się być chyba największym zadaniem tłumacza w XXI-wiecznej rzeczywistości, bo już nie tyle chodzi o to, żeby być niewidocznym, a właśnie stać się pełnoprawnym znakiem jakości w upadającym świecie czytelnictwa.

W tych tekstach roi się od symboli i archetypicznych obrazów. Ich brutalna szczerość biograficzna pozwala nam poczuć się równie pustymi, równie wzgardzonymi. Bliższymi Kafce. A jednak wciąż zdolnymi — choćby do tego, by przyjąć własną winę. Bo jedno jest pewne: „nie ulega wątpliwości tylko wina”. A za każdą winą, niezmiennie, kroczy kara.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *