Zapraszamy do lektury pierwszego numeru Statku Głupców: KLIK!
Spójrzmy na bezkresny ocean. Zauważmy w oddali mały punkt. To nie punkt, a niewielki statek – Statek Głupców – przedzierający się przez niespokojne fale. Zróbmy zbliżenie. To jednomasztowiec niosący na swym grzbiecie załogę złożoną z reprezentantów wszelkich postaw społecznych, przekonań politycznych i religijnych, posiadających skrajnie różne wychowanie, uznających różne normy społeczne i legitymujących się różnorodną edukacją oraz doświadczeniem życiowym.
Na pierwszy rzut oka widać, że żaden załogant nie wie tak naprawdę, jak się nawiguje według gwiazd, jak się używa przyrządów takich jak sekstans czy busola, jak się wybiera cel podróży i steruje samym okrętem. Poruszają się trochę bezładnie, o czymś dyskutują, coś wykrzykują, robią dużo zamieszania.
Pozostaje im więc intuicja i wiedza szczątkowa, tu zasłyszana, tam ukradziona, skądś zapożyczona lub podarowana z dobrej woli.
Niemniej – wbrew wszelkim przeciwnościom i wbrew może logice – łajba została zwodowana i wypłynęła cało z portu, a teraz… teraz płynie, a może tylko unosi się na powierzchni.
Wszyscy załoganci, od najprostszego majtka po wyrafinowanego kapitana – zakładając, że uznajemy takie głupoty jak podziały ról – mają jedno tylko marzenie: chcą trafić do mitycznego raju, Naragonii, według różnych relacji albo raju głupców i błaznów, albo królestwa szczęścia.
Chyba że przyjmiemy, że to tożsame. Nie podejmę się rozstrzygnięcia, zostawię czytelnikowi pod ocenę.
Pozwólmy dryfować statkowi i pozwólmy dryfować (sic!) wyobraźni, ostatecznie o tym ma być ten magazyn.
Jak doszło do skompletowania załogi?
Nie mogę mówić w imieniu Boscha (obraz), Dürera (drzeworyt), Webera (rzeźba), Jima Morrisona (tak! Posłuchajcie „Morrison Hotel”!) i wielu innych, albo wreszcie nie odbiorę prawa głosu pomysłodawcy: autorowi poematu pod tym tytułem, Sebastianowi Brantowi.
Mogę za to opowiedzieć (bo w anegdoty jestem dobry), jak doszło do zaokrętowania niekompetentnej załogi na dziurawej łajbie, która właśnie – pod banderą ze starych kalesonów – przemierza ocean internetu, ładując działa burtowe pokracznymi ideami.
Internet, jeśli do czegoś służy, to do robienia memów, publikowania pornografii oraz łączenia ludzi o różnych przemyśleniach, estetykach, o różnych pomysłach na życie. Czasem z tego połączenia wynikają wojny forumowe, wyzwiska, (karalne) groźby i tak dalej. Idealne miejsce dla starego trolla.
Ale czasem powstaje czytelnicza inicjatywa, klub dyskusyjny, który niemal niezauważenie przekształca się w grupę przyjaciół. Czasem jeden z tych przyjaciół, po dwunastym Bosmanie albo Perle, rzuci w eter, bardziej dla wypełnienia ciszy: „zawsze chciałem stworzyć magazyn kulturalny, ale brakowało mi tupetu”. Zamiast spodziewanego „ja też” albo „nie rozlewaj, to poważny lokal”, w odpowiedzi słyszy: „Zróbmy to”. Pół roku i jeszcze kilka piw później patrzycie na efekt. Nawet mi Was nie żal.
A skąd nazwa dla łajby – taka, a nie inna?
Przypomnijmy: załoga poszukiwaczy szczęścia, wywodzących się z każdej dziedziny życia, sięgająca po każdy przejaw kultury, analizująca ją, uprawiająca, krytykująca. Biegająca większość czasu bezładnie, próbując dojść do jakiegoś porozumienia. Głupcy, nie? Nawet jeśli zaraz zatoną, będą zadziornie bulgotać, do samego końca.
Czy nazwa magazynu naprawdę mogła być inna?
