Type and press Enter.

Na krawędzi / Around the Fur / Deftones

28 października swoje dwudzieste urodziny obchodzi jedna z ważniejszych płyt mojej młodości, Around the fur. Muzyka młodości ma to do siebie (albo przynajmniej powinna mieć!), że pozostaje w młodości, gdzie jest jej miejsce. Doskonałe narzędzie wyrazu dla młodzieńczego buntu, katalizator jakichś emocji, pole dla odreagowania, rozładowania, wszystko to w pewnym czasie jest potrzebne. Ale ten czas prędzej, czy później się kończy, trzeba iść dalej. Nowe przygody czekają.

Jak to się stało, że Deftones z tą i innymi płytami przetrwało ten okres? Ciężko powiedzieć. Wtedy, przed kilkunastu laty, ta muzyka zdawała się wabić mnie tymi samymi walorami, co pozostała konkurencja, która próby czasu w jednak nie przetrwała… Może to przez pewien brak teatralności i przerysowania? Istnienie na ostrej scenie kierowanej do młodych, zbuntowanych ludzi w latach dziewięćdziesiątych, musiało być koniecznie powiązane z pewną dozą pozerstwa, strojenia groźnych min, wizerunku, w którym muzycy nie mogli się chyba zdecydować, czy lepiej będzie upodobnić się do bandy ponurych zwyrodnialców, czy raczej po prostu wyglądać cool… Jakby nie wiedzieli do końca, czy chcą się wybrać do skateparku, czy raczej zacząć handel narkotykami w szkołach… Z perspektywy czasu wszystkie te Slipknoty, Korny, Limp Bizkity i Linkin Parki (to jest trochę inna beczka, ale na trend jako taki się załapuje) i tem podobne rzeczy raczej bawią i jeśli podobają się jeszcze, to już tylko przez wzgląd na sentymenty.

A Deftones nie śmieszy. Brak masek, brak groźnych grymasów, brak ponurości w tekstach. Konkurencja ładowała siły w jakieś autodestrukcyjne, negatywne tendencje, a tutaj dostawaliśmy raczej niedoprawiany niczym gniew i inne emocje. Może właśnie to zadecydowało, że wszystkie te płyty nadal są memu sercu bliskie… Przez nieporuszanie konkretnych tematyk, a umieszczenie wszystkiego w świetle emocji, teksty i wydźwięk kolejnych albumów zyskały pewną uniwersalność… Poza tym wspomniane wcześniej problemy z wizerunkiem i pozerstwem również zespołu nie dotyczyły. To zawsze była grupa chłopaków z ulicy, która sięgnąwszy po instrumenty zaczęła grać. Nic się nie zmieniło (poza wahającą się wagą wokalisty, no i zyskaniem dwudziestu kilku lat…).

No i Around the fur. Zespół w 1997 roku zdecydował się na nagranie ciemnej i ciężkiej płyty. Pewna żywość jaką słyszeliśmy w dwa lata starszym debiucie, tutaj się ulatnia, całe brzmienie albumu podyktowane jest ciężkimi i buczącymi gitarowymi riffami. To jest najostrzejsza płyta w dorobku grupy. Tak sobie myślę, jak to dobrze, że taki album przytrafił się gdzieś na początku dyskografii, właśnie wtedy, w 1997 roku. Lada moment, rok, dwa później podobne granie weszło do mainstreamu, mnóstwo zespołów pokusiło się o sięgnięcie po brzmienia nieco lżejsze, bardziej melodyjne i przystępne, wymienię chociażby Linkin Park, albo System of a Down, zespoły, które zdobyły sobie wierną rzeszę fanów, nawet wśród osób na co dzień gitarową muzyką nie zainteresowanych. Może, gdyby drugi album Deftones wydany został dwa lata później i on podzieliłby los komercyjnego produktu…

Na całe szczęście Deftones wydało Around the fur w przeddzień owej rewolucji. Album jest ciężki i raczej nieprzystępny, ani MTV ani rozgłośni radiowych zawojować mu się nie udało, a mimo to myślę, że była to decyzja najlepsza z możliwych… Wytyczyła ona ścieżkę na kolejne płyty, lekkie odpuszczenie i droga ku melodyjności (dojrzalszej już) pojawią się z muzyce zespołu dopiero po niespełna dekadzie, na Saturday Night Wrist z 2005 roku. Do dziś zespół będzie balansować na pewnej krawędzi, grając muzykę na tyle ostrą i surową, by nie wejść do repertuaru komercyjnych rozgłośni, z drugiej zaś strony na tyle zbalansowaną i dojrzałą, by nigdy nie musieć iść w jakieś pozy i grymasy.

Otwierające album My own summer daje dobry przedsmak tego, co na płycie znajdziemy: ciężki, niski, zapętlony riff, tocząca się powoli i z wielkim ciężarem rytmika, senny wokal w zwrotkach, przerywany ostrym wrzaskiem refrenów… Smutna i ponura Mascara, z niesamowitym tekstem o zatraceniu się w obiekcie westchnień (chyba najbliższy balladzie moment albumu), ostry i energiczny utwór tytułowy, nie zwalniający tempa, przepełniony wyrzutami i pretensjami Rickets. I w końcu Be quiet and drive, chyba najlepszy utwór na płycie. Tekst o potrzebie ucieczki, opuszczenia złych rzeczy, wpleciony jest w elementy pełne jakiejś dziwnej przemocy, może nawet perwersji… Utwór rozdzierająco smutny, ale jednocześnie niesłychanie mocny. Dalej: nieco przesadnie ostre Lotion i Headup, mocno melodyjny Dai de Flu i świetny, perwersyjny MX.

Cały ten album to nieustanne szarpanie się między gniewem, pretensjami, rozpaczą i próbą jakiegoś nieporadnego sklejenia tych emocji w całość, jakiegoś wyjścia na prostą. Doskonałe zamknięcie całej burzy odczuć kotłujących się w piersi. Ogólne brzmienie całości to zasługa ciężkich, powolnych riffów, pięknej współpracy Carpentera i Changa. Wrażenie robi też perkusja Abe’a Cunningama, który nie jest co prawda najlepszym perkusistą na świecie, jego granie jest raczej proste i oparte na krótkich, powtarzających się układach. Mimo wszystko jednak jest na tyle charakterystyczne, by od czasu do czasu wyjść na pierwszy plan, nadać ciężkiej płycie mnóstwo dynamicznych momentów.

Zatem wyjście z młodości nastąpiło już jakiś czas temu, ale ta i inne płyty Deftones zostały ze mną. Ile razy, gdzieś po drodze, można było się w tu znaleźć, nie wiem. Around the fur kipi emocjami, tęsknotami, gniewem, rzeczami, które się nie starzeją. I pewnie – część odczuć wzbudzanych przez płytę, już na zawsze pozostanie gdzieś tam, daleko, w młodości, bo przecież z czasem wiele rzeczy się zmienia. Ale przecież zjawiają się nowe, niby inne, ale dziwnie podobne do wszystkich naszych starych znajomych.

Czas czyni więc z Around the Fur pewnego rodzaju świadectwo minionej epoki, dawnych gniewów, rozczarowań i emocji. Nie sprawia to jednak, że płyta jest nieaktualna. Wciąż brzmi świetnie, poza dwoma utworami jej ciężar wcale nie wydaje się wymuszony i przesadzony. Jest ponura, ale nie nachalnie, nie narzuca się z tą swoją ciemnością, nie jest pretensjonalna. Osłuchując ją ponownie zdziwiłem się, jak mało się tu zmieniło. Jak dobrym krążkiem ATF pozostała.

Wasz Paweł M

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *