
Okej, wylądowałem z lekturą Diaspory Grega Egana i była to lektura cokolwiek trudna, tak jak trudnym jest teraz siedzenie i pisanie o niej, a także polecanie jej. No ale jak tu nie czytać, nie pisać i nie polecać kiedy mowa o hard science fiction doskonałym?
Właśnie hard oraz science fiction – to dwie nogi, na których trudno utrzymać równowagę, bo im bardziej polegamy na jednej, tym bardziej kuleje druga. Bo chciałoby się, a przynajmniej ja chciałbym, cierpieć na ciągły opad szczęki w wyniku spotkania z nieznanym i niewyobrażalnym, wyglądania poza przytulne horyzonty zrozumienia, ale z drugiej strony przedrostek hard nakazuje twardo stać na ziemi, ściśle trzymać się obecnego stanu wiedzy, nie wszystkie pląsy, salta i fikołki są więc możliwe, łatwo o kontuzję jednej z nóg. Tymczasem obie nogi Diaspory to doskonale wytrenowane, diablo sprawne cuda kulturystyki, robiące po tysiąc przysiadów dziennie. Codziennie. Od lat. Gdyby Diaspora pojechała na olimpiadę to w skoku wzwyż zajęłaby całe podium i pierwszych dziesięć miejsc!
Autor konfrontuje czytelnika z nieznanym już od pierwszych stron, a gdy nieborak zdąży się już z owym nieznanym zaznajomić, ten okrutnik Egan mówi: pakuj się, lecimy w nieznane! Podobną operację przeprowadza kilkakrotnie na tych kilkuset stronach, powodując ciągły i niegasnący szok poznawczy. Na drugim biegunie leży nauka – i tutaj może pojawić się małe ale – autor traktuje przymiotnik hard śmiertelnie poważnie, biada Ci zatem jeśli sięgasz po Diasporę a mylisz kwarki i skwarki! (Poważnie. Biada. Przynajmniej hobbystyczne i pobieżne zainteresowanie fizyką i astronomią może okazać się niezbędne w odbiorze książki).
Już pierwszy rozdział jest złożonym opisem falującej sieci informacji, z których stopniowo wyłania się świadomość, która wkrótce powie o sobie „ja” i zostanie jednym z bohaterów książki. Jednym z bohaterów, bowiem właściwym protagonistą jest u Egana sama ludzkość. Nie jest to jednak ludzkość jaką znamy, większość żyjących dokonała bowiem tak zwanego Introdusu i funkcjonuje odtąd jako bezcielesne byty cyfrowe, zaś narodziny nowej osoby polegają właśnie na wyłonieniu się jej z szumiącego morza bitów.
Kolejne działy przypominają raczej szereg opowiadań, niż spójną narracyjnie powieść – owszem, spotykamy wciąż tych samych bohaterów i przyglądamy się temu samemu procesowi, rozwojowi ludzkości – ale kolejne jego etapy dzielą spore połacie czasu i przestrzeni. Eksploracja wszechświata, odkrywanie obcego życia, śladów antycznych, liczących miliardy lat cywilizacji, wykroczenie poza trzy wymiary przestrzenne (całe rozdziały poświęcone geometrii rzeczywistości to nie są żarty), a potem dalej i dalej…
I choć Diaspora porusza się w skalach kosmologicznych, w pewnym momencie nawet poza nie wykraczając, to jej serce bije tutaj, bardzo blisko, w byciu jako takim. Bohaterowie, choć są ludzkością, nie są już ludźmi. Na pytania pokroju być albo nie być patrzeliby pewnie zdziwieni, bo być oznacza dla nich już coś zupełnie innego. Nie znają śmierci, digitalizacja daje im (ograniczoną prędkością światła) wszechobecność, banki pamięci dają wszechwiedzę (przynajmniej w zbadanych już kwestiach), nie do końca rozumieją koncept płci, ciała, czasu w cielesnym ujęciu, wyglądają tak jak chcą i zajmują się tym, czym chcą. Jeśli chcą, żyją w sześciu wymiarach, a jeśli by zechcieli, to nieograniczani zmysłami mogliby żyć i w dwudziestu.
Mimo tej rosnącej odległości między nami a nimi, z biegiem kolejnych rozdziałów odkrywamy powoli, że gdzieś tam, głęboko pod spodem, zachowało się coś znajomego, naszego, człowieczego. Jakiś głód, jakaś ciekawość nadająca sens temu całemu byciu. Poczucie, że jest jakaś tajemnica i że ta tajemnica woła, a tego wołania zignorować nie można, bo choć odległe i niezrozumiałe, to te same prawa, które ulepiły galaktyki, ulepiły też nasze głodne serca i napełniły je tym głodem. Jako w Niebie, tak i na ziemi.
Jest Diaspora książką głęboko humanistyczną i transhumanistyczną – może się to wydać nieco paradoksalne, bo to jednocześnie najściślejsze science fiction jakie widziałem – ale z drugiej strony nigdzie nie widziałem większego humanizmu niż w pismach dwudziestowiecznych noblistów z fizyki, zatem wszystko jest tu chyba na miejscu. To książka o nauce napędzanej przez naszą naturę. Naturę, która lubi zbaczać w kierunku intuicyjnych rozwiązań, a mimo to wciąż jest w stanie pchać nas przez kolejne, coraz bardziej złożone teorie na głębokie wody, bo – jako napisał Werner Heisenberg – Prawda mieszka w głębinie (W. Heisenberg, Część i całość).
To dobra przestrzeń do posiedzenia i pomyślenia o swoich głodach i o tym, co robimy, żeby je nasycić – w skali mikro, marko i srakro – jako całość odrębna, ale jednocześnie część wielkiej całości. Książka obowiązkowa, jeśli chociażby hobbystycznie czytasz o fizyce i wszechświecie, a do tego lubisz science fiction. Obowiązkowa.
niesławny paweł m, syn Marka i Wiesławy.

