Type and press Enter.

Litterae vulgaris / Portret Młodej Wenecjanki / Jerzy Pilch

Wchodzimy z P. do empiku (dziękuję za zgodę na wykorzystanie wspomnienia w charakterze dekoracji (pięknej, swoją drogą), jak tu bez kobiety napisać tekst o książce o kobietach), brzuchy mamy pełne niezdrowego żarcia (polskich kurczaków w panierce zza oceanu), idziemy w nowości, wyciągam nowego Pilcha – pokazuję jej – bardzo ładnie wydanego. Otwieramy na samym początku i któreś z nas, nie pamiętam już które, czyta pierwszy akapit: „Jeśli jestem w czymkolwiek biegły, to głównie w sztuce rozpadu. Miłość rzecz jasna mam na myśli i wszelkie jej klęski”. Brzmi dobrze, orzekamy. Odkładamy na później.

Później okaże się, że prawie całość będzie brzmieć dobrze. Ale czy sama książka będzie też dobra? Bo jest przecież różnica między tym, że brzmi się dobrze a tym, że jest się dobrym.

Pilch przekuwa codzienność, pewną rutynę, pewną zwykłość na literaturę. I to jest w sumie największy tutaj plus. Czytam o tym jakie to łatwe – iść z kobietą gdzie trzeba. Czytam o tym jak łazienkę na przybycie kobiety przygotować, albo raczej jak nie przygotowywać. Czytam kolejne, co chwila uskakujące w bok dywagacje – świetną o tytułowym obrazie, dobrą o śmierci papieża, dobrą o spotkaniu Lutra z Durerem, taką sobie o samobójstwie. Pisanie to ładne i choć nie czułem się jakbym na przestwór suchego oceanu wjeżdżał, dostrzegałem jednak wyraźnie, jak język giętki (a raczej palce) wypowiadał wszystko, co głowa pomyślała.

I tak zadowolony i wielce tym pisaniem ukontentowany, zaczynam nagle (już w pierwszej połowie książki) myśleć o zasadności całej tej pisaniny, całego tego lania wody, całego tego (wybaczą mi państwo złociutcy) pierdolenia. Pochwała rozpusty i rozwiązłości, zamienia się w opis pewnego cudownego związku, pełen dziwnej melancholii (dziwnej, to jest: pisanej na surowo, tak, żeby oskarżenie o melancholię nie było łatwe. Symulowanie braku melancholii), trochę studium samotności, trochę studium człowieka w przestrzeni zamkniętej (mieszkanie) i otwartej (miasto), w końcu przechodzi do samotności, do tęsknoty i innych podobnych rzeczy. Rozdziały o samobójstwie pomijam, mam je za wielce pretensjonalne.

Czy lektura Wenecjanki dała mi coś więcej, niż estetyczne doznania językowe? Jeśli tak, to były to głównie przemyślenia okołotreściowe, być może przez autora niezamierzone. Po pierwsze wspomniane już wątpliwości odnośnie potrzeby pisania podobnych rzeczy. Rozmyślania drugie: jak to jest? Gdzie przechodzi granica ekshibicjonizmu. Czy wyznania zapisane na kartce są w jakiś sposób szlachetniejsze, niż historia życia opowiadana w pociągowym przedziale przez świeżo porzuconego, podpitego ex-narzeczonego? Rozmyślania trzecie: gdzie pisarz / autor / artysta zakłada maskę? Na ile pisząc „ja” pisze o sobie? Rozmyślania czwarte: hultajstwo – tak, ale czy za wszelką cenę? Chyba bym Pilcha z tym egocentryzmem nie polubił szczególnie.

Książka nieco przegadana… co ja piszę. Ta książka to jest czyste przegadanie, z niczego innego się nie składa. Opowiadane przez nią wątki, mogłyby łączyć się w sposób bardziej płynny, bardziej czytelnika wciągać. Autor mógłby nie być aż taki bezpośredni – to miłe, że opowiada o sobie, ale niechże nie jest w tym nadgorliwy. Wtedy, chodząc z P. po empiku, uznaliśmy, że ładnie, owszem ładnie, ale poszliśmy dalej, o Wenecjance zapominając (przypomniałem sobie po kilku tygodniach – miałem czyt-nąć). No i czyt-łem, a teraz, tak jak wtedy, raczej o niej zapomnę, pójdę w inne książki.

Wasz Paweł M.

 

 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *