Type and press Enter.

Lektury uzupełniające #14 Dostojewskiego stany ekstremalne

książka: Młokos; autor: Fiodor Dostojewski; powód czytania: kanon literatury

Pewna bliska mi osoba mówi, że Dostojewskiego czyta jej się łatwo. Aż za łatwo (zgodnie z teorią, że nad wielką literaturą trzeba się zmęczyć, inaczej to znak, że przegapiamy znaczenia). Że ulega tej atmosferze tajemnicy, intrydze pisanej jak scenariusz kryminału i nie może przestać czytać póki nie dojdzie do kulminacji. Bo przecież u rosyjskiego pisarza atmosfera zawsze jest gęsta, że nożem kroić, a fabuła budowana jak klasyczna sensacja. Przejrzyste sceny i długie rozmowy przesuwają nas powoli ku rozwiązaniu, i jednocześnie zaplątują w rozgrywkę. Tego krążenia wokół sedna, zaciemniających sprawy wyjaśnień, słowotoków niedomówień, powinni się u XIX-wiecznego mistrza uczyć scenarzyści wielosezonowych seriali.

Mi Dostojewskiego czyta się trudno. Kunszt pisarza sprawia, że czasem ulegam narracji i rozpędzam się w oczekiwaniu rozwiązań, ale zawsze, w jakimś momencie, bohaterowie tej prozy doprowadzą mnie do gorączki i stanu wyczerpania. Toteż Dostojewskiego zazwyczaj czytam wkurzona. Szukam opoki i oddechu w postaciach, które daję radę polubić, wewnętrzny sprzeciw w trakcie lektury Idioty uspokajała mi familia Jepanczynów, w Biesach, starsza para:  Wierchowieński i Barbara Pietrowna. Piszę o tym nie bez przyczyny: otóż w Młokosie nikt mi wytchnienia nie przynosił.

Jestem więc czytelnikiem, który bohaterów Dostojewskiego nie lubi. Mam ochotę walić młotem w postument, na którym stoją ci najważniejsi: mężczyźni czynu i idei, pół szaleńcy – pół święci. To zapewne nie dziwi w stosunku do Stawrogina, ale miałam tak i wobec księcia Myszkina, i zdecydowanie niszczycielskie instynkty budził u mnie w Młokosie piedestał Wiersiłowa. 

Oczywiście, rosyjski pisarz w pełni świadomie tworzył charaktery skrajne, budowane z przeciwieństw, niejednoznaczne. Nie interesowała go norma, zwyczajne życie, jego bohaterowie przeżywają na kartach powieści prawie niemożliwe uniesienia, a ekstremalne sytuacje testują ich dusze. Cały ten tzw. realizm fantastyczny, przekonanie, że prawda wyłania się z nadmiaru, z napięcia, z przesady jest zresztą bardzo bliski współczesnej literaturze.

Młokos to czwarta w kolejności powstania, z pięciu wielkich powieści psychologicznych Dostojewskiego. Najmniej z nich znana, być może najsłabsza (nie podjęłabym się oceny) – zresztą najsłabsza w tym przypadku i tak oznacza prozę genialną. Na język polski powieść tłumaczona była kilkakrotnie, zazwyczaj jako Młodzik (choć zdarzył się i Wyrostek), najczęściej wznawiany więc i najpowszechniej dostępny jest przekład z 1929 roku Marii Bogdaniowej i Kazimierza Błeszyńskiego. Wydawnictwo MG wydało powieść w nowym tłumaczeniu: A. Grodta.

Młokos to wielka powieść o dojrzewaniu (ewentualnie i złośliwie można napisać, że o niedojrzałości, tej usprawiedliwionej wiekiem – u młodego Arkadiusza, i tej, której nie da się tak usprawiedliwić – u Wiersiłowa). Główny bohater, będący jednocześnie narratorem, ma 19 lat. Powieść to jego pamiętnik. W chaotycznej, gorączkowej narracji Arkadiusz Dołgorouki, nieślubne dziecko Andrieja Wiersiłowa zdaje relację z kilku przełomowych miesięcy swego życia. Sam język powieści był eksperymentem. Szorstki, niewygładzony, pełen powtórzeń, w rytmie naturalnej mowy – język niedokształconego, egzaltowanego, niedojrzałego człowieka. Przekład Grodta znakomicie oddaje gorączkowy kształt młodzieńczych wynurzeń, więc chociaż Bogdaniowa i Bleszyński tłumaczą ładniej i posługują się dużo piękniejszą polszczyzną, jednocześnie zbyt wygładzają powieść, i w rezultacie psują efekt (miałam nawet wrażenie, że czasem arbitralnie poprawiają to, co uznają za błędy u Dostojewskiego; i szkoda, że prawie zanika zwyczaj tłumaczy dodawania do wydania paru słów o swojej pracy -albo raczej zwyczaj wydawnictw płacenia za te parę słów – ja chętnie przeczytałabym co ma do powiedzenie A. Grodt).

Można też czytać Młokosa jako opowieść o namiętności. O pierwszej miłości, do siły której nic nie może człowieka przygotować i miłości dojrzałej, która nic mądrzejsza od tej pierwszej nie jest. Co ciekawe, w tym ujęciu, przerysowany realizm charakteryzujący pisarza, przestaje być przerysowany. I nieracjonalność zachowań bohaterów, opętanie jedną myślą, amplitudy nastojów, ciągłe “odchodzenie od zmysłów” stają się częścią zrozumiałego, wspólnego wszystkim zakochanym doświadczenia.

Jest to również książka, w której Dostojewski po raz kolejny zmaga sie z ideą “rosyjskości”. Uosabia ją dla niego przede wszystkim Wiersiłow, choć gdzieś na marginesie pojawia się znowu i wrzenie społeczne, i spiski, i szukająca radykalnych rozwiązań młodość. Dostojewski z pewnością wierzy, i tę wiarę stara sie zaszczepić w czytelniku, że “szlachetność i wyjątkowość” postaci Wiersiłowa wynika z arystokratycznego urodzenia. Nawet gdy bohater się jej sprzeniewierza, to trzon tej przyrodzonej cnoty w nim pozostaje, dlatego jest albo skazany na dążenie do niej, albo zgubiony. I właśnie zmagania tego bohatera, poszukiwania w sobie świętości, honoru, ideału wydają się sercem powieści (choć ja już wspominałam o młocie i chętnie zanegowałabym autorską tezę, że jest Wiersiłow uosobieniem jakichkolwiek pozytywnych cech, tylko że bez opowiadania treści książki nie da się tego zrobić). Dostojewski poprzez Wiersiłowa ukazuje rosyjską duszę w całej jej “rozciągliwości” (w tłumaczeniu Bogdaniowej i Bleszyńskiego “szerokości“). Z przekonaniem udowadnia rosyjską przewagę nad innymi narodami (“tylko Rosjanin potrafi być prawdziwym Europejczykiem“). Ten konserwatyzm i mitotwórczy nacjonalizm poglądów Dostojewskiego bywa rażący i jest jednym z najtrudniejszych do przełknięcia elementów powieści.

Proza Dostojewskiego ma dla mnie jeszcze dwie nieprzyjemne cechy. (Och, nie ujmuje to jej wielkości; gdzie światło tam i ciemność, jak mawiają mędrcy). Pierwsza to brak poczucia humoru. Gdy człowiek zostaje rozebrany tak dokładnie na kawałki pierwsze, a odebrana mu zostaje umiejętność śmiechu, musi wypaść fatalnie. Dostojewski nie daje światu szans się obronić. (Akurat w Młokosie nie żadnego humorystycznego akcentu, choć sam główny bohater często bywa “śmieszny”; ale w innych powieściach oczywiście  jest, czasem nawet duża, dawka żartu -jak choćby wspomniani przeze mnie Jepanczynowie -uroczo zabawni jako integralna całość – niemniej jest to humor pobłażliwy, protekcyjny; nie radosny) . Zawsze zastanawiam się jakby Dostojewski pisał, gdyby potrafił się śmiać (mam tu ochotę dodać –  z siebie).

Druga to sposób pisania o kobietach. Tworzy Dostojewski wizerunki niesamowicie intensywne. Nie da się zapomnieć Nastazji Filipowny (Idiota), nie bez przyczyny stała się archetypem kobiety fatalnej i nieszczęśliwej. W Młokosie też nie brakuje niezwykle wyrazistych portretów kobiecych (na czele z moim ulubionym Anny Andrejewny, jeśli kogoś mogłabym w tej książce polubić, to ją właśnie). Ale kobiety Dostojewskiego zawsze istnieją w świecie mężczyzn, jako dodatek – co absolutnie nie jest normą w ówczesnej literaturze, znakomitą przeciwwagą jest np. Tołstoj. U Dostojewskiego kobiety są jedynie nieco bardziej złożonymi eksponatami, o poddańczych duszach, bez aspiracji do tworzenia świata. Istnieją zawsze wobec: miłości, obowiązków rodzinnych, honoru mężczyzn. Dają sobą kierować, w przekonaniu, że tak być powinno. I nie potrafią zaistnieć jako samodzielne byty. W ten zarzut bohaterka Młokosa Katarzyna Nikołajewna – najważniejsza żeńska protagonistka powieści – wpisuje się modelowo. Jej charakter nie istnieje, bo nie ma znaczenia. Cóż. Można i tak. A ja mogę napisać, że to jest złe. Ta cecha pisarstwa Dostojewskiego zakłamuje rzeczywistość, jest błędem w ocenie człowieka i psuje przyjemność z obcowania z genialną prozą. (Swoją drogą zaczęła mnie denerwować z czasem, przy którymś czytaniu, kolejnej powieści. Na początku geniusz zbyt urzekał.)

Przy lekturze Młokosa przydaje się trochę wiedzy. Na przykład o tym, że powstał on jako polemika z Lwem Tołstojem i sposobem w jaki tamten przedstawiał rosyjskie społeczeństwo. Dostojewski zarzucał Tołstojowi konserwatyzm: historyczne, statyczne ujęcie tworu, który jest w stanie wrzenia i ciągłego ruchu. Tołstoj pokazuje starą arystokrację, Dostojewski “rodzinę przypadkową”. Dopiero gdy mamy świadomość tej dyskusji, w pełni zrozumiałe stają się choćby ostatnie strony powieści – list do Arkadiusza od jego dawnego wychowawcy. Oczywiście zdaję sobie sprawę, że wydawanie klasyki literatury jest przedsięwzięciem ekonomicznie trudnym, i chwała Wydawnictwu MG że się go konsekwentnie, od lat, podejmuje, jednak naprawdę żal, że książkom w serii nie towarzyszą żadne wstępy czy posłowia (niektórym, jak się w gwiazdkowym prezencie przekonałam jednak towarzyszą, Gargantua i Pantagruel na szczęście wyszedł ze wstępem Boya – Żeleńskiego).

A teraz (sprytnie) odżegnam się od wszystkich wcześniejszych kategorycznych stwierdzeń. Wielkość prozy Dostojewskiego sprawia, że znaczenia, które nadamy jego powieściom zawsze będą względne. To proza żywa, wchodząca z czytelnikiem w interakcje. Ciężko ją doczytać i zamknąć na zawsze. Będzie rezonowała nam w duszach i bez naszej zgody.

 Jeśli napiszę, że polecam Młokosa to zabrzmię zabawnie,

więc właśnie tym humorystycznym akcentem kończę.

Agnieszka Ardanowska

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

2 comments

  1. “Nowe tłumaczenie” Młokosa wydanego przez MG pochodzi z 1929 roku.

    1. O, ja tego nie wiedziałam i nie umiałam znaleźć, a szukałam informacji o tłumaczu; dziękuję za sprostowanie i przepraszam za dezinformację. (Ciekawy aspekt tej sprawy to fakt, że odebrałam język tłumaczenia jako współczesny).