Type and press Enter.

Skutki miłości / Kino pod klepsydrą #4

Skutki miłości

Paolo Sorrentino

2004

Jak wiadomo dzięki Franzowi Kafce, pewnego dnia Józef K. urodził się po raz drugi. Tym razem w asyście dwóch nudnych panów. Nie ma tu radości ani rozpaczy. Stan oskarżenia staje się dla Józefa nie drugą, ale pierwszą i jedyną skórą. Jakiś czas łudzi się, że ma dwie skóry i że ta druga po odbyciu stosownych procedur po prostu zostanie z niego zdjęta. Złudzenie jest zrozumiałe. Wszak każdy z nas pragnie się oczyścić. Trzeba jednak zrozumieć, z czego. Nowe życie, to znaczy proces, nie zna początku i końca. A jeśli tak, to aresztowana zostaje także pamięć Józefa K. Oskarżony zapomina, że miał wcześniej jakiekolwiek inne życie. Zanim zapomina, to właśnie w nim szuka punktu orientacji. Tam, w tym życiu rozpoczętym na oczach matki, były wszak jakieś początki, jakieś końce, czasy, miejsca, oczekiwania i niedoczekania. Były też sądy wydające orzeczenia. Żaden z nich nie brzmiał jednak: „skazuję pana na zapomnienie”. Nie ma jednego momentu, w którym Józef K. zapomina, kim był. Dwaj panowie, którzy zaskoczyli go rano, byli posłańcami. Józef K. mógł po prostu ich zabić, ale to bez znaczenia: jest stroną w procesie i nie przestanie nią być.

Titta di Girolamo był kiedyś chłopcem. Dziś mieszka w hotelu. Codziennie. Hotel nie jest jego domem, ponieważ on nie ma już domu. Nie może go mieć. Odkąd podjął ryzykowną grę z pewnymi panami, nie ma domu. Ma tylko umowę czy – bądźmy uczciwi – umowa ma jego. Jest więc zakładnikiem umowy. Pamięć podpowiada mu, że nie zawsze tak było. Pamięć Titta jest wprawdzie na mocy gry aresztowana, podobnie jak pamięć Józefa K., ale sąd… Sąd bardzo się zmienił.

Sąd rozpatrujący sprawę pana di Girolamo to instytucja po generalnej modernizacji. Oskarżony może sobie wspominać, co i ile zechce. Z jednym małym ale: żadnej wyobraźni. Przynajmniej oficjalnie. Titta wygląda więc tak, jak życzy sobie skład orzekający. Jego twarz można nazywać pokerową, jego marynarkę rutynową. Wyróżnia się jedynie małomównością, choć to słowo zupełnie do niego nie przylega. Mówienie jest nudne, więc ten, kto w nim mówi, wyręcza go w tej wymaganej przez bliźnich czynności. Owszem: ten, kto w nim mówi, znajduje niekiedy jakąś przyjemność w wydobywaniu słów. Jest to sprawa ironii: znakomitej używki dla każdego, kto zaznał utraty. Wewnętrzny rozmówca Titta jest wytrawnym ironistą. Stać go dosłownie na wszystko. Titta zleca mu odpowiadanie na zagajenia, a sam zajmuje się tylko obserwacją. Patrzy na ludzi, na ich powtarzalne ruchy rąk, ust, bioder, nóg. Wolno mu patrzeć. Nie wolno mu myśleć o tym, że kiedykolwiek zamieszka gdzie indziej niż w hotelu. Wolno mu wspominać, jak było, kiedy w nim nie mieszkał. I czasem, czasem… Powiedzmy, kiedy patrzy na czarnowłosą kelnerkę, która żyje nie tylko w hotelu… Ale to już nieważne. „Prawda jest nudna, przyjacielu”.

Powiedzieliśmy nawet za dużo. Ta opowieść przypomina odkładane do granic wytrzymałości pożegnanie. Titta wytraca tempo, zbiera po drodze kilka przypominających mu coś obrazów, których nie ożywi, bo tworzą je ludzie w pełnym ruchu. Pierwsze kadry patrzą wszak na człowieka, który stoi na taśmie ruchomych schodów: ruch nie pochodzi od niego. Raz po raz widzimy tak, jak widzi Titta: zwalnianymi, niemal zatrzymywanymi ujęciami, jakby ktoś niezdarnie przewijał nagranie i nie miał nawet pewności: do przodu czy do tyłu.

Titto porusza się coraz wolniej, zatem schodzi coraz niżej. Ktoś dobroduszny mógłby w zakończeniu historii dostrzec jego niewzruszony wybór. Tymczasem Józef K., kiedy przychodzą do niego po raz drugi, nie jest już zdziwiony. Co najwyżej rozczarowany oprawą całej ceremonii. Estetyka nie jest przecież bez znaczenia. Titta jest nieco zawiedziony brakiem wyobraźni organizatorów jego ceremonii. Wciąż nie może przywyknąć do braku wyobraźni. Nie może, bo miał kiedyś dom, z którego widział ziemię i niebo.

Adam

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *