Type and press Enter.

Bardzo krótko / Axel Munthe / Księga z San Michele

Spisanie uczciwej autobiografii jest chyba zadaniem ponad ludzkie siły. Zbyt pokręconym stworzeniem jest człowiek, rozdarty między miłością a nienawiścią do siebie, rozpaczliwie usiłujący spiąć wciąż oddalające się od siebie końce ja wewnętrznego i ja publicznego, wpatrzony tęsknie w niedościgły ideał i z upodobaniem nurzający się w błocie.

„Księga z San Michele” stanowi mocno uładzoną wersję wycinka życiorysu Axela Munthe. Nadworny lekarz szwedzkiej rodziny królewskiej opisał w niej przede wszystkim lata praktyki w Paryżu i w Rzymie, kiedy to dzielił swój czas między niezwykle hojnych pacjentów z wyższych sfer a niezdolną do uiszczenia najskromniejszego choćby honorarium biedotę.

Opowieść osnuta jest wokół położonej na wyspie Capri tytułowej posiadłości San Michele, w której Munthe zakochał się za młodu i którą po latach zakupił oraz przywrócił do świetności. Literackie wyzyskanie antycznego dziedzictwa tego domostwa pozwala autorowi przedstawić się jako duchowego następcę Hipokratesa oraz Tyberiusza. Munthe przeprowadza również dość zaciekłą obronę tego cesarza, pod którego rządami zgładzono Jezusa Chrystusa.

„Księga” to intrygująca mieszanka. Pojawiają się w niej elementy nadprzyrodzone, z proweniencją zarówno religijną, jak i mitologiczną. Jest Munthe zarazem zdecydowanym propagatorem zdrowego rozsądku. Na uwagę zasługuje również jego umiłowanie biednych oraz zwierząt.

Przy tym wszystkim ma autor o niektórych sprawach pojęcia naiwne (choć może sąd ten ma źródło w powszechnym cynizmie naszej epoki, który i mnie zatruł). Bez najmniejszej wątpliwości w żyłach Munthego płynie także sporo krwi barona Münchhausena.

To nagromadzenie niezupełnie przystających do siebie elementów sprawia, że książka jest nierówna. Jednocześnie jest również podwójnie interesująca: po pierwsze opowiedziana historia jest fascynująca sama w sobie, po drugie Munthe ewidentnie niektóre rzeczy przemilcza, a pewne fakty pomija; szczególnie tropienie niedopowiedzeń może być zajmujące, a miejsca, w które mogłyby one zaprowadzić, bywają dość mroczne.

Ambiwalencja towarzyszy w końcu odbiorowi autora i bohatera tych zapisków, który rysuje własny obraz z wyrachowaniem, ale bez przesadnej biegłości, dzięki czemu ustępy mające dowieść jego skromności sąsiadują z fragmentami, które sugerują coś przeciwnego. I, paradoksalnie, sprzeczności te wzmagają jedynie sympatię dla Munthego.

W końcu żywoty posągów rzadko bywają zajmujące.

utracjusz

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *