Type and press Enter.

Bardzo krótko / Pojedynek / Rushdie / Thorpe

Ekonomia myślenia – tak tłumaczę sobie fakt, że lektura żadnej książki nie wywołuje we mnie wystarczającej liczby myśli, by dało się je poskładać w jakąś w miarę sensowną notatkę. Ale tak naprawdę to raczej żałosna próba racjonalizacji dalece mniej pochlebnych zjawisk psychicznych, do których dochodzi w mojej głowie i którym należałoby poświęcić bardziej specjalistyczne od tych łamy. Na szczęście ostatnie tygodnie przyniosły mi dwie lektury, które jakoś we mnie rezonują, toteż czym prędzej spróbuję uchwycić to wibrowanie i przenieść na ekran, być może bardziej nawet udanie, niż uczyniono to ze „Śniadaniem mistrzów”.

„Czarodziejka z Florencji” to rzecz przepełniona smutkiem, w której przeplatają się tematy zazwyczaj przeplatające się nie tylko w literaturze pięknej, ale i, jak sądzę, w nie mniej pięknym umyśle. Baśniowa konwencja, nawiązująca do literackich tradycji Orientu; pozorna idylla szczytowego momentu panowania dynastii Wielkich Mogołów; uliczki szesnastowiecznej Florencji; piękne kobiety i dzielni młodzieńcy; intrygi, fortuny, tryumfy i nagłe upadki – to wszystko i wiele więcej umieścił w swej opowieści Salman Rushdie. Niestety, „Czarodziejka” to również kolejny przypadek tak modnego i niepotrzebnego w literaturze forrestgumpizmu, gdzie autor co rusz wprowadza na scenę wielkie nazwiska, by oświetliły blaskiem kolejne stronice, na które w efekcie trudno w końcu patrzeć bez sceptycznego zmrużenia oczu.

Rushdie nie dotrzymuje kroku tym mistrzom, którzy równie ochoczo chwytali za baśniową konwencję, jako to Eco czy schyłkowy Mann, być może nie dotrzymuje dlatego, że ironia jest orężem skuteczniej penetrującym niż melancholia, a jeśli to nieprawda, to może po prostu dlatego, że między zdania udane zaplącze mu się od czasu do czasu zdanie udane mniej, wybijające z rytmu i przypominające w efekcie, że jest się tylko czytelnikiem, podczas gdy wspomniana wcześniej ironia celowo utrzymuje czytelnika w tej świadomości, ale i buduje swego rodzaju porozumienie, a nawet iluzję równości między nim a autorem.

Wbrew tytułowi powieści Rushdiego czarodziejem słowa mianuję więc Adama Thorpe’a, mimo że miałem przyjemność obcować jedynie ze słowem zapośredniczonym, obrabianym (nader zacnie) przez Roberta Sudoła. „Ulverton” to rzecz niezwykle pomysłowa, bo też zamysł Thorpe’a jest nad wyraz ambitny – dać przekrojowa historię Anglii, przez czas i społeczeństwo, ale nie przez przestrzeń, bo ta ograniczona jest do małego spłachetka ziemi. Dzięki temu obserwujemy stopniowe zachodzenie przemian w wielu obszarach ludzkiej aktywności, przede wszystkim zaś w języku, będącym w „Ulvertonie” tworzywem tak giętkim i zróżnicowanym, że czapki z głów. Do tego dochodzi postulowana akapit wcześniej ironia, którą Thorpe kłuje rzadko, ale zawsze w kluczowe organy.

Tę rywalizację wygrywa więc „Ulverton”, książka świetna, choć niepozbawiona pęknięć. Jej jedyną słabością jest formalne rozpasanie, które staje się w pewnym momencie, przynajmniej w moich oczach, dowodem możliwości i biegłości Thorpe’a, na dowodzeniu których tracą płynność i spójność opowieści. Natomiast niektóre fragmenty są absolutnie przejmujące, i to te formalnie skromne, bo czasem jeden obraz czy kilka słów potrafi silnie wzruszyć i każe rzucić ten solidny tom w kąt oraz gonić za odwzorowaniem tego wzruszenia gdzieś poza jego kartami. I mimo że będzie o to niełatwo, to przecież warto sobie raz na jakiś czas przypomnieć, że choć literatura jest piękna, to życie jest prawdziwe.

utracjusz

Ilustrację pojedynku między pisarzami wygenerował ChatGPT (sorry!).

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *