Type and press Enter.

Wokół tożsamości / Claudio Magris / Mikrokosmosy

Żałuję, że podczas wizyty w Trieście lata temu nie znałem jeszcze „Mikrokosmosów”, bo udałbym się wówczas na wędrówkę po wyrysowanej przez Magrisa mapie. Choć i tak nie zdołałbym jej ukończyć, bo – o ironio – zawezwał mnie wtedy telefon z informacją, że dwóch dżentelmenów-rodaków pobiło się niedaleko o względy pewnej umiarkowanie urodziwej Słowenki. I to zdarzenie znakomicie wpisałoby się w narrację Magrisa, spod której prześwituje właśnie wyraźna ironia, która jest w końcu jednym z niezbędnych narzędzi człowieka nowoczesnego, a szczególnie pisarza nowoczesnego.

Ironia tkwi również w fakcie, że dwaj wzmiankowani dżentelmeni, wbrew wbudowanym mechanizmom, bo uzbrojeni w inne narzędzia człowieka nowoczesnego – do których trzeba zaliczyć zarówno egoizm, jak i antykoncepcję – ani myśleli o przedłużaniu gatunku. Ale to już chyba temat na zupełnie inną książkę.

Magris jawi się tutaj jako literacki odpowiednik maszynki do mięsa, z której wychodzi rzeczywistość spoetyzowana, zmitologizowana. Postrzega świat jako nieprzerwany ciąg symboli, transponuje mity na triesteński grunt. Ocala również od zapomnienia tych wszystkich lokalnych, zazwyczaj pomniejszych, twórców – pisarzy, malarzy, architektów.

Nie tylko Triest jest jednak bohaterem „Mikrokosmosów”. Magris typuje więcej obszarów obarczonych charakterystycznym piętnem pogranicza, czyli tymczasowości i płynności. Oddaje hołd tym umęczonym ziemiom, ich skomplikowanej historii. Fascynuje go zagadnienie tożsamości, jej dynamiczny charakter. Wskazuje, jakie cuda mogą się wyłonić z etnicznego tygla, z przenikania się kultur. I broni tych pokręconych, wyrzeźbionych przez czas i wygotowanych w krwi lokalnych tożsamości, głośno mówiąc, że mylą się zarówno ci, którzy chcieliby się zamknąć na świat i zachodzące w nim nieuchronnie przemiany, jak i ci, którzy chcieliby się na świat całkowicie otworzyć, rezygnując z własnego dziedzictwa i tradycji. Jakieś granice są w końcu potrzebne. I w funkcjonowaniu jednostkowym, i w życiu zbiorowym.

Nowoczesność niszczy zaś tradycję, tytułowe mikrokosmosy właśnie, kluczowe w procesie budowania tożsamości. A tożsamość nie może być z gumy, z plasteliny.

Rozważając historię tych pechowych regionów, nieustający ciąg nawiedzających je mniej lub bardziej zbrojnych konfliktów, konfrontuje Magris człowieka z wiecznymi i obojętnymi morzem oraz przyrodą, podkreślając nie tyle jego całkowicie oczywistą przemijalność, ile bolesną i absolutną chwilowość.

Bezosobowa w przeważającej części narracja umieszcza odbiorcę w środku opisywanego świata i każe mu przeżywać wszystko, co opisuje autor: to ja płynę łodzią po lagunie z młodym Cristianem, ja oglądam film w kinie pana Voliotisa na świeżym powietrzu, ja biorę pokój ze spadzistym dachem w Planinskim Domu. I wreszcie, co najbardziej dojmujące, to ja obserwuję, jak mój nieodłączny towarzysz przekracza próg katedry zbudowanej ze światła, przypominając mi, że na horyzoncie majaczy kres.

Podróże z Magrisem po prowincjonalnej Italii są więc dalece skuteczniejsze niż podróże palcem po mapie czy czytanie przewodników, a przy tym są okraszone przednimi anegdotami. I niekiedy najpierw pojawia się tu opowieść, a dopiero później, znacznie później, dochodzi do wydarzenia, które ta opowieść opiewa. Bo moc literatury jest niezmierzona i bywa sprawcza.

I trudno nie zachwycać się Magrisem, nawet jeśli czasem pragnęłoby się chwili wytchnienia od tego niekończącego się ciągu symboli albo kiedy przyłapuje się autora na klepaniu banałów o tym, jak nowoczesna kultura europejska pozbawiła człowieka absolutu i zmusiła do poszukiwania jego substytutów bliżej siebie, a wręcz w sobie.

A wreszcie nigdy nie jest za późno, by uczyć się nowych słów, do czego lektura pism triesteńskiego erudyty zawsze daje znakomitą sposobność.

utracjusz

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *