Type and press Enter.

Zbigniew Herbert – miłosny oszust?

1

Spójrz na twarz, którą po raz pierwszy ukochałeś. Tak, dobre mgiełki obudzonej pamięci. Będziesz teraz śnił, bo czas oddalił cię od twarzy.

I oddalenie zamknęło ci powieki. Będziesz teraz widział jakby przez sen.

2

Mam pod powiekami trzy twarze. Trzy twarze z czasu, który ukochuje tak mocno, jak żywioł. Z czasu, który uprowadza, ale w pewnej – nie znajdziemy teraz innego słowa – w pewnej chwili porwanego niestety uwalnia.

Z trzeciej twarzy pamiętam między innymi oczy. To oczy otwarte na oścież pod siedemnastowiecznym niebem Holandii. Oczy zakochane w płótnach mistrzów zwanych dużymi i małymi. Oczy, które z szacunkiem, ale bez żalu opędzają się od akademickich soczewek i próbują złożyć na skórze przedmiotu możliwie czuły pocałunek.

No tak. Tak widzi zakochana pamięć. Dzisiaj widzę na tamtej twarzy coś więcej; widzę szczeliny, bruzdy, zmarszczki i kratery po utraconych krajobrazach. Czy to dlatego, że zacząłem się bliżej przyglądać? Niewykluczone. Myślę jednak, że i miłość ma swoje prawa grawitacji.

Pytam sam siebie, co staje się z wodą, która opadła na ziemię, wznosi się oparami i ma podobno powrócić. Na pewno nie powitam jej jako ten-sam. A jak ona powita mnie?

3

Eseista Zbigniew Herbert uprowadził mnie starymi poetyckimi sposobami. Póki nie umiałem ich nazwać, było mi po ludzku bosko. Tropienie zastawionych na siebie zasadzek jest zawsze czymś dwuznacznym, ale przecież koniecznym jak kolista podróż wody.

Jak to się robi? Jak rozstawić poetyckie sidła eseju? Najpierw trzeba uwierzyć we własną opowieść. Potem idzie łatwiej: zestawia się słowa, fakty i wyobrażenia na służbie opowieści. Malarz Torrentius z „nieco” tajemniczego staje się „arcytajemnicą”. Nawet jeśli o życiu malarza wiemy (podobno) niemal nic, z kilku starannie dobranych „nic” składa się pociągające nieokreślonością „coś”. Powiedzmy też, że dawne kroniki miejskie są często przytomne jak oczy księgowego. Nie ma to jak legenda. Jej uroku nie ubezpłodnią liczby. Gorączka tulipanowa – czyż to nie brzmi donośnie?

Martwą naturę z wędzidłem nadziewa autor – niejako w epilogu – apokryfami. To zapożyczone (można i tak: uprowadzone) słowo mruży do czytelnika co najmniej jedno oko. Czytajcie do woli te rozkołysane mikrobaśnie. Tutaj odwiązuję dobrej wyobraźni wszystkie lejce, w esejach byłem – mimo wszystko – zdyscyplinowany.

Czytałem co nieco o eseistycznych sztuczkach Zbigniewa Herberta. Ostatnio jednak – chyba po raz pierwszy – przeczytałem głos miłosnego zawodu, a nie świętego oburzenia. Niderlandysta con amore Piotr Oczko napisał naukowy esej. „Martwa natura w wędzidle stereotypu. Wizje sztuki holenderskiej Zbigniewa Herberta i problem z ich recepcją”.

Nie dajmy się zwieść wężowemu rozmachowi tytułu. Dochodzenie jest nader obiecujące, świadomie zminiaturyzowane. Nie jest to jednak śledztwo prokuratorskie. Nie ma obrony i nie ma ataku. Jest za to konfuzja, jaką odczuwa każdy, kto przeciera oczy po zakochaniu. Dodajmy: przetarł już jakiś czas temu, więc mówi spokojnie i cicho.

4

Wielu jest takich, którzy odradzają spotkanie po latach z pierwszą miłością. Byłbym nawet skłonny przyznać im ocalającą zmysły słuszność, gdyby nie jedna maleńka jak kryształek lodu wątpliwość.

Jeśli przyjmiemy, że miłość jest snem – nie budźmy go. Twarz pozostanie ukochana przez pamięć jako ta pierwsza. Jeśli jednak miłość jest nie tylko snem – kochajmy nie tylko przez sen.

I pisze to człowiek, który wciąż kocha wyobraźnię poety-eseisty. Gdzieś między jawą a snem.

Mersault

*Piotr Oczko, Martwa natura w wędzidle stereotypu. Wizje sztuki holenderskiej Zbigniewa Herberta i problem z ich recepcją [Biuletyn Historii Sztuki, Nr 1 (2016), s. 93-116, Instytut Sztuki PAN, Warszawa 2016]

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *