Type and press Enter.

Twardoch idzie za ciosem / KRÓL / Szczepan Twardoch

Wśród białego krajobrazu, unurzana w śniegu po pas zawzięcie brnie przed siebie czarna figura. Dalekie ujęcie, nie sposób rozpoznać – kto to? Po chwili jednak kamera zbliża się i przez moment podąża za mężczyzną. Widać przewieszony przez plecy karabin, widać buchające kłęby pary, widać nóż zawieszony u pasa i plamy krwi na jednym z rękawów też widać. Ta broń, to nie dla ozdoby. Piechur upada w śniegu, ale po chwili podnosi się i idzie dalej. Kamera z wolna rozpoczyna półobrót połączony z kolejnym zbliżeniem. Po chwili widzimy już twarz. Widzimy i poznajemy – to Szczepan Twardoch. Z uporem brnie przez swoją nową powieść. Nie wiedzieć czemu na kolejną książkę Twardocha, patrzył będę jak na wędrówkę właśnie. Tak mi się uwidziało.

Król2.jpgPrzejście przez nią to nie jest łatwa ani przyjemna wędrówka – autor za cel postawił sobie stworzenie opowieści możliwie brutalnej, brudnej i naturalistycznej. (Takie wrażenie odnoszę po lekturze dzienników i nieco zadziornym charakterze wypowiedzi na różnych portalach, bo skąd miałbym wiedzieć, co on sobie postanowił.) Każde morderstwo zostanie tutaj opisane w szczegółach. Czasem zjawia się deser na przykład w postaci ćwiartowania zwłok. Również sceny seksu dalekie są od romantycznych kanonów. Zobrazowane zostają w sposób wulgarny i brutalny, niejednokrotnie są to gwałty. Drastyczności i pewnej szorstkości nadaje opisom częste użycie terminologii anatomicznej. Nie ma z Królem żartów i wiemy to już od samego początku. To bardzo cielesna, namacalna powieść. Namacalna i zupełnie nieprzyjemna w dotyku. Przemierza się więc ją i niemal czuje się te zaspy, tę śnieżycę tnącą policzki (nie dosłownie, akcja toczy się latem i jesienią), to nie jest łatwa i przyjemna przechadzka.

Ale mimo to wchodzi się w nią z lubością (o ile naturalistyczne opisy niektórych zdarzeń kogoś nie odepchną) i zaciekawieniem, bo to diabelnie ciekawa i mocna historia jest. Gęsty nastrój Warszawy 1937 roku, widzianej z perspektywy przestępczego, żydowskiego podziemia. Bójki, haracze, pobicia, morderstwa i wielki, wielki świat; świat wielkich pieniędzy, świat pięknych kobiet, luksusowych samochodów, alkoholu, narkotyków i przemocy. Kluczem do tego świata jest siła. Co więc robi w nim Mojżesz Bernsztajn, młody i biedny żydowski chłopiec, świeżo upieczona pół-sierota? Pod swoje skrzydła, z sobie tylko znanych przyczyn bierze go Jakub Szapiro – sławny bokser i gangster. I tak oto zderzają się dwa światy.

Realia Króla to nie jest świat, który chciałoby się odwiedzić i przerażeniem napełnia moment, gdy zdaję sobie sprawę, że to tak naprawdę nasz świat. Pełen bezsensownego i bezosobowego okrucieństwa, jednocześnie przepełniony jak najbardziej osobowym cierpieniem. Szapiro najpierw zabija ojca Bernsztajna, potem okazuje troskę i jakby nigdy nic, opiekuje się Bernsztajnem synem. Wszystkim rządzą tutaj suche liczby, w których na człowieka miejsca nie ma. Mimo to jednak bohaterowie jakoś starają się żyć po ludzku właśnie.

I te postaci, ach postaci! Jakże one cudownie przerysowane, odwiedzamy prawdziwą galerię dziwactw. Zaczynamy od Szapiry, twardego oprycha, który jeśli tylko trzeba zgwałci, zamorduje i poćwiartuje, ale poza tym jest człowiekiem całkiem… hmmm. Dobrym? Tak, dobrym dla swojej rodziny, dla starych przyjaciół, honorowym i dumnym. Dalej Kum Kaplica. „Ojciec Chrzestny” bez mrużenia oczu decyduje o wielkich zbrodniach, nie tracąc przy tym dobrego nastroju. Pantaleon, Radziwiłek, Munja, galeria drabów, każdy kolejny groźniejszy niż poprzedni. I kobiety! Zraniona w przeszłości, mądra i twardo stąpająca po ziemi Ryfka, nie mniej mądra Emilia, rozkosznie zepsuta Anna.. Wśród tak wyraźnych postaci, główny bohater zdaje się być jedynie cieniem Szapiry, momentami zmienia się wręcz w trzecioosobowego narratora, bo wszystko co ważne dzieje się przecież poza nim – niby w kolejnych scenach uczestniczy, zawsze jednak jedynie towarzyszy, obserwuje i opisuje. Nie da się uchwycić rysów jego twarzy, jest wspaniałym kontrastem dla przerysowanych figur pokroju Szapiry. Jest jeszcze Litani – postać jeszcze bardziej nieobecna (choć tak naprawdę obecna przez cały czas), ale o nim nic pisał nie będę, sami sprawdźcie.

KRÓL4.jpg

Dopiero patrząc na tę wędrówkę z ptasiego lotu, dostrzegam pewne zgrzyty. Wydeptane w śniegu ślady (trzymamy się tego obrazu), nie układają się w linii prostej. Twardoch w pewnym momencie zmienia kierunek marszu, dość wyraźnie to widzę. W jego zamyśle moment ten zapewne miał być zwrotem akcji i zapewne dobrze spełnia swoją rolę (nie zawiodłem się), nie mniej jednak nie mogę oprzeć się wrażeniu, jakby zmiana ta wynikała nie tyle z wstępnego rozplanowania, co ze zmiany planów. Tak jakby nasz wędrowiec (którego stale sobie wizualizujemy) zrezygnował z okrężnej trasy, na rzecz drogi krótszej, pewnie zmierzającej do końca. Na ostatniej setce stron narracja zdecydowanie przyspiesza, tak, że dziwiłem się, mając tę setkę przed sobą – czułem się zupełnie tak, jakby jeszcze trzy razy tyle na mnie czekało… Zatem narzekanie, ale narzekanie niewielkie.

I oto spoglądamy na Króla. Powieść wstrząsająca, mocna, bezkompromisowa i przede wszystkim niesłychanie dobra (choć – to trzeba podkreślić – stoi za Drachem). Któż nie jest niewolnikiem?, zapytuje na pierwszej stronie, cytatem z Melville’a Szczepan Twardoch – i słowa te dźwięczą mi w uszach przez lekturę kolejnych ponad czterystu stron. Szapiro, uosobienie siły i władzy, mogący mieć wszystko, po co tylko sięgnie i sięgający po wszystko czego zapragnie, też ma swoje więzy. Autor nie pokazuje ich dosłownie, bohater nie pozwala sobie nawet na moment słabości, czytelnik musi sam wypatrzeć siatkę drobnych pęknięć. Któż nie jest niewolnikiem?

Czy to najlepsza polska powieść minionego roku? Nie wiem, przeczytałem za mało polskich powieści, żeby móc się pokusić o robienie jakiegoś rankingu. Ale gdybym taki ranking robił, pewnie nie zdziwiłby mnie Szczepan Twardoch na szczycie. Trochę przerysowany z całą tą przemocą i twardzielstwem, niemniej jednak dobry, wciąż dobry, choć jak pisałem, Dracha nie wyprzedza. Nie jest to jednak w żadnym wypadku krok w tył. Autor idzie za ciosem, serwując nam kolejną surową, szorstką i mocną powieść, w której znajdziemy znacznie więcej niż można by się spodziewać po gangsterskim kryminale, za który książka jest przebrana.

Zmęczony długą wędrówką, pisarz – myśliwy, dociera do domu, otrzepuje buty, wchodzi do środka, drzwi się zamykają. Przemarznięty i zmęczony będzie teraz odpoczywał, zasłużył sobie, to była dobra i wielka wędrówka. Pora zebrać siły na kolejną. Kamera jeszcze przez moment filmuje drewniane drzwi, po chwili zaczyna się jednak oddalać, płynnym, powolnym ruchem, pojawia się muzyka, chatę przesłania padający gęsty śnieg, wchodzą napisy końcowe. Dziękuję.

Paweł

Grafika przedstawiająca okładkę pochodzi ze strony Wydawnictwa Literackiego, wizerunki kaszalotów zaś z poświęconych im artykułów na Wikipedii.

Zapisz

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

0 comments

  1. Kliknęłam dla kaszalota, dostałam Twardocha 😉

    Ale fakt, król to powieść, która powinna być w każdym polskim domu.

    1. Dwie uwagi dodatkowe:
      – Powinien być w polskich domach, ale ustawiać się go winno koniecznie za Drachem (Morfinę niebawem nadrobię, za Wieczny Grunwald biorę się dosłownie TERAZ).
      – Mógłby być Król większym kaszalotem (w sensie grubszym tomiszczem). Nie może mnie opuścić poczucie dziwnego pośpiechu na ostatniej setce stron. Książka w swoje końcowe sceny wpada trochę znienacka. W Drachu, przez ostatnich sto stron modliłem się, żeby tylko książka nie skończyła się tak ciężko i tragicznie jak to przewidywałem / wyczuwałem. Skończyła się gorzej. Spać nie mogłem tamtej nocy.