Type and press Enter.

Po bezdrożach absurdu / Schizofazja rokokowa

„Schizofazja rokokowa. Analogowa homeopatia organami Hammonda
a nowoczesna psychiatria nuklearna”

Wydawnictwo Naukowe Instytutu Nauk Psychiczno-Jądrowych „Vamos perros!”, Barcelona, 2017
Wydawnictwo Wojsk Lądowych przy Akademii Nauk Permanentnie Nieuchwytnych „Wpieriod sabaki!” Leningrad, 1927


AUTORZY:

Prof. Jesus Maria von Blumensztajn (1968–?) – światowej sławy kataloński psychiatra, pochodzenia żydowskiego (z palestyńskim paszportem na niemieckich blachach). Świetny dermatolog po godzinach. Niezły w kręgle, taki sobie w bierki. Agnostyk, abnegat i antyterrorysta-amator. Honorowy członek legendarnego GROM-u, SPECNAZ-u oraz paramilitarnej grupy ZOMO Forever z Ostrowa Wielkopolskiego. Zapalony zbieracz znaczków pocztowych z NRD i Czechosłowacji. Fanatyk i znawca serialu Chalupáři we wszystkich znanych wersjach językowych. Szczęśliwy właściciel trzech jałówek (w tym jednej cielnej).

Wybitny specjalista od chorób zakaźnych redundantnych układów psychosomatycznych u turkuci podjadków. Zasłynął jednak przede wszystkim rewolucyjnym, iście barokowym podejściem do tematyki psychiatrii nuklearnej, w aspekcie leczenia pacjentów z zaawansowaną schizofazją rokokową i rustykalną. Przedśmiertnie uhonorowany Nagrodą Nobla z dziedziny „Wysokokaloryczna Schizofizyka Stosowana”.

Prywatnie mąż swojej ex-konkubiny. Przeżywszy lat 56 zaginął bez wieści, w niewyjaśnionych do dziś okolicznościach, w dżungli amazońskiej, podczas jednej ze swych słynnych, suto zakrapianych wypraw integracyjno-badawczych, ogólnoświatowych środowisk psychiatrycznych, sponsorowanych z ramienia UNESCO i obu nóg UNICEF-u. Uwieczniony na pięknym muralu na jednym z barcelońskich szaletów i na szalikach kibiców klubu Szombierki Bytom. Za życia, i jeszcze ze dwie dekady po śmierci – skryty fan magicznego głosu Hanny Banaszak.


Gen. Piech. dr hab. Anatoly Semonowitsch Pierdolnikoff (1972–1927*) – owiany tajemniczą aurą wybitny radziecki wojskowy uczony, abiturient, absolwent, Rektor i Car legendarnej Akademii Nauk Permanentnie Nieuchwytnych w Leningradzie. Pierwszej wody doktor zaawansowanej bioetyki podjazdowych wojen lądowych. Autor i czołowy propagator idei: „humanitarnej eksterminacji wroga strategicznie zepchniętego na pole buraka ćwikłowego”.

W swojej głośnej pracy habilitacyjnej, śmiało rozwinął tezę o wyższości świeżości zdrowia psychicznego Człowieka z Cro-Magnon nad współcześnie zagonionym Homo Sapiens. Praca ta otarła się o Nagrodę Nobla z dziedziny: „Na Rozstajach Ludzkiej Świadomości” i odbiła się szerokim echem w świecie Wielkiej Nauki, co pozwoliło mu wejść na Salony – wszystkie w Pałacu Schönbrunn i dwa w Hofburgu, a także by wyskoczyć na kawałek tortu do Sachera.

Prywatnie i z zamiłowania bezwzględny asceta i biczownik o silnie pacyfistycznych inklinacjach. Zawołany patriota i paniczny rusofob w jednym. W latach późniejszych swojej naukowej kariery mocno zafascynowany terapeutyczną mocą muzyki klasycznej, jazzowej i death metalowej. Ceniony znawca, smakosz i wirtuoz organów Hammonda, uzależniony ponadto całkowicie od komiksów z serii „Kajko i Kokosz” – o czym niezrozumiale milczy większość biografów generała. 

* Podczas jednego ze słynnych koncertów w ramach Chicago Summer Jazz Festival, dając niesamowity, ekspresyjny popis swej wirtuozerii w historycznym już organowym pojedynku z Joey DeFrancesco, wyleciał był w powietrze i przeniósł się w czasie nieznaną dotąd nauce metodą do roku 1921, by ostatecznie osiąść spokojnie w rodzinnym Leningradzie i zająć się – z niemałymi osiągnięciami – domową psychiatrią homeopatyczną.


OPINIA:

Już po krótkiej adoracji samego tytułu tego blisko 925 stronicowego woluminu nabywamy świadomość, iż czytelniczo obcować będziemy z dziełem prawdziwie epokowym, miażdżącym wszelkie dotąd poznane stereotypowe podejścia do ogólnopojętej psychiatrii. Dwójka nieznanych sobie, przytoczonych wcześniej Autorów, z determinacją i świeżością rzuca się na trudną problematykę schizofazji w jej stadium już finalnym i najtrudniejszym do zniesienia dla bliskich osób dotkniętych tą straszliwą jednostką chorobową.

Profesor von Blumensztajn z klasycznym przypadkiem schizofazji rokokowej po raz pierwszy spotkał się był w Pampelunie, podczas tamtejszej słynnej gonitwy byków. Gonitwa jak gonitwa, lecz to co wyprawiał oracyjnie tamtejszy oficjalny komentator sportowy, wprowadziło go najpierw w najszczersze osłupienie, a następnie w pełne OPZZ – czyli Okazany Publicznie Zawodowy Zachwyt!

“Aj! Wyśmienicie! Rekurencyjna dekompresja dwunastnicy tego karkołomnego buhaja, bezdyskusyjnie interpoluje w totalną miałkość jego egzystencji! Któż bowiem ma czelność odpuścić grzechy jego?! Tratując tym samym marzenia swoje bezpowrotnie…? Tak… – całkowicie! A czy widzicie Państwo jego rogi? Ileż w nich jest pierwotnej radości! A ile znów krwawego paradoksu bliźniąt!? Jakaż potworna to inwigilacja! BRAWO!! Tylko czy aby na pewno…?”

Albo: “Nie, nie! Nie tak, do góry go! Hopsasa!* Jak pięknie absztyfikuje w powietrzu nieborak ten! Lecz niedługo tak polata… Wszystko co dobre wszak ma swój początek i koniec też swój… Absolutnie! Bezgranicznie! Notorycznie… Tak kochani, myjcie się! Bo nie znacie dnia swojego w otchłań pójścia, ni godziny! Bezapelacyjnie, bezpowrotnie, beznadziejnie… A teraz, gdy wszystko jest już jasne, przybywajcie! I polewajcie mnie najmilsi, polewajcie…”

Pierre S. Dallai, bo tak nazywał się ten nieszczęsny sportowy sprawozdawca, o delikatnie tunezyjskich korzeniach (a tak naprawdę to korzonkach jeno), rychło stał się pierwszym pacjentem profesora. Von Blumensztajn od razu zorientował się, iż tradycyjne metody leczenia na nic się w tym przypadku zdadzą. Natychmiast, ośmielony swoją całkiem rozległą już wtedy reputacją, rozpoczął był eksperymentalną kurację jądrową w zaprzyjaźnionym, Katalońskim Instytucie Nauk Jądrowych.

Psychiatria nuklearna, była wtedy dopiero co raczkująco-kiełkującą, i czysto teoretyczną dziedziną nauki, którą to dopiero bezprzykładne, a oszałamiające sukcesy Katalończyka rozwinęły w prawdziwy i wielki przemysł psychiatryczny, a Kataloński Instytut finalnie przemienił w ten od Nauk Psychiczno-Jądrowych.

Trójfazowa kuracja jądrowa okazała się spektakularnie banalna! Pacjentów najpierw osadzano w zaciemnionej sali przed wielkim ekranem kinowym i pokazywano im – w tę i nazad – wszystkie próbne wybuchy termojądrowe przeprowadzone na atolu Bikini. Co frapujące, kuracjuszy otaczano dźwiękiem pełnej kwadrofonii. Von Blumensztajn był zdania, że tylko ten system pozwala w pełni doświadczyć muzycznych, a nade wszystko terapeutycznych, uniesień! (A był po prostu beznadziejnie zakochany w Hance Banaszak i jej głosu, w zwykłym stereo, było mu zwyczajnie za mało…)

Po takich czternastodniowych seansach, pacjentów przeprowadzano do specjalnego hangaru, rozpoczynając tym samym fazę drugą ich kuracji. Tam to pozwalano im dosiadać – klasycznie, bo okrakiem – repliki Fat Mana i Little Boya. Najpierw rzecz jasna nieuzbrojone – w ten sposób próbowano wyeliminować groźny efekt placebo! Gdzieś po 5-6 dniach, bomby owe cichcem uzbrajano po zęby uranem i plutonem, pacjentów wprowadzano ponownie i pozwalano im już radośnie wysiadywać tę naukowo-wojskową myśl techniczną, w cudowny sposób zaprzęgniętą do potrzeb psychiatrii, aż do pierwszych u nich objawów, niepohamowanego ataku kataru siennego!

Fazę trzecią, i już ostatnią, leczenia schizofazji rokokowej metodą nuklearną, rozpoczynało wielce symboliczne posypywanie głów nieszczęśników radioaktywnym pyłem. Profesor uwielbiał czynić ten rytuał osobiście! Stawał wtedy naprzeciw pacjenta w delikatnym rozkroku, zanurzał chirurgiczną saperkę w owym pyle – zazwyczaj świeżo zebranym gdzieś z pól i łąk Czarnobyla – i z wielkim autorytetem w głosie jak i oczach, aplikował choremu pył na łepetynę, inkantując mantrę taką: “Jesteś odpadem atomowym… Umm… Umm… Bum! Tralala, hopsasa!*” I tak po trzykroć.

Po czym pacjent natychmiast i całkowicie uzdrowiony (sic!), opuszczał był w mentalnych podskokach Klinikę przy Instytucie! Żył se potem długo, a umierał w pełni zdrowia! Psychicznego!

* hopsasa! – ulubione słowo-klucz von Blumensztajna, jak i wszystkich osób zajmujących się psychiatrią nuklearną. O znaczeniu jednoznacznie antypejoratywnym, sielsko wręcz radosnym!


Zupełnie inną naukową drogą na froncie walki z tą jednostką chorobową, pomaszerował był radziecki generał dr hab. Anatoly S. Pierdolnikoff.

Tuż po jego słynnym i niezwykle spektakularnym w powietrze wyleceniu (wraz ze swymi ukochanymi Hammondami), podczas letniego, jazzowego koncertu w Chicago, i tajemniczym przeniesieniu się w czasie, jak i przestrzeni, do rodzinnego Leningradu roku 1921, Pierdolnikoff zamknął się traumatycznie w sobie. Biografowie tłumaczą to w oczywisty sposób – nagłą utratą wszystkich swoich bliskich i znajomych, nędznym bytowaniem w realiach Rosji lat 20-tych XX wieku, a nade wszystko niepowetowaną stratą całości swojego dorobku wojskowego i naukowego oraz szalonego prestiżu z tym związanego!

To wszystko niewątpliwie prawdą być musiało, acz nikt nie zdawał się dostrzegać faktów innych. Anatoly Semonowitsch, rozdzierająco boleśnie i bezpowrotnie, musiał się pożegnać z całą swoją legendarną kolekcją “Kajko i Kokoszów”! To cios, po którym i niejeden marszałek by się nie podniósł! A te 40 i 4, jego najwyższej jakości vinyle, amerykańskich, szwedzkich i niemieckich grup death metalowych, które już na zawsze, przynajmniej dla niego, szlag jasny był trafił??

To się nie mogło nie odbić na psychice jakiejkolwiek znanej nam istoty! Anatoly Pierdolnikoff w degrengoladzie pogrążon był miesięcy trzynaście. Jednak hardy jego charakter i prowadzony wcześniej ascetyczny tryb życia, pozwolił mu stosunkowo szybko podnieść się z kolan!

Wybudował sobie szklarnię i chatkę w wojskowym stylu, gdzieś na skraju lasu. Przygruchał tam lokalnie zapoznaną dziewoję o pełnym piękna imieniu: Natasha (Anodina Zhopobolshaya) i po mistrzowsku przygrywał jej od ucha dniami i nocami – na swoich cudem ocalonych organach Hammonda – różnorakie i prześwietne, a ponadczasowe, amerykańskie standardy jazzowe!

Bywało też nierzadko, iż pijali sobie razem (z dzióbków) czerwone wino i dyskutowali zażarcie o czytanej w oryginale francuskiej poezji śpiewanej. A także o palącej nostalgii do średniowiecznych krucjat i wyższości krwistości hiszpańskiej inkwizycji nad nijaką portugalską, oraz o problemach gastrycznych, podczas (teoretycznego) przebywania na wysokościach suborbitalnych! No zwyczajnie wydawać by się mogło, iż los pragnie już wynagrodzić mu te nijak wyjaśnione nauce, a tragiczne dla niego przypadki, gdy razu pewnego, jego słodka Natasha tak do niego była przemówiła:

Krucafuks, Natolku! Ty piyroński ancykryście! Ty gizdoku jeden farmazoński w rzyci dutkiem zabyrdany! A łocoś Ty mnie kazoł te grule wartko tak łobiyroć, kie przeca na ten łobiod, nimowa my żadnygo mięsiwa naryktowanygo? A wskakuj ty w cuche i serdocek i hipnij kasik do lassa, po jakie śtyry śwarne i tuste zające! Ino chyżo, bom jest głodna sakramencko! A! I na młake mi tam uwożej, obleśnioku ostomiły!

Bośkać ino by sie chcioł, deduła, a w gorcku i kotliku nic, ino kawołecek spyrki i drobione mlyko… Mędrol jeden zyntyco łopaprany… A co ci powiem, to ci powiem, ale ci tam jesce powiem! Bejdok z ciebie! Beskurcyja! Ciura i ciapara! Pukwa!

To było niczym nagłe uderzenie enkawudzisty, twardym naganem prosto w skroń. Jak potrójna salwa z katiuszy na bohaterską pierś radzieckiego żołnierza, niespodzianie całkiem przyjęta… Jak deja vu, a nawet wielki powrót do przeszłości! Wszak to co usłyszał, było najczystszym przypadkiem schizofazji rokokowej, w przepięknej, choć nadziei na uleczenie żadnej nie dającej – wersji rustykalnej!

Przeląkł się był wtedy – jak sam dokładnie pisze – nie na żarty, i miast za zającami gdzieś po lesie ganiać, natychmiast przystąpił był do prób leczenia ukochanej! Doskonale zdawał sobie bowiem sprawę z czym ma do czynienia, i jak bardzo ówczesna (jak i późniejsza) psychiatria, marnie rokuje temu przypadkowi… Zakasał był więc rękawy i zabrał się do eksperymentalnej, a opracowanej przez siebie jeszcze w poprzedniej linii czasowej, homeopatycznej metody kuracji muzyką!

Jakże brakowało mu wtedy tych, ukojenie niosących, wczesnych płyt Morbid Angel, czy niszczących wszelkie zło w człowieku bytujące, wydawnictw niemieckiego Morgoth… Aż zawył głośno i przeciągle z rozpaczy, gdy pomyślał jak fantastyczne efekty terapeutyczne mogłyby przynieść słynne, masakrujące solówki Ricka Rozza z amerykańskiego Massacre… Niestety, z niczego, z tej przebogatej audio apteczki, skorzystać tragicznie był wtedy nie mógł…

Widząc, że dzień po dniu, jego Natasha co raz to mocniej odpływa w kierunku niekontrolowanej, rustykalnej szajby i apokaliptycznego słowotoku, przepełniony trwogą i rozpaczą, odpalił był swe, czcią wiekuistą obdarzone, organy Hammonda i… zaczął grać jej, aż do znudzenia, cały ten amerykański jazz…  Czego tam nie było… Standardy nieśmiertelne Herbie Hancocka i Joey DeFrancesco! Milesa Davisa przeplatał był brawurowo Chickiem Correą! 

Na wszystkie te, grubogodzinne kuracje, pogrążająca się w swym szaleństwie Natasha, reagowała w sposób jednakowy: “Ach! Grej ze mi tak, grej…” – wołała jak zahipnotyzowana… Więc on grał… 

Z Luisa Armstronga nonszalancko przechodził był w Colina Stetsona, Carlosa Santanę wirtuozersko mieszał był z John McLaughlinem z Mahavishnu Orchestra… “Grej ze mi tak, grej…”

Pierwsze trzy, i całe płyty Return to Forever odgrywał był szaleńczo, by zaraz po tym delikatnie móc plumkać Krzysztofem Komedą… “Ach! Grej ze mi tak, grej…”

Album “Black Market” zespołu Weather Report, desperacko zmiksował był z repertuarem arcymistrza organów: Jimmiego Smithsa! Ale odpowiedzią wciąż było: “No grej ze mi tak, grej!”

Więc łkał żałośnie i dalej tak jej grał… Aż razu pewnego, nie wytrzymawszy już nerwowo i psychicznie po kolejnej, wyczerpującej homeopatycznej sesji, nie widząc spodziewanych efektów, swej genialnej skądinąd kuracji, jak nie wstał był z krzesełka, jak nie podniósł był swych rozgrzanych do czerwoności Hammondów i po naprawdę solidnym zamachu (niemal jak na prezydenta), jak nie jebnął jej nimi z bekhendu, po tej jej blond łepetynie!

Metoda ta, nazwana później analogową homeopatią organami Hammonda, zrobiła z Anatolya Semonowitscha Pierdolnikoffa niekwestionowaną gwiazdę wczesnoradzieckiej psychiatrii. Ale daleko wcześniej, uczyniła zeń szczęśliwego męża w pełni uleczonej, krasolicej Natashy Anodiny! Nie trzeba chyba dodawać, iż żyli potem długo i szczęśliwie? Dla wątpiących jednak, no i tych od kręgów zbożowych i latających talerzy, dodam: no i żyli długo i cholernie szczęśliwie!


W przytoczonych wyżej przypadkach, odnaleźć można sens i ogólny zarys naukowych prac obydwu uczonych. Recenzent celowo pominął całe te psychiatryczne mambo-jambo i naukowy bełkot, którymi Wolumin ten jest aż do absurdu przesiąknięty! Dzieła te, razem, po raz pierwszy zostały wydane na wyraźne polecenie I Sekretarza KC Kazachstańskiej Republiki Wolnomularskiej, Wołodii Spidimułowa, jako nocno-poślubny podarek dla Carycy Katarzyny XVIICXXL z Wszechrosji Bardzo Pospolitej i Niemal Demokratycznej, acz Wciąż Szczęśliwie Ludowej!


RECENZENT:

Angelo Narcisio de Rococco – legendarny, absurdalnie wybitny i bezkompromisowo kontrowersyjny krytyk literacki, pochodzący z mityczno-onirycznego Świata Prostopadłego ULRO. Zdobywca TAM wielu literackich nagród, w tym dwóch obrzydliwie prestiżowych: “Absolutny Wodolejca Trzech Przełomów” oraz Grand Prix w kategorii: “Grafomania Totalis na froncie walki z ułudą istnienia”.

Po nagłej koniunkcji i obrocie sfer niebieskich, przeniósł się (chcąc nie chcąc) do amerykańskiego Chicago i tam rozpoczął był pracę oraz burzliwą karierę w redakcji znanego, silnie ksenofobicznego, ale niezwykle prestiżowego magazynu kulturalno-opiniotwórczego: “Ich Bin Ein Berliner!”

foto-22855AT

Po głośnym zdobyciu tam trzech „Pulitzerów” z rzędu – i to w jednym roku – spełniony, zapragnął ciszy i spokoju. Przeszedł na samozatrudnienie i rozpoczął był uprawę Yerba Mate na południowych stokach Buenos Aires. Nie znalazłszy w tym jednak szczęścia ni spodziewanej radości, dość szybko powrócił do Wietrznego Miasta, by tam samozwańczo ogłosić się – ku powszechnej euforii Narodu całego – Naczelnym Krytykiem Literackim Ameryk Wszelakich!

A tak dziś sam, niechętnie, pisze o sobie: Abnormalnie utalentowany i nad wyraz skromny ultra-neobarokowy przetwórca i smakosz wysokogatunkowego dekoktu ze słów na wiatr nigdy nie rzucanych! Kontestator i degustator. Karburator!

Jako Załogant „Statku Głupców”, ekskluzywnie dla Was (jak i troszku dla Deutche Welle, no i tyci-tyci dla Russia Today) recenzować będzie, w ramach cyklu “Po bezdrożach absurdu”, specjalnie wyselekcjonowane pozycje ze świata Wielkiej Literatury Faktu i Mitu!

Kapitan MO

Zdjęcie w tle: Salvador Dali – “Bachanalia”; http://obrazy.org/obraz-Salvador+Dali+Bachanalie_main_1630_800.jpg
Zdjęcie w tekście: Angelo Narcisio de Rococco w urzędowym stroju Naczelnego Krytyka Ameryk Wszelakich – skądś tam w Internecie

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *