Type and press Enter.

Reinterpretacje #1 / Ferenc Karinthy / Noc Don Juana

Debiut pisarski nie był dla Ferenca Karinthyego rzeczą łatwą. Dwudziestodwuletni student musiał przede wszystkim zmierzyć się z cieniem swojego nieżyjącego już ojca, Frigyesa, uznanego literata i tłumacza. Dodatkowo młody Cini sam podniósł sobie poprzeczkę, wybierając na bohatera debiutanckiego utworu legendarnego bawidamka, Don Juana, symbolicznie stając niniejszym w szranki z takimi tuzami jak Molier, Byron czy Baudelaire.

Z próby tej wyszedł jednak obronną ręką, od początku fundując czytelnikowi istną jazdę bez trzymanki. Mistrzowskie jest już samo otwarcie, które od razu umieszcza Don Juana w świecie w sposób oryginalny, znaczący i zawieszający obowiązywanie niektórych krępujących nas na co dzień praw.

Bo też „Noc Don Juana” to swoiste credo artystyczne. Raz po raz łamie Karinthy konwencję, by bezlitośnie ją wykpić. Przyświeca mu idea swobody twórczej, podbudowana młodzieńczą fantazją. Tę z kolei łączy z humorem, obecnym choćby w rzadkich, ale jakże celnych wtrętach odautorskich. Ta opowiastka to finał mistrzostw świata w witalności, w którym spotykają się bohater, targany namiętnościami i lekce sobie ważący wszelkie niebezpieczeństwa, oraz autor, żonglujący dorobkiem poprzedników z uznaniem, ale bez przesadnego szacunku.

Don Juan nie jest bowiem jedynym zapożyczeniem, jakiego Karinthy dokonał ze skarbca światowej kultury; czerpie z niego obficie i nie przypadkiem „Noc”, choć napisana prozą, wyśmienicie prezentowałaby się na scenie. Młody Węgier czytał Szekspira i Hoffmanna, wzbogaca też historię Don Juana o motyw faustowski. Jego nieskrępowana wyobraźnia tworzy z tych elementów nowe, olśniewające konfiguracje, pozwalając wykreować autorską wariację na temat Bildungsroman, konfrontującą różne wizje życia w fantastycznej scenerii.

Narracja jest rwana i namiętna niczym zrywy powodujące bohaterem. Pojawiają się w niej drobne i być może pozorne niedociągnięcia, swobodne przeskoki. To wieczne wewnętrzne rozedrganie jest jednak, w przeciwieństwie do na przykład „Salambo” Flauberta, pozbawione patosu; to raczej wyraz wolności artystycznej, nie sztucznej wzniosłości.

Ciekawostką jest fakt, iż głównym narzędziem uwodzenia nie jest dla Don Juana namiętne wejrzenie, chwacka postawa czy wyjątkowa uroda. Akt zniewalania dokonuje się przede wszystkim za pomocą słowa, którym hiszpański szlachcic posługuje się brawurowo i z niedoścignionym mistrzostwem. Karinthy, jako lingwista, jest doskonale świadom sprawczej mocy słowa, które brzmi krótko, ale może trwać wiecznie.

Oczywiście, zwolennicy realizmu czy literatury zaangażowanej będą narzekać, że „Noc Don Juana” nie mówi niczego ważnego o życiu ani nie przesuwa granic ludzkiego doświadczenia, a motywacje bohaterów nie są wystarczająco wnikliwie skonstruowane. Niech narzekają do woli. Ale też niech nie liczą, że to właśnie im tajemniczy dżentelmen zaoferuje pewnego dnia wieczną młodość w zamian za pewien nic nieznaczący drobiażdżek…

utracjusz

Na zdjęciu: Ferenc Karinthy ciśnie w ping-ponga z reżyserem Péterem Bacsó (FORTEPAN/Kotnyek Antal)

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *