Type and press Enter.

W oparach Dicka / Inwazja z Ganimedesa

INWAZJA Z GANIMEDESA – 1967. Całkiem niedawno, gdyż 28 lutego roku bieżącego, Dom Wydawniczy Rebis po raz pierwszy w Polsce wydał był powieść Inwazja z Ganimedesa. Książka, napisana w połowie lat sześćdziesiątych przez PKD wespół z bliżej (jak i dalej) mi nieznanym Ray’em Nelsonem, dzięki znakomitej, a od dobrych kilku już lat prowadzonej serii w/w wydawnictwa, poświęconej twórczości tego absolutnie nietuzinkowego a fantastycznego pisarza, w końcu miała szczęście ujrzeć i w naszym kraju Światło Radośnie Dzienne! Jak i te sztuczne, nie mniej przecież radosne – żarówkowo-ledowe.

Zastanawiałem się też chwilę – korzystając chytrze z okazji – czy jest sens jeszcze wspominać tutaj o jakże niedocenianym oświetleniu świetlówkowym, jak i tym ortodoksyjnym: przyświeczkowym, (w literaturze fachowej odświecznym zwanym czasem), ale… jednak nie. Może innym razem!

Już w przedmowie do niniejszej pozycji, autorstwa Wojciecha Orlińskiego, dowiadujemy się, iż nie jest to najlepsza powieść Dicka. Kilka przedpremierowych recenzji powieści, również wydaje się podzielać ten pogląd. Po przeczytaniu wspomnianej wyżej przedmowy, a nawet i samej Inwazji, stwierdzić i ja muszę, iż faktycznie, w przebogatej twórczości autora Ubika znalazłoby się parę dzieł, od tej dopiero co przeczytanej, lepszych. Smaczniejszych, dojrzalszych, a i bardziej dickowych. Nie zmienia to jednak faktu, który wydaje mi się tutaj bezspornym, że podczas lektury Inwazji z Ganimedesa bawiłem się fantastycznie!

2954fbc-inwazja-z-ganimedesa

Bo czegóż tutaj nie ma! Mamy klasyczną, a tytułową inwazję obcych na naszą planetę, w nieklasyczny za to sposób czytelnikowi podaną. Poczytamy smacznie o telepatach, sztuczno-inteligentnie gadających a latających samochodach, a także o równie irytujących, bo też perorujących hotelowych pokojach! Autorzy uraczą nas fabularnie zakręconą intrygą, gmatwającą się co chwila i szyki swoim bohaterom co i rusz mieszającą! Sporo będzie też (już!) o sztandarowym u PKD postrzeganiu rzeczywistości, o nowatorskiej, psychiatrycznej terapii niebytem, jak i o wielu ludzkich przywarach, ujawniających się malowniczo podczas okupowania Ziemi przez obcą cywilizację Robali.

Do użytego, klasycznego, a przez smakoszy gatunku cenionego nad wyraz sztafażu, doliczyć należy także występujące w powieści roboty, jak i roje całe fantastycznych, ba!, fantasmagorycznych nawet broni, z doomsday machine na czele. W książce tej doświadczymy jednak przede wszystkim lekkich piór obu pisarzy, sprawiających, że lektura Inwazji faktycznie jest przyjemna i mocno rozrywkowa. 

Bez dwóch zdań jednak, nie można jej zarzucić problematycznej pustki, czy też literackiej płytkości. Trzy Stygmaty Palmera Eldritcha to zapewne nie są, acz Inwazja z Ganimedesa ma w sobie coś z poligonu doświadczalnego, na którym PKD testuje lęgnące się już w jego (co nieco szalonej) głowie sztandarowe pomysły, artystycznie napędzane przez LSD i inne gatunki różnorakich przysmaków.

Mnie tam się zatem podobało! I to zaskakująco bardzo, a przyznać się muszę, i to bez bicia, że podczas liturgii czytania żaden książkowy Berkeley Boo – marihuanowy papieros – wypalony nie został! Całkowicie więc na trzeźwo, niniejszej pozycji rozkosznie przyznaję: 7/10!

Józek z bagien

Ilustracja w tle: https://www.thesun.co.uk/tvandshowbiz/4511766/blade-runner-philip-k-dick-blade-runner-electric
Okładka
: Philip K. Dick i Ray Nelson, Inwazja z Ganimedesa, Wydawnictwo REBIS, 2018

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *