Type and press Enter.

Bardzo krótko / Georgi Gospodinow / Fizyka smutku

Gdy sięgam po powieść napisaną przez poetę, mam pewność, że znajdę w niej trzy rzeczy: piękne obrazowanie słowem, motyw wrażliwości jako motyw wiodący, wreszcie co najmniej odrobinę pretensjonalności. A przecież książkę Gospodinowa trudno nawet nazwać powieścią, to gatunkowa hybryda, kolekcja obrazów i epizodów, których siła ujawnia się dopiero przy spojrzeniu z dystansu. A jednak można tytułować ją powieścią, i to totalną, w tym przynajmniej sensie, że ostatecznie mierzy się z tym najbardziej totalnym dla każdego człowieka wyzwaniem, czyli śmiercią.

Na tle Bułgarii po transformacji, która wcale nie zachwyca bardziej niż Bułgaria przed transformacją, bo zawsze ma być lepiej, a nigdy nie jest, tka autor pieśń empatii i wyobcowania. Empatia przybiera tu określoną i cudowną zarazem postać umiejętności dosłownego wnikania w drugiego człowieka, patrzenia na świat jego oczami. A żeby było jeszcze cudowniej, w procesie tym chwilowemu zawieszeniu ulega bezwzględna władza czasu, umożliwiając narratorowi przeżywanie tego, co dawno już przeżyte, a niekiedy również zapomniane.

Na przekór współczesnym trendom w literaturze, eksploatującym i monetyzującym, zdałoby się, cudownie niewyczerpane wielkie narracje, równy status przyznaje się tu narracjom małym, bo dobra historia wcale nie musi opierać się na wielkim słowie, ogranym motywie, hollywoodzkiej kliszy. Wielkie narracje mają wielkie buty i z każdym krokiem beznamiętnie zabijają jakieś małe żyjątka. A Gospodinow lubi się pochylać nad losem małych żyjątek.

Naturalną konsekwencją empatii jest przyznanie głosu tym, którzy w powszechnym mniemaniu na niego nie zasługują, bo takie przekonanie zaszczepił w nas twórca mitu. Mity kreują potwory, by coś powiedzieć, przed czymś ostrzec, ale nieuchronnie dehumanizują nosicieli pewnych cech czy wartości, poświęcając ich na ołtarzu sztuki lub morału. Gospodinow wytyka niesprawiedliwość tego procesu, dowodząc, że bycie potworem to jeszcze trudniejszy kawałek chleba niż bycie nie-potworem.

I tylko gdyby wnikliwiej pochylić się nad narratorem, subtelnie zdradzającym nader bliskie pokrewieństwo z autorem, można by się doskrobać małego brudku. Dopatruję się mianowicie w tej autokreacji oznak wyrachowania i kokieterii, autokrytyczne zwrotki kontrastowane są przez refren łzawych odwołań do własnej wrażliwości, co pozwala wychwycić w całości narracji pojedyncze fałszywe tony. Ale też bardzo jest możliwe, że z wiekiem przygłuchłem co nieco.

utracjusz

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *