Type and press Enter.

Od bieguna do bieguna / Marek Kamiński

Biegun zwykle kojarzy się z krańcem świata, z docieraniem do granic możliwości (albo i poza nie), z obszarem skrajnym, postawą radykalną. W jak radykalnej sprzeczności stoją rozum i wiara, wszyscy wiemy, a jednak z jednego bieguna na drugi (nazywając go trzecim) udał się Marek Kamiński. Tak, ten sam, który zasłynął zdobyciem północnego i południowego krańca Ziemi, wraz z niepełnosprawnym Jaśkiem Melą. Pewnego razu jednak postanowił podążyć na biegun metaforyczny, ostoję wiary, przemierzając ścieżki najsłynniejszej europejskiej pielgrzymki – Drogi św. Jakuba, Camino de Santiago. Szukając w tym przedsięwzięciu symbolicznej komplementarności, za punkt wymarszu obrał Kaliningrad, w którym spoczywają prochy Immanuela Kanta, oświeceniowego piewcy rozumu. Zmierzając więc od rozumu ku wierze, pokonał cztery tysiące kilometrów i zdobył „trzeci biegun”, który obwołał najtrudniejszym ze wszystkich jego przedsięwzięć.

Mogłoby to wszystko być dla mnie tylko literaturą, gdyby nie okoliczności, w jakich po książkę Kamińskiego sięgnęłam. Po wielu latach snucia niejasnych marzeń o kroczeniu śladem muszli, symbolu jakubowego szlaku, wiedziona nagłym impulsem przekroczyłam granicę między marzeniem a urzeczywistnianiem. Gdy bilet miałam już zabukowany, a mapę rozrysowaną, pozostały mi tylko ostatnie szlify kondycyjne i budowanie atmosfery. Nic nie sprzyja owemu przedsięwzięciu tak jak danie nura w kulturę. Książki, filmy i znów książki. Wielu się szlak jakubowy doczekał opracowań. Tak naprawdę niektóre z nich pochłonęłam już dawno temu (H. Kerkeling, Na szlaku do Composteli czy chociażby słynny Pielgrzym P. Coelho, choć nie wymieniam tego nazwiska bez rumieńca wstydu). Teraz padło na film Emilia Esteveza „Droga życia” oraz właśnie na książkę Marka Kamińskiego Trzeci biegun (2016).

Szalki jakubowe mają wiele wariantów, zbiegają się z całej Europy w hiszpańskim mieście Santiago de Compostela, co oddaje wizerunek symbolicznej muszli, przypominającej raczej promienie, linie, łączące się w jednym świetlistym punkcie. Dlatego, będąc na szlaku, należy pamiętać, że samo wypatrzenie muszli nie wystarczy, by określić kierunek dalszej drogi – zmierzać trzeba w tę stronę, po której widnieje owo miejsce łączące wszystkie jej wersje.

Droga to rzecz bardziej tu nawet kluczowa niż pielgrzymka jako taka. Camino de Santiago słynie bowiem z tego, że pomimo ewidentnego podłoża chrześcijańskiego (wszak celem wędrówki jest katedra z grobem św. Jakuba), tak naprawdę jest to droga bardziej duchowa niż religijna. Kroczą nią bowiem nie tylko ludzie różnych wyznań, ale i agnostycy, ateiści czy też ci, którzy na kwestię wiary są zupełnie obojętni. Wszystkich pielgrzymów zdaje się jednak łączyć jedno: jakiś materiał mentalny do przepracowania. Tułacze, zmagając się z kilometrami, walczą jednocześnie z własnymi demonami, z mrokami przeszłości, zagubieniem, chaosem emocjonalnym, wątpliwościami we względzie kierunku i celu. Na szlaku jakoś łatwiej je odnaleźć, choć i to stanowi pewne wyzwanie, tym niemniej ktoś przynajmniej przygotował zestaw znaków i drogowskazów, w których zróżnicowaniu (i nieoczekiwanym rozlokowaniu) trzeba jedynie nauczyć się orientować. W życiu z tymi znakami bywa różnie.

Życie to wędrówka. Dziś we śnie tłumaczyłam komuś, jak podążać za znakami, jak znaleźć właściwą drogę. Mnie samej, mimo początkowych trudności, na Camino wychodzi to już zupełnie przyzwoicie. Gdybym chociaż tę jedną umiejętność przywiozła ze sobą na swą drogę codzienną, wiedziałabym już, po co to robię. Lecz nawet jeśli nigdy się nie dowiem, po co podążam ścieżkami Camino de Santiago, i tak ani przez moment nie zwątpię w to, że warto. [zapiski własne]

Droga Marka Kamińskiego wyróżniała się tym, że – w przeciwieństwie, dajmy na to, do średniowiecznych ascetów czy nawet współczesnych włóczykijów szukających ukojenia w samotności – on zorganizował sobie na swoją wyprawę reżysera i operatora kamery zarazem, by stworzył z niej dokument filmowy. Jako postać już znana i dość rozpoznawalna, wygłaszał wykłady w mijanych miejscowościach, brał udział w wielu spotkaniach z ludźmi, którzy czekali właśnie na niego. Początkowo imponowało mi przedsięwzięcie, którego się podjął – cztery tysiące kilometrów w sto dni to niebagatelne wyzwanie dla ciała i ducha. Ujęła mnie również metaforyka biegunów rozumu i wiary, którą przyjął. Jednak z biegiem lektury nacisk kładziony na tę drugą stał się nieco zbyt wyrazisty, a w dodatku… Przyznam, że gdy mnie samej przyszło stanąć na jakubowym szlaku, porzuciłam relację Kamińskiego przed trzema ostatnimi rozdziałami. Gdy zaś wróciłam do nich bogatsza o własne doświadczenia, książka zaczęła mnie irytować. Zdobywca biegunów zdawał się niemal zupełnie bagatelizować to, co podczas wędrówki skupiało moją uwagę, poświęcając swoją aspektowi stricte religijnemu, historycznemu oraz doświadczeniom natury pragmatycznej, które odstawały od moich własnych. Jednak cóż, takie już jest Camino – każdemu oferuje inną wersję siebie.

To, co dla mnie stanowi kwintesencję jakubowego szlaku, odnalazłam w ostatnim rozdziale. Cóż, nie dziwota, skoro tylko ten jeden ze wszystkich jedenastu autor poświęcił Hiszpanii, podczas gdy moja droga biegła wyłącznie przez nią. Swoją drogą, tej dysproporcji wybaczyć mu nie mogę. Odrobina Rosji (Obwód Kaliningradzki), Polska, Niemcy, Francja, Hiszpania – tak przebiegała jego trasa. Hiszpania jest tu w dodatku najbardziej kluczowa, gdyż jest stolicą tej pielgrzymki, przyczyną i celem, i to właśnie szlaki tego kraju przemierza miażdżąca większość jakubowych wędrowców. A tu jeden rozdzialik z jedenastu. Dlatego miałam wrażenie, że Kamiński pomija to, co najistotniejsze. Choć może mówiłabym inaczej, gdybym i ja przemierzyła tę samą drogę, co on.

Na swoim szlaku poznałam Rumuna, który również przeszedł cztery tysiące kilometrów ze swojego kraju. Bez kamer, za to z pokorą i piękną pogodą ducha. Spotykałam też ludzi, którzy wędrowali ze swoich domów w Niemczech czy we Francji – również bez szumu wokół siebie, bez kamer czy szkół witających ich w mijanych miejscowościach. Straciłam wówczas nieco pierwotnego szacunku dla przedsięwzięcia Marka Kamińskiego. Cztery tysiące kilometrów to z pewnością wyczyn niebagatelny, niezależnie od towarzyszącej mu otoczki, jednak na własnym Camino odkryłam, że ludzie dokonują podobnych tylko dla siebie, a jedyna po nich pamiątka to błysk w oku, którym obdarzają przechodniów, tocząc z nimi przygodne, acz fundamentalne rozmowy.

No właśnie rozmowy – to właśnie z nich słyną jakubowe szlaki. Z tego, że gdy jeden samotny pielgrzym spotyka innego samotnego pielgrzyma, w mgnieniu oka zawiązuje się między nimi nić wspólnego celu, a może bardziej wspólnej przyczyny, potrzeby, która ich tu doprowadziła. Pielgrzymi stają się określonym gatunkiem połączonym ze sobą zbliżonymi cechami dystynktywnymi – niejakim zagubieniem połączonym z determinacją brnięcia przez nie niepohamowaną żadnym bólem; ciekawością; otwartością na ludzkie historie; poczuciem równości; wolą walki; potrzebą brnięcia do celu.

X był pierwszym spotkanym przeze mnie pielgrzymem i zarazem pierwszą osobą, która ważyła się zapytać mnie, po co tu jestem. Niewiele myśląc, odpowiedziałam wówczas: „I’m following the mistery of the universe” (Podążam za tajemnicą wszechświata). Dla mnie ona zawsze tkwi w ludziach. Energia generowana gdzieś w przestrzeni współoddziaływania to moja religia. [zapiski własne]

Kamiński również się tym zachwycił, a jakże. W ostatnim rozdziale. W Hiszpanii. Z niedowierzaniem w obliczu tego, z jaką łatwością niby przypadkowo spotkani ludzie przechodzą tam na poziom tematów fundamentalnych, kontrastował:

[…] nie wyobrażam sobie, że mógłbym podejść do kogoś w Nowym Jorku u zapytać: „Kim jesteś i dokąd idziesz?”. [Marek Kamiński, Trzeci biegun]

Ja przeżywałam zbliżone zdumienia i podobnie kontrastowałam je z doświadczeniem miejskim (nie tylko z codziennego życia, ale i z tygodniowej podróży po miastach Półwyspu Iberyjskiego, świeżo po zakończeniu Camino.

Mistrzem bezpośrednich pytań i bezceremonialniego przechodzenia od razu na poziom spraw fundamentych jest jednak Y. Gdyby nie tacy pielgrzymi jak X i Y, ludzkość traciłaby pół życia na rozmawianie o pogodzie i o tym, co zrobić na obiad. Nie wiem jak Wam, ale mnie szkoda na to cennych dni i godzin. Wolę siedzieć w deszczu i jeść pasztet, robiąc wieczność w bambuko, bowiem dzięki temu mam więcej czasu na uszczknięcie z oferty jej szwedzkiego bufetu; z różnorodności wrażeń ukrytych gdzieś w czasie i gdzieś w przestrzeni, a już szczególnie w punktach ich zbieżności.

Dlatego przedzieram się przez przestrzeń, spędzając w różnych jej punktach czas z niesamowitymi ludźmi.

[…] Jedni mówią, że różnica między Camino a podróżowaniem po miastach jest taka, że na Camino jest się ze sobą, a w miastach – z ludźmi.

Otóż guzik prawda! (Że tak ocenzuruję swe pierwotne wykrzyknienie.) Owszem, owszem, Camino to w dużej mierze dialog wewnętrzny, a na pewno droga do przepracowania pewnego materiału mentalnego, jednak zawsze mówiłam, że w „samotnym” wędrowaniu szlakiem jakubowym najbardziej lubię to, iż kiedy potrzebuję być sama, to jestem, a kiedy pragnę być z ludźmi – mam ich wokół siebie. Szwedzki stół i pełna harmonia. Człowiek pracuje sobie ze swoją głową (i swoim bólem 😏) w spokoju, ale oprócz tego ma przerwy w pracy i fajrant każdego dnia! Fajrant od samotności. Czas na wspólne napawanie się dzienną porcją zwycięstwa, wymianę doświadczeń roboczych. Jest się z kim dzielić tym wszystkim.

Ludzie w miastach? Ano są. Lecz nie są to pielgrzymi, z którymi łączą mnie droga, cel i pewien zasób potrzeb, który doprowadził nas na te same ścieżki. W miastach szczyty moich komunikacyjnych możliwości to pozyskiwanie namiarów internetowych na co lepszych ulicznych grajków i nieliczne, przelotne hostelowe pogawędki gdzieś między kuchnią a prysznicem, częściej jednak zredukowane do zwykłej wymiany uprzejmości, bo tak prościej i szybciej. Drzwi otworzyć, bo duszno? Nie ma sprawy. A skąd jesteś? Aha, mnie też jest miło. Już lepiej? No to fajnie, nie udusimy się. Papierosa? Nie dziękuję. A ja zapalę. Czym się zajmujesz? Aha, a ja maluję, piszę. Fajnie. Fajnie, idę popracować. Jak ci było na imię? Aha, miło. To nara. [zapiski własne]

Cieszę się więc, że ostatecznie się z Kamińskim zgadzamy. W kwestii ludzi i ich butów:

Buty stają się częścią osobowości pielgrzyma, i tak jak twarz noszą na sobie ślady bólu, znużenia, ale i radości z pokonanych kilometrów. Za każdą parą butów stoi żywy człowiek. [Marek Kamiński, Trzeci biegun]

Czy czytać? Można. Raczej przed wędrówką niż po lub wtedy, gdy podjąć się własnej nie zamierza, a o jakubowy szlaku mimo wszystko chce się czegoś dowiedzieć. Lub gdy ktoś szuka w literaturze rekolekcji.

Zachwytów brak. No chyba że nad Camino…

Buen Camino! [Dosł.: „Dobrej drogi!” – tradycyjne pozdrowienie pielgrzymów na szlaku św. Jakuba.]

Ewa Wasiak

 

Zdjęcie:

https://images.pexels.com/photos/1816570/pexels-photo-1816570.jpeg?cs=srgb&dl=camino-de-santiago-galicia-gory-1816570.jpg&fm=jpg

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *