Type and press Enter.

SARMACKI ATLAS GWIAZD NANIEBNYCH / WYPRAWA WTÓRA / BETELGEZA

Ledwiem Alnilam i krążącą wokół niego Baltazarię opuścić zdążył, ledwiem odsapnął po tamtejszych przygodach, jąłem się rozglądać, głodny przypadków nowych – dokąd trafię i jaka mię nowa awantura porwie? W niebieskim swoim atlasie, obaczyłem, że nieopodal znaleźć można gwiazdę wielką – Betelgezę, także w gwiazdozbiorze Oryjona świecącą. Wskazałem tedy kierunek i ruszyliśmy w te pędy przedsię. Naniebne wojaże niepodobne jednak są zupełnie do naszych wędrówek, które na ziemiach uprawiamy. Stamtąd jedna gwiazda drugiej gwieździe jawi się bliską, jakoby dwiema sąsiadkami były i u płota co dzień jęzorem mieliły. Dystanse tutaj niemożebne – kogut mój prędkości sięgał niebywałych, a i tak dni dziesięć trwać musiała tułaczka. Na ziemiech naszych po stokroć zdążyłbym w tym czasie z wizytą w Rzymie zawitać, takie to drogi są nieopisane!

Dziesięć dni w pustce gwiazdowej to nie lada jest ambaras, głowę zająć czymś trzeba, myśli jako te gąski na łączki wypuścić. Jąłem tedy czynić to, co każdy człek cnotliwy robić winien – oddałem się nabożnym rozmyślaniom i były to myśli tak czyste i głębokie, że gdyby je spisać, ksiąg dziesięć z miejsca by stanęło, nowym kanonem filozofję i teologję bogacąc! Po dwóch dniach rozmyślań, byłem już jakby mężem świętym, prorokiem, czy ascetą, zaraz po powrocie sporządzić muszę pismo do Rzymu, celem uzyskania należnych honorów. Trzeciego dnia rozmyślać już nie mogłem, poty mię brały od tego i w głowie wirowania, jąłem tedy spisywać pierwszą swoją przygodę na Baltazarii, którą z tkliwością wspomniałem i bogato opisałem.

Gdy i tę czynność ładnie spełniłem, odkryłem zdziwiony, że przecież pośród całej tej pustki sam nie jestem, jest ze mną kompan mój odważny, wierzchowiec pierwszej próby, kogut magiczny. Jak wszedłem w jego posiadanie opowiem kiedy indziej, bo teraz pisać trzeba o przyjaźni jaka mię w podróży ze zwierzem cudacznym połączyła. Zdjęty nudą, jąłem perorować do niosącego mię ptaka i omal nie spadłem z grzbietu jego, gdy ten na moje wątpliwości odpowiadać zaczął. Okazało się, że mowę polską zna od zawsze, jeno niepytany dzioba nie otwierał. Przedyskutowaliśmy bity tydzień i choć na cytowanie tych rozpraw miejsca tutaj nie ma, to wspomnieć o nich trzeba, bo to ładne mowy były. Zaraz po powrocie myślę spisać je i jako djalogi filozoficzne wydać! Ptak zwać kazał się Henrykiem, a imię to przybrał po Henryku Walezym, którego w młodości niesłychanie miłował, co nie mnie oceniać. Przy okazji wyszło na jaw, że jest to zwierz długowieczny i tyle historyj w zanadrzu, między piórami trzyma, że lecieć moglibyśmy i rok albo i więcej i ani on nie zmęczyłby się gdaczącym opowiadaniem, ani ja nie znudził słuchaniem tych kurjozów niestworzonych!

W końcu jednak podróż dobiegła końca i dwudziestego stycznia roku pańskiego 1676, trafiliśmy w końcu w pobliże Betelgezy – gwiazdy tak ogromnej, że kolejne dwa dni trzeba by poświęcić, by wkoło ją obwieść! Wokół niej, jeden tylko, malutki glob krążył. Dla jego czerwonej barwy nazwałem go Rubinią i pod takim mianem w atlasie swoim zapisałem, po czem, nie ociągając się już wiele, na planecie wylądowałem i stopę postawiłem.

Postawienie stopy na Rubinii było doświadczeniem wielce bolącym, pustynna ta planeta, strawiona niemożebnym i okrutnym żarem Betelgezy, miała powierzchnię tak gorejącą, że niepodobna stąpać po niej bez ciężkich butów, które na szczęście miałem przy sobie. Cała bieda w tym, że nie miałem ich na nogach! Dla wygody zdjąłem podczas lotu i z inszymi utensyliami zawiesiłem. Szczęśliwie uniknąłem oparzeń, a po wzuciu butów, żar naziemny strasznym mi nie był. Problemem pozostawał nadal żar napowietrzny – z ledwością dało się tu oddychać, powietrze aż falowało od gorąc nieziemskich. Henryk w mig porachował, że dla bezpieczeństwa lepiej nie zostawać tutaj dłużej niż godzin dwanaście, a najlepiej odlecieć czem prędzej. Postanowiłem jednak pozostać dla wielkich odkryć których być może tutaj dokonam. Poza tym przekonany byłem, że każda spędzana na Rubinii godzina będzie godziną odjętą z mojego pobytu w czyśćcu, o ile kiedykolwiek tam trafię.

Zdjąwszy z siebie wszystko, poza portkami, koszulą i rzeczonymi butami, z Henrykiem u boku, ruszyłem na przód, ku przygodzie – w oddali falowały jakoweś kształty, które za chaty tutejszych mieszkańców wzięliśmy, żywiąc przy tem nadzieję, że to nie mamiąca nas fatamorgana. Szczęśliwie nie myliliśmy się i już po godzinie marszu (byliśmy zdani na własne nogi, skrzydła kogucie odpoczywać musiały po locie dziesięciodniowym i szykować się do wojaży kolejnych) dotarliśmy do małej osady, która dalej zmieniała się w całkiem okazałą mieścinę. Wszystkie budynki wykute zostały z białego kamienia i półokrągłemi kopułami na myśl przywodziły lodowe domki, które u nas naród eskimoski stawia. Okien, z obawy przed żarem nie wykuwali, jeno drzwiami zawarte otwory wejściowe. Na placu, między domami nikogośmy nie zastali, widać pochowało się plemię rubinowe z obawy przed żarem z nieba płynącym.

Z kufra przytroczonego do boku hernrykowego dobyłem swój kaftan z wizerunkiem orła, umocowałem do jakiego pręta i tak uczyniony proporzec wbiłem w ziemię rubinową, donośnie wołając, tak, by mię mieszkańcy Rubinii posłyszeli i z domostw wyszli. Oznajmiłem im co następuje: Ziemie Rubinii, mimo całą ich jałowość, do ziem Rzeczypospolitej przyłączam i pod rządy z woli bożej miłościwie nam panującego Jana Sobieskiego, trzeciego tego imienia przygarniam! Odpowiedziała mi cisza, widać Rubinowie i Rubinki, strapieni upałem, nie byli na siłach, by wiwatować i uczcić święto tak ogromne. Najwyraźniej za dnia poczywają tutaj, życie aktywne wiodą zaś nocą, rzekłem do Henryka, ten zaś strapił mię wieściami nieładnymi – Rubinia obraca się zbyt wolno, nie zdążymy tedy doczekać wieczora, tubylców nie spotkamy.

Niezrażony tą przykrą wieścią, opracowałem natychmiast nowy plan poczynań. Jako że człowiekiem jestem grzecznym, wychowanym i w każdej mierze cnotliwym, doskonale wiedziałem, że wpraszać się w gościnę, gdy gospodarz poczywa, jest rzeczą wielce nieładną, zrezygnowałem tedy z dobijania się do kolejnych drzwi, postanowiłem ruszać przed siebie i co tysiąc kroków zatrzymywać się, donośnym głosem obwieszczać nacji rubińskiej cywilizowane obyczaje. Nawet jeśli mowy tej wysłucha jeden na dziesięciu tubylców, to wystarczy, ten bowiem, wiedzę pożyteczną poda dalej i wkrótce cała planeta stanie się krajem stworów łagodnych, grzecznych i cywilizowanych, godnych miana obywateli Rzeczypospolitej!

Gdy wszedłem w miasto, oczom moim ukazały się budynki niezwykłe – wielkie gmachy kute z kamienia białego. Biblijoteki! Teatry! Szkoły znakomite! A w nich księgi przewspaniałe, atlasy gwiazdowe, tomy pełne poezyi! Kilka z nich zabrałem, w zamian zostawiając księgę z poezyją czarnoleską. Po kolejnej przemowie, na placu przed bibijoteką, trafiłem na targowisko piękne, a na nim owoców i warzyw taki bezlik, że rachowanie było tam rzeczą niepodobną! Jako, że zapasy to w podróży rzecz ważna, napchałem pełen kufer tych frykasów, a że kradzieżą brzydzę się bardziej niż francuskimi romansami, zostawiłem na stoisku jeden z klejnotów, które wożę dla podobnych przypadków przy sobie. W kraju, w którym wszystko jest czerwone, zieleń szmaragdu nadaje mu dziesięciokrotną wartość, wymiana była zatem wielce uczciwa, być może zamieniłem ubogiego kupca w jaśniepana!

W końcu trafiłem na wielki plac pośród budynków jeszcze większych – ileż w nich stworów rubińskich odpoczywać musiało! I aż się w duchu rozradowałem, cóż za nadobne miejsce, by nieść ciemnemu, barbarzyńskiemu ludowi światło wiedzy i cywilizacyi! Na samym środku, jako rzeźba, stał wielki instrument, podobny naszym lunetom jeno wielki jako dziesięć turów, który wielką ciekawość obudził, pod nim zaś stała tablica a na niej napis jaki wyraźny, który jeszcze bardziej mię zadziwił. Ucieszyłem się przy tym, że dzięki mej wyprawie, Rzeczpospolita o takie cudaczne machiny się wzbogaciła. Wziąłem się tedy za odcyfrowywanie wiadomości, co było zadaniem wielce trudnym, gdyż ze słownika, który na Baltazarii otrzymałem, jasno wynikało, że w tych dziwnych okolicach spotkać można alfabet z dwu jedynie liter złożony! Wraz z Henrykiem głowiliśmy się tedy przez dłuższą chwilę, aż w końcu odczytaliśmy, co następuje:

EWAKUACYJA CAŁEJ PLANETY! KTO ŻYW, NIECH UCIEKA! GWIAZDA LADA MOMENT WYBUCHNIE!

Popatrzyliśmy na siebie z Henrykiem i rzeczywiście, zdało nam się, że jest jakby goręcej i że skwary te rosną z każdą chwilą. Kto żyw, niech ucieka!, zawołałem wskakując na grzbiet mego kompana, żal w sercu niosąc ogromny, Rubinia była mi bowiem przez czas jakiś ziemią ojczystą, wszak sam ją do ziem polskich włączałem! A teraz ziemia ta wielce zagrożoną była! Mimo całego morza bólu, które przyszło mi przełknąć, trzeba było salwować się ucieczką, cichcem licząc, że skórę ocalić się uda!

I gdy tak uciekaliśmy, gnając przy tym na łeb na szyję, nagle błysk znakomity za nami się rozjarzył. Cały kosmos wokół nas zrazu stał się jasny, jako poranek wielkanocny! Wiatry gwiazdowe zaraz powiały, mocarne i tęgie tak srodze, że miano huraganu byłoby dla nich policzkiem. Jakeśmy z tego po całemu wyszli, tego odgadnąć nie mogę! Ogon koguci, nadpalony w tej awanturze tlił się i dymił jeszcze przez dni parę, pewno na niezliczonych globach wzięto nas za kometę, a to kabaret! W duchu dziękowałem niebiosom, że dostojne moje wąsy nie doznały uszczerbku w tej apokalypsie! Radość była niemała, choć na sercu kamieniem leżał żal niewypowiedziany.

Łza stoczyła mię się po policzku, w gęstym, cudownie ocalonym wąsie ginąc. Utrata tej nowej ojczyzny bolała niemal tak samo, jak rozłąka z tą prawdziwą, ziemską. Jako polny tuman rozwiał się takoż sen o potędze! Przez chwilę Rzeczpospolita sięgała nie tylko od morza do morza, ale aż od Słońca do Betelgezy, od gwiazdy do gwiazdy – stanowiła zatem największe mocarstwo w dziejach wszystkich cywilizacyi. Imperjum międzygwiazdowe! Wielki wybuch Betelgezowy wszystko jednak popsował i zniweczył! O, jak serce mię od udręki tej bolało!

Pocieszaliśmy się tedy z Henrykiem, mówiąc sobie, że niejeden glob jeszcze przed nami. Zatopiłem myśli w swoim atlasie i uznałem, że skoro spadamy z konstelacyi Oryjona, to po drodze będzie nam na gwiazdę zwaną Cursą. Pośpiesznie omówiłem sprawę z Henrykiem i za jego zgodą, obraliśmy kurs na Cursę, nowych przygód i podbojów głodni! Pióra i wąsy wiatr nam mierzwił.

rzecz przepisał niesławny paweł m, syn Marka i Wiesławy.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *