Type and press Enter.

POWRÓT, OBRAZ JACKA JĘDRALA / BLEJTRAM #3

Miałem wczoraj w rękach Powrót, obraz Jacka Jędrala. Obraz porywa jeszcze przed dokładnym przyjrzeniem się, robi wrażenie zanim wzrok zdąży się skupić, wydobyć na wierzch pojedyncze elementy – chodzi może o ten splot kolorów, o to, jak niebo i ziemia wdzierają się w siebie nawzajem z jakimś chaotycznym, pełnym pasji przerażeniem i zmieszaniem, jakby zapomniały, gdzie jest góra, a gdzie dół. Kolor wchodzi w kolor, niebo ostrymi pociągnięciami pędzla wgryza się w ziemię, ta z kolei sięga do góry, wypuszcza łodygi i pnie, rozmazane w plamy ciemniejszej farby.

Jeśli przyjrzeć się dokładniej, widać ciągły ruch, wypełniający obraz wzdłuż i wszerz – naznaczona jaśniejszymi i ciemniejszymi obszarami trawa, jest wielką plątaniną szorstkich, obcesowych pociągnięć, grube, nieprzyjemne warstwy zieleni, roją się od ostów i pokrzyw. Niebo wtóruje bezceremonialnemu zgiełkowi ziemi – gwałtowne pociągnięcia, zazwyczaj pionowe, zalewają cały obraz ciężkim deszczem, jasna plama nieba ginie pod gęstymi strumieniami ostrych pasm koloru. Malarz farby nie żałował, więc przyglądając się z bliska, da się niemal poczuć fakturę tego widoku, zapach wielkiej ulewy, kłujące, ukryte w trawie osty. Powrót opowiada swoją historię jeszcze zanim znajdziemy w nim treść właściwą. Samo tworzywo, sama farba kładziona nieokrzesanymi ruchami ręki, już tutaj jestem porwany!

A w centrum stoi dom. Stoi i niesie z sobą to, co domy zazwyczaj niosą: mnóstwo ciepłych skojarzeń, dobrych, miękkich i bezpiecznych słów. W całym tym kłębowisku dzikiej zieleni i groźnego niebiesku, zwartych w gwałtownym klinczu, staje nagle ze swoimi czterema ścianami, przypomina, że jest jeszcze coś takiego jak granice, porządek, że są jeszcze drzwi i okna, dach i komin. Tędy się wchodzi, tędy się wygląda, pies ma swoją kość i kot ma swoje miejsce. I jest w końcu zapalone światło w oknie. W moim rodzinnym domu, gdy wracam po ciemnicy i zastaję zapalone światło, wiem, że zostawił je tata, bo on najlepiej z nas wszystkich wie, co to znaczy wracać. Wracać to znaczy: iść z ciemności do domu.

Ale dom na obrazie Jacka Jędrala, choć ma wszystko, co mieć powinien, ściany i drzwi, okna i dach, nie jest nienaruszalną bryłą. W tej nawałnicy dzikiej farby, dzikiej natury i dzikiego świata, nie da się zachować pełnej szczelności, nie da się nie przemoknąć. Choć dom pełen jest linii prostych i porządku, choć w oknie widać światło, to jednak oba te żywioły, górny i dolny, wgryzają się w niego, powoli, krok po kroku przekraczają jego granice. Widok ten przepełniony jest pewnym niepokojem, obietnica bezpieczeństwa niesie w sobie małe ale.

I przez całą tę nawałnicę, ku nikłemu światełku w jednym z okien, przeciska się ta ciemna postać, widoczna na przedzie. Zdaje się kuleć, a bliskość domu wcale nie przynosi ukojenia, splątanej zieleni przed nią nie przecina żadna droga. Trzeba będzie brnąć przez trawę wysoką po kolana, albo i wyższą, trzeba będzie uważać na osty i pokrzywy. I ciężar tego ołowianego nieba, walącego się na głowę obfitymi strugami farby także nieść trzeba będzie, jeszcze przez tę setkę ostatnich kroków. Tak wyglądają powroty.

I mimo całej tej szarości i ciemności, mimo gwałtu jakim cały świat raczy tę scenę powrotu, obraz ten jest niesłychanie kojący. Powroty to jest droga z ciemności do domu. Tylko ktoś, kto zapędził się za daleko, poszedł w zbyt gęste chaszcze, zmókł schwytany przez nagłą burzę – tylko ktoś, kto mieszka w ciemności rozumie, o co chodzi we wracaniu.

Jeszcze kilka lat temu nie widziałbym w tym obrazie tego, co dostrzegam teraz, żeby dobrze widzieć, nie wystarczy patrzeć, trzeba jeszcze żyć. Czas idzie do przodu i bez naszego udziału przynosi z sobą pewne rzeczy, takie głazy narzutowe. Jest jedno odkrycie konieczne dla zrozumienia powrotów, jako takich. Kilka lat temu wybrałem się na spacer w ciemność. Padał wtedy śnieg, a gdy pada śnieg, jestem szczęśliwy. I pośród tej nocy, gdzieś na mojej wiejskiej drodze, zobaczyłem światła miasta, hen, w oddali i zatrzymałem się, bo coś dziwnego i dobrego poczułem, jakiś zachwyt nagły. Nazwanie tego odczucia zabrało mi parę chwil, ale w końcu się udało: czułem się tak, jakbym znowu miał dokąd iść. Ta nagła radość w prostej linii prowadziła do czegoś ciemnego i zimnego, czegoś ciężkiego jak bryła pod sercem, której nie dostrzegałem wcześniej. Odkryłem nagle, że już od dłuższego czasu nie mam już dokąd iść.

Nagle przytłoczony, starałem się przywołać w pamięci moment, w którym czułem się tak po raz ostatni. Były jakieś przebłyski: pociąg do Krakowa kilka lat temu, trzymanie się za ręce i chodzenie po cmentarzu jeszcze wcześniej, młodzieńcze wyprawy przed siebie ze znajomymi. Ale wszystko to gasło, już dalekie i od dawna nieaktualne. Teraz już nie ma dokąd iść, pomyślałem sobie wtedy i tak samo myślę sobie dzisiaj, bo stan ten trwa w najlepsze. Nie wiem, czy ludzie, którzy mają jeszcze dokąd iść, którzy widzą jeszcze coś więcej niż przerażającą kakofonię świata i nieopisaną ciemność – czy oni rozumieją, co to znaczy powracać? Trochę im współczuję. Syn marnotrawny wie, jak ważne jest światło zapalone w oknie. Coś dobrego wypływa z całej naszej czerni, są w niej, mimo wszystko jakieś migotania. Wprawdzie odległe i niepozbawione niepokoju, ale są. Nie potrafię opisać jak tamtej nocy wyglądał mój dom na górze.

Sam schodziłem, a pierwsza gwiazda biegła do mnie,
i był tak piękny blask, tak dobre było życie,
że mówiłem: powrócę, choć powrotu nie ma.

Wracać to znaczy: iść z ciemności do domu. Dom jest daleko i koniec końców nie wiadomo, czy rzeczywiście da się wrócić, czy pokrzywy i ściana deszczu przepuszczą. Ale mimo to wracać trzeba, to jest jedyna możliwa droga, gdy nie ma już dokąd iść. Patrzę na obraz Jacka Jędrala i dostrzegam w nim rzeczy niezwykle bliskie i znajome, coś, co codziennie staram się nazwać, opowiedzieć i wyrazić. Tutaj jest to wszystko, zamknięte na małym płótnie, trzeba się dobrze przyjrzeć. Może właśnie przez to złapał mnie z miejsca, trzyma i puścić nie chce.

Obraz, wraz z blisko trzydziestoma innymi pracami autora, od pierwszego sierpnia będzie można zobaczyć w galerii Operis.Artis w Antoninie pod Ostrowem Wielkopolskim. Zapraszamy!

niesławny paweł m, syn Marka i Wiesławy.

W tekst wplotłem fragment Ptaków Czesława Miłosza.
Za szczegółowe zdjęcia obrazu dziękuję Marcinowi Biegańskiemu.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *