Type and press Enter.

Człowiek człowiekowi… Abraxasem / Herman Hesse / Demian

Próbując wpływać na ludzi za sprawą idei i inspiracji, nierzadko dostaję rykoszetem, sama kończąc zainspirowana. W obliczu tego tła własnych dziejów czuję się w moralnym obowiązku wspomnieć, że po raz wtóry na Demiana naprowadziła mnie dyskusja z młodym umysłem, który sama próbowałam rozniecić płomieniem literackiej żądzy. Nie zachowałam ostrożności, doszło do podpalenia osoby igrającej z zapalniczką – zapłonęłam chęcią przypomnienia sobie wytworów Hermana Hessego, mojego niegdysiejszego bożyszcza, przedmiotu własnej rekomendacji, o którym pamięć zaczynała się już rozmywać w otchłani ogólnikowych wrażeń.

Wyznać tu muszę w sekrecie pewną słabość. Rozmiłowana jestem w sięganiu po teksty kultury na nowo, kiedy – za sprawą moich własnych na nie ukierunkowań – zyskują nowego odbiorcę i nową perspektywę; wówczas ja sama patrzę na nie nieswoją parą oczu, niejako nakładając na siebie domniemany sposób patrzenia konkretnej osoby (czy osób), filtrując wizję przez własną znajomość jej (lub ich) umysłu. Nic tak nie odświeża czytelniczych wrażeń, nic tak nie poszerza pola widzenia.

Jedną rzecz pamiętałam o Demianie zupełnie wyraźnie – tę, że traktuje w dużej mierze o wpływie człowieka na człowieka. Czyż nie z tego samego zjawiska została wywiedziona chęć ponownego po niego sięgnięcia? I to jest pierwszy fakt, choć pozalekturowy, sytuujący bieg rozważań w międzyludzkiej przestrzeni.

Drugim jest tytuł. O czym innym może być utwór opatrzony imieniem, które bynajmniej nie wskazuje na jego głównego bohatera, lecz na postać kształtującą życie tejże – przemilczanej w tytule – postaci? No dobrze, literatura zna już takie przypadki (niejaki pan Tadeusz próbuje odwrócić uwagę od ważniejszego w tej opowieści Jacka Soplicy, zwiastując pokoleniową przemianę), zatem w teorii i utwór Hessego mógłby na ten przykład przedstawiać konieczność zastąpienia starej generacji nową, jednak zapewniam, że jeśli Demiana i Sinclaira cokolwiek łączy z tematyką przemienności pokoleń, jest to rzecz zgoła odmienna – odkrywają oni istnienie prawideł zupełnie od  niej niezależnych, a wręcz przez pokolenia replikowanych i potwierdzanych bez końca.

[…] zrozumiałem i poczułem nagle, jak głęboko moje własne, najbardziej osobiste życie, a także życie mych bliskich łączy się z odwiecznym strumieniem wielkich idei.

Życie jednego człowieka może być reprezentacją losów ludzkości, a sama ludzka istota jest mikroświatem, w którym działają mechanizmy zbliżone do tych, jakie obserwujemy w świecie makro. Do tych prawd, na drodze swojego duchowego i moralnego rozwoju, dochodzi Sinclair (i to właśnie on jest głównym bohaterem powieści), a im lepiej poznaje zagadnienia dobra i zła, tym bardziej zaciera się granica między nimi. Im bardziej się w te zjawiska zagłębia i im bardziej bezpośrednio ich doświadcza, tym wyraźniej krystalizuje się idea całości, która – aby mogła być kompletna, musi składać się z tego, co komplementarne; co się wzajemnie zazębia, równoważy i wspiera w przestrzeni antagonizmów.

Sinclair odkrywa ideę boga zwanego Abraxasem – boga, który stanowi ucieleśnienie dobra i zła jednocześnie; boga, który niweczy sztuczny podział na niebo i piekło, anioły i demony, bo sam jest wszystkim naraz, niepodzielnym. Jest prawdą. Jest pełnią. Właśnie dlatego mieszka w każdym z nas, a zatem i w całym świecie – wewnętrznym i zewnętrznym, bo jedno jest tylko mikroreprezentacją drugiego.

Można również […] traktować swoje popędy i tak zwane ułomności z szacunkiem i miłością. Wtedy ujawniają swój sens, a wszystkie one mają sens. […] z chwilą, gdy nienawidzimy jakiegoś człowieka, nienawidzimy w jego obrazie czegoś, co tkwi w nas samych. Nie oburza nas bowiem coś, czego w nas samych nie ma.

Do tego natomiast, co w nas jest, trzeba podjąć drogę i właśnie ten wysiłek, widziany jako swoisty moralny obowiązek człowieka, staje się tu motywem przewodnim. Demian, szkolny przyjaciel Sinclaira, zaszczepiający w jego umyśle nowatorskie idee, idzie własną drogą, która pozornie jedynie luźno splata się z losami głównego bohatera na różnych etapach jego życia, stanowiąc jednocześnie rdzeń duchowych przemian i inspiracje do poszerzania świadomości. Własną drogą idzie również Pistorius – późniejszy przyjaciel Sinclaira, starszy dziwak, który dawał mu przykład, znajdując zawsze w jego słowach, snach fantazjach i myślach coś wartościowego, w ten sposób ucząc go zachowania odwagi i szacunku względem samego siebie.[1] I wreszcie drogę tę podejmuje sam Sinclair – początkowo zahukany, żyjący w lęku, będący poddańczą ofiarą chłopiec, stopniowo zaś, na skutek konfrontacji z nieoczywistymi myślami nieoczywistych ludzi oraz własnego ich przetwarzania rozumem i doświadczeniem, rozkwitający i coraz bardziej jaśniejący blaskiem zrozumienia tajemnicy życia. Wcale nie jest to jednak kwiat muśnięty szablonowo pojętym pięknem. Jego piękno ma domieszkę brzydoty, jego mądrość skażona bywała mętnością umysłu, jego dobro współistnieje ze złem. I właśnie to wszystko prowadzi go do poczucia pełni; do przekonania, że każdy z tych pierwiastków jest potrzebny; że każda żądza i lęk każdy prowadzą do swoich przeciwieństw i czynią je prawdziwszymi.

A prawdziwe powołanie każdego polegało na jednym tylko: na odnalezieniu samego siebie. I skończyć mógł jako poeta lub wariat, jako prorok lub zbrodniarz – nie jego to była sprawa i w końcu pozbawiona znaczenia. Jego sprawą było znaleźć własny los – nie byle jaki – i przeżyć go w pełni, całkowicie, bez załamania. Cała zaś reszta była połowiczna jedynie, była próbą ucieczki, była nawrotem do ideałów mas, adaptacją i lękiem przed własnym wnętrzem.

Sporą część tej drogi Sinclair musi odbyć sam, a idee czerpane od innych ludzi jak ziarna potrzebują czasu na kiełkowanie i wzrastanie w nim samym. Gdzieś pośród tej drogi ciągle pojawia się Demian, który nawet po długich okresach nieobecności powraca niczym bumerag. To na nim położona jest tytułowa siła ciężkości. Czym sobie na to zasłużył? Tym, że jest wszystkim. Jest życiowym azymutem Sinclaira, wektorem, światłem, a nawet samą przestrzenią, w której droga ku tajemnicy życia i świata się odbywa; mimo że jest to relacja nieoczywista – albo właśnie dlatego. Relacja o intensywnym, choć niejasno określonym ładunku emocjonalnym i intelektualnym, a z synergii tych dwóch czynników rodzi się rozwój.

Jakby się uprzeć, można by Hessemu zarzucić filozofię dość patetyczną, egzystencjalną w dość bazowym zakresie, niewolną od frazesów czy mantrowych wręcz powtórzeń. Nie można jednak odmówić mu cudownej wielości wcale nieoczywistej problematyki, mieniącej się w niewspółmiernie do niej prostej, przyziemnej historii. Nie można mu odmówić urody stylu, wykwintności formy, której ornamentykę zatraca tak wiele wykwitów literatury najnowszej. Nie można mu też z pewnością odmówić determinacji, z jaką szerzy piękno – nie tylko formy, ale i treści, w najczystszym tego słowa znaczeniu. Piękno drogi ku samemu sobie, piękno komplementarności życiowych zjawisk i nade wszystko – piękno wpływu człowieka na człowieka. Kiedy natomiast relacja między dwiema jednostkami wspomaga odkrywanie ich samych niczym zwierciadło do przejrzenia się w sobie nawzajem, noga do motywującego kopniaka i ręka do podtrzymania za ramię jednocześnie, wówczas mamy do czynienia z piękna niewysławialną wręcz kumulacją.

Do domu nie wraca się nigdy […]. Ale tam, gdzie zbiegają się przyjazne drogi, cały świat przez chwilę wydaje się domem.

Ewa Wasiak / ewawu

 

Wszystkie cytaty pochodzą z powieści Demian Hermana Hessego.

[1] niedokładny cytat z Demiana – na potrzeby kontekstu zastosowano zmiany gramatyczne

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *