Jest niemal ranek. Dopinam resztę płynnego smutku z nutą lawendy z kolejnej edycji rozpamiętywania błędów. A obok mnie — Wygnanie i królestwo.
Czytając ten tom dziś, po niejednym utraconym królestwie i w trakcie kolejnej tułaczki po kartach książek, z osobistym splotem w tle — nie wiem, czy da się cokolwiek sensownego powiedzieć, co oddałoby choć jeden aspekt tych opowiadań.
Może nie jest to lektura dla wszystkich. Może nie jest to opowieść dla szczęśliwych i optymistycznych dusz. Ale jest to doskonałe tło dla dusznego baru z bluesem w czasie „cmentarnej zmiany”, gdzie obsługa milczy, goście chowają twarze, a barmani nigdy nie patrzą w oczy.

Elementarne katharsis towarzyszy każdej z sześciu scen. W każdej dostajemy inną emocję — i każda staje się pustynią dla proroków, a dla zwykłych, nieszczęsnych ludzi próbą niszczącą, która zdziera kolejne, wypielęgnowane maski, odsłaniając poparzone oblicze, na które i tak nikt już nie spojrzy.
Parafrazując Dehnela — w środku nadal jesteśmy na parterze naszej duszy. I choć może to ten wyższy parter — widok z niego nadal żałośnie przyziemny, ale mimo to osobiste i elementarne katharsis towarzyszy każdemu z sześciu łyków goryczy wyschłego atramentu.
To opowieści mroczne, przepełnione beznadzieją, sięgające absolutu. A jednak — właśnie w tym momencie, podczas lektury — zostajemy całkowicie wyobcowani, pozbawieni możliwości spojrzenia z zewnątrz, na siebie i innych. Bo nasze oczy uciekają. I już nigdy nie znajdą odwagi, by się podnieść. Bo mogłyby zobaczyć czyjąś duszę.
W tych krótkich opowiadaniach jest więcej głębi niż w niejednej powieści. Choć objawia się ona w pierwszoosobowej narracji, to dotyka intymności czytelnika z siłą nieporównywalną do niczego poza resztą literatury, oplatającej się szorstkim włosiem egzystencjalizmu w około gardła. I nic w tym dziwnego, w końcu to trochę dopełnienie wielkich dzieł Camusa, ostatni tom wydany za jego życia, finalna kropka w traktacie o absurdyźmie. I jak na puentę przystało, dostajemy tu rozliczenie się zarówno postaci, jak i odbiorcy z każdą nieopisaną wcześniej emocją.
Zaczynamy w autokarze, niewinnie, patrząc za bohaterką przez szybę na mijany świat, by w następnej chwili, pod jednym spojrzeniem, zapaść się w otchłań beznadziei — doświadczamy psychicznego bólu nieszczęśliwej miłości, która miała nieść piękno, a przyniosła niezrozumienie i coraz głębszy chłód. Zatapiamy się w poczuciu osaczenia i rozpaczliwej próbie ucieczki na wolność, otrząśnięcia z siebie popiołów wypalenia związku, tylko po to, by po wszystkim wrócić do może nie najszczęśliwszego, ale dobrze oswojonego okrętu.
Rozbijamy go o własną dumę i butę, bo pomimo bycia cudownym dzieckiem i żywą wyrocznią, to właśnie nasze przekonanie o wyjątkowości prowadzi nas do załamania własnej wiary, a potem — do brutalnych i rozpaczliwych narodzin nowej obsesji. Mrocznej, bolesnej, wyrosłej z krzywdy. Parabola tego, do czego jesteśmy wszyscy zdolni w imię idei, pozostaje chyba najlepszym rozwinięciem przestrogi – strzeż się idealistów, bo tylko oni zdolni są do największego bestialstwa.
Przechodzimy przez krzywdę wyrządzaną w imię honoru i surowej dyscypliny. Odkrywamy zgubność nadmiernej pobłażliwości i empatii. Uciekamy w głąb — coraz dalej — w poszukiwaniu piękna i dumy z tworzenia. I nawet tam czeka nas rozpad. Bo twórczość daje uznanie, ale odbiera coraz pazerniej ciszę, spokój, rodzinę, a na sam koniec naszego ducha. Oto prawdziwy dramat i upadek malarza: człowieka, który przez własny egoizm i głupotę wspiął się na wyżyny, by spaść w czarne otchłanie dekadencji. Więzi się w nich sam — w błędnym kole czekania na odwrócenie losu. I traci niemal wszystko.
Wreszcie — sięgamy po pokutę. Lecz i ona staje się teatrum dla tłumu. A co najgorsze — gdy wyznaczamy ją sobie sami, w targu z wyższymi siłami, wiemy już z góry: nie podołamy. Złamiemy się, w najlepszym razie w połowie drogi. I wtedy przyjdzie ktoś — dobra dusza, która spróbuje nas ocalić. A my, w symbolicznym akcie desperacji, naznaczymy ją. Splugawimy jej czystość. Odbierzemy jej możliwość szukania własnej drogi — już naznaczonej piętnem.
Mimo niewinnych początków, wszyscy tu się zatracają. Jedno potknięcie czy nieświadomy wzrok staje się skokiem w czeluści własnego piekła, gdzie mierzymy się nie z obcą siłą, a własnymi pragnieniami i ideami. Po to tylko, by rozpaczliwie odnaleźć sens istnienia. Bo choć to oczywiste — jeśli wybieramy tylko jeden cel, a potem go tracimy — zostajemy samotni. I bez mapy. Jest to niezwykle wyjątkowe doświadczenie konfrontacji nie tyle ze światem zewnętrznym, bo on wciąż pozostaje dla nas wyobcowany, oniryczny i pełen nieznanego, a z własnym duchem. Własnymi wyborami i kamieniami milowymi naszego istnienia, naszym złudnym królestwem, gdzie nie siedzimy na tronie, a jedynie jesteśmy skuci nadanym przez nas samych sensem.
Dla mnie to opowieść o życiu. O błędach, które wszyscy popełniamy. I o tym, jak próbujemy w nich funkcjonować. Odkrywam w niej swoje własne zachowania — i jeszcze więcej dawnych przyjaciół oraz towarzyszy drogi. Ale też o tym, jak w środku zimnej deszczowej nocy mój i nie mój świat, staje się obcy na znajomy sposób, jak miejsce, które odwiedzało się za dziecka kilkanaście razy, ale dziś jest ono nie tylko zmienione, ale również przebywają tam trwale osadzone duchy wspomnień. Ale mimo że oblicza wspomnień wydają się obce, są też mną. A co gorsze, kończy się alkohol, a demony nadal zostają. Może właśnie to znaczy być wygnanym: trwać z nimi, nie mając już nawet królestwa, które można by stracić.
