Type and press Enter.

Dobrze, ach jak dobrze Polakiem być | „Trans-Atlantyk” Witold Gombrowicz

Grafika inspirowana powieścią Trans-Atlantyk Witolda Gombrowicza.

Dobrze, ach jak dobrze Polakiem być. Bo to przecież naród dumny, niemal tak bardzo jak doświadczony. Mamy przecież: i wybitnych, i wielkich, którzy nawet na tułaczce nie zdają się zapomnieć o Tradycji i Promocji. Przecież żadnemu Polakowi nie przystoi nie być wielkim. A już szczególnie, gdy nie ma wokół rodaków, którzy mogliby chcieć konkurować o tę wielkość, wtedy Polak winien po gentelmeńsku uskoczyć i ustąpić miejsca kumowi, tak by mógł swą wielkość objawić wszem i wobec. Niestety bardzo często uskakują obaj, w wydumanej wizji własnej kultury, i mamy zwyczajową w naszej wspaniałej literaturze przekazową próżnię, do której wystarczy już tylko dodać lęk – i proszę, horror vacui tak obecny w czasach Gombrowicza, jak i dziś.

O ile wesele to dramat antywieszcza, o tyle właśnie „Transatlantyk” jest antyepopeją. Mamy tu bowiem i dworek, i tradycję, a że czas akcji to czas ważny dla narodu to rzecz oczywista i niepoddająca się dyskusji. Jednak nasi inteligenci choć może nieco głupi, to jednak również butni. Dworek wśród baobabów i młody panicz też jest, ale miast Zosi, mamy tu intrygę puto, który nie ukrywa swych erotycznych zamiarów wobec chłopca. Nawet zajazd się trafia. I to jaki!

Sama opowieść w momencie pojawienia się kawalerów ostrogi staje się na wskroś mickiewiczowska, bo to ciągłe wyrugowanie słabości okazuje się jedynym sposobem na ucieczkę od romantyzowanych tradycji w romantyczną gorączkę. Ot wszystko, tylko Napoleon jakiś taki tam mniejszy i bardziej na kolanach. A całej reszcie nas znowu skórę łoją.

I to właśnie symbol tego Ignasia jest dla mnie ostatnio mocno intrygujący, bo czy jest to zaledwie jeden chłopiec, czy zgodnie z ekspansywną logiką alegorii cała młodzież? Młodzież, która wierna wychowaniu, własnym figurom ojcowskim, usiłuje nie zatracić się w grze starych dziadów. Zmurszałe posągi, które mogą wszak symbolizować kanon literacki lub jego czołowe nazwiska, obecne w bibliotekach i na kartach podręczników, a jednak tak bardzo chcące być obecnym w duszy tej młodzieży? Przecież nie ma nic lepszego niż wepchnięcie w błędny trans kolejnego pokolenia tylko po to, by zdystansować je od rzeczywistości i na stałe uzbroić w balsam ułudy, który pomoże w przypadku naruszenia spokoju.

Gra Gombrowicza powieściowego byłaby tu więc apelem anarchisty głęboko zniesmaczonego narzucaniem kształtu młodemu duchowi. Zaś „piekielna” odsiecz zajazdu jest wyłącznie bandą kolejnych chętnych do grania głównych skrzypiec swarliwych, którzy kiedy tylko znajdą się przy żłobie atencji, natychmiast odmienią się w karykatury tych wieszczów przeszłości. Zaś zupełne odrzucenie norm również skutkuje tu makabreską, bo w braku wzorców można wyłącznie zbłądzić w jeszcze większe czeluści.

No bo czy to cel jest naszym optimum formy, czy ledwie ekstaza samego misterium, które jeszcze w formę nie obrasta, ale szlify pierwszego rdzawienia zdradza? A może ta domniemana wybitność jest wyłącznie cymbałkiem pobrzmiewającym na zaoranym polu. Bo to nie eksplikacja, a rajfurzenie i łotrzykostwo definiuje faktyczny talent, który jednak nie wybrzmi nigdy. Tradycjonaliści opanowali i oblegli wszelkie formy fermentu twórczego i póki kształtują nowych Ignasiów, póty mierność i tani artyzm będzie zastępować nam sztukę, literaturę i krytykę.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *