Type and press Enter.

Archeologia SF / Rafał Kosik / Różaniec

cały zachód w rogach jelenia
spiralny sen węża
wertykalne czuwanie płastugi
to wszystko jest zapisane w atlasie naszego ciała
i w skale czaszki odciśnięte jak portrety przodków
więc powtarzamy litery zapomnianej mowy

Tak pisał Zbigniew Herbert w swoich Wstydliwych snach. Świat idzie do przodu, taka jest, zdaje się, jego właściwość. Człowiek zyskuje postawę wyprostowaną, rozwija cywilizację z wszystkimi jej przymiotami i wadami, Darwin odkrywa dotyczący nas wszystkich rozwój, potem Hubble patrzy w teleskop i dowiaduje się, że mimo grawitacji, galaktyki uciekają od nas, zatem i wszechświat biegnie w jakimś kierunku… Owa właściwość dotyka także literatury, całe szczęście. Gdzieś biegnie i science fiction jest, być może najwyraźniejszym dowodem (i jednocześnie świadkiem) tego biegu.

Ale wróćmy do słów Herberta z początku. Mowa o tym biegu, jesteśmy bowiem nie tylko jego uczestnikami i świadkami, ale także żywym jego świadectwem. Odciskają się w nas wszystkie lata minione, powracają w nas wszyscy przodkowie (tu porównanie do wiersza otwierającego Pana Cogito, proszę sobie poszukać), jesteśmy nie tylko efektem ich istnienia, ale także jego zapisem. I, jak pisałem, dotyczy to również literatury.

Myślę tak sobie i gdybam, bo odłożyłem właśnie na półkę najnowszą powieść Rafała Kosika, Różaniec (bardzo, swoją drogą, zadowolony) i patrząc nań, widzę żywe muzeum SF. Książka Kosika, swego rodzaju stop różnych gatunków (bo jest tu i political fiction i elementy detektywistyczno-kryminalne, wreszcie także wspominane już SF), swoją wartką, trzymającą w napięciu akcją, różnorodnością i dynamiką, zdaje się doskonale obrazować teraźniejszy stan swego gatunku. Trzyma czytelnika i nie puszcza przez niemal całą swą długość, z pewnością zaspokoi więc żądnych emocji i akcji czytelników.

Nie można jednak utożsamiać Różańca z literaturą akcji, jedynie z czytelniczą rozrywką, dźwięczą w nim bowiem wszystkie cechy SF, zbierane przez kolejne dekady i wieki. Jest tu zatem chęć głębszego przyjrzenia się społeczeństwu, rządzącym nim mechanizmom. Co stanowi większą wartość – wolność czy bezpieczeństwo? Czy można tymi wartościami kupczyć? Czy cel uświęca środki, czy władza absolutna psuje absolutnie i tak dalej, i tak dalej. Brzmi tu zatem ten czas, gdy fikcja naukowa, niejako dojrzawszy, zdała sobie sprawę, że jej zadaniem jest nie tylko dostarczanie rozrywki, ale też refleksja nad tematami większymi, nad społeczeństwem zwłaszcza. Czy nie ma tu ech Herberta (Franka), Lema czy Dicka?

Zwłaszcza Dick dźwięczy tutaj głośno. To spojrzenie na społeczność zjadaną przez system, który przecież miał ją chronić, jest tu co prawda bezwzględnie chłodne i precyzyjne, zatem pozbawione panadickowej paranoi, niemniej jednak jest i kojarzy się mocno. Jest jeszcze jedno podobieństwo: zwątpienie w prawdziwość i autentyczność świata. Bowiem w pewnym momencie Różańca przyjdzie nam (i bohaterowi) dowiedzieć się, że otaczająca go rzeczywistość działa na zupełnie innych, niż mu się wydawało, zasadach. Zderzenia tego typu bywają doprawdy bolesne.

Wraz z postępem lektury odkrywamy, że Kosik sięga dalej, do samych korzeni fantastyki naukowej. W pewnym bowiem momencie bohaterowie stają na progu wielkiej nieznanej i ani oni, ani zaangażowany w ich przygody czytelnik nie mają pojęcia, co zastaną po przekroczeniu pewnego progu. Czy po wejściu w niewiadomą będzie można jeszcze powrócić? Właśnie tutaj widzę najmocniejszą stronę Różańca. W tym nawiązaniu do klasyków. Czy nie czuliśmy tego samego, gdy Verne zabierał nas do wnętrza ziemi albo wodził nas po dnie mórz i oceanów? Albo gdy Żuławski wystrzelił nas pociskiem na Księżyc? To poczucie autentycznej ciekawości, obcowania z nieznanym, to jest korzeń, rdzeń całego science fiction, gatunku zrodzonego z wielkiego głodu. Gdy w XIX wieku człowiekowi zdawało się, że zdobył już całą Ziemię, wyobraźnia z przerażeniem stwierdziła, że Świat to za mało. Verne musiał się zjawić, jeśli nie on, pojawiłby się ktoś inny i poprowadził nas w objęcia wielkiej niewiadomej.

I u Kosika to widać, tę wielką odwagę wyobraźni, która kazała mu wyrwać całe miasto z powierzchni Ziemi, zamknąć je w szklanej kuli i cisnąć w pustkę wszechświata – oto punkt wyjścia Różańca. Zatem już na starcie towarzyszy nam ciekawość: ale jak to? Ale dlaczego? Jak to się stało? A dalej, podobnych wyjść w nieznaną pustkę nocy będzie jeszcze więcej. Muszę przyznać, że to nie pierwszy raz, gdy przy lekturze Kosika towarzyszą mi podobne odczucia, proszę sięgnąć po Vertical, tam wybucha to jeszcze mocniej. To świadome prowadzenie czytelnika w nieznane, rozbudzanie i podsycanie jego ciekawości. Rzecz jasna cały ambaras w tym, żeby po wejściu w ów ogród cudów i dziwów, czytelnik nie poczuł rozczarowania. Rzeczy zastane na miejscu muszą być wprost proporcjonalne do rozbudzonej wcześniej ciekawości. Również to się autorowi (znowu!) udaje.

Różaniec nie jest rzecz jasna książką pozbawioną wad. Powstawał aż osiem lat, w międzyczasie autor pisał mnóstwo innych rzeczy, do projektu musiał więc podchodzić niejako na raty. Widać zatem sporo nierówności między kolejnymi częściami książki. Tak jakby pierwsze dwie powstawały w innych warunkach i innym rytmie niż zamykająca ją część trzecia. Kilka tropów zostanie zamkniętych zdawkowo, ustępując miejsca zaskakującemu i rozwijającemu się nieoczekiwanie wątkowi głównemu. Coś za coś. Koniec końców jednak, wszystkie niedopowiedzenia książki uważam za jej wielkie atuty.

Rzadko spotykana dziś śmiałość wyobraźni i jednocześnie odwaga, pozwalająca zaskakiwać czytelnika na całej długości powieści (światem przedstawionym i wydarzeniami w nim zachodzącymi), sprawiają, że wszystkie niespójności i niedopowiedzenia Różańca znaczą doprawdy niewiele. W książce odbija się pewna tęsknota, gatunkowa pamięć. I wszystkie te rzeczy w niej są: odwaga fantastyki sprzed ponad stu lat, jej przenikliwość i dociekliwość sprzed półwiecza, akcja i przystępność dzisiejszych czasów. Woła do przodków, tak, jak Herbert pisał w przytaczanym już wierszu:

dobre duchy nie odtrącajcie nas
zbyt długo błądziliśmy po oceanach i gwiazdach
strudzonych ponad miarę przyjmijcie do stada
Wasz Paweł M

ZA ZDJĘCIE GŁÓWNE OGROMNIE DZIĘKUJĘ PAWŁOWI HAPYSZOWI DRĄGOWI!

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *