Type and press Enter.

Myśl jak nóż / Chesterton / Ortodoksja

Chesterton ze swoją Ortodoksją, cierpliwie czekali na jednej z moich półek już od dłuższego czasu, od lektury niejakiego Bettelheima, który to Chestertona, jako autorytet w baśniowym patrzeniu na świat rekomendował. Czekali cierpliwie, ale miarka się przebrała i w końcu trzeba było po nich sięgnąć!

Już od pierwszych stron jasno i wyraźnie zarysowuje się charakter autora. Bez zbędnych ogródek czyni on ze swojej książki utwór bardzo osobisty, egocentryczny. We wstępie wyznacza granice, oraz zadania, których będzie się trzymał: Autorowi nie chodzi o wyjaśnienie, czy w ogóle można uwierzyć w chrześcijaństwo; chciał jedynie pokazać, w jaki sposób sam w nie uwierzył.

I ten osobisty ton sprawia, że znajdujemy w Chestertonie prawdziwego gawędziarza, który co i rusz tryskał będzie humorem, z zaskakującą bezpośredniością prowadząc dyskusję ze swoimi adwersarzami, z których nie raz i nie dwa będzie sobie dworował. Jest to zatem rozprawa cokolwiek zuchwała. I z początku nieco mnie to raziło, ale z czasem, zaskoczony odkryłem, że ten ton, śmiały i wyzywający, miejscami niemal arogancki jest czymś świetnym! Kolejne akapity i rozdziały przepełnione są niezwykłym, mocnym charakterem. Daleko im do płaskości i nudy suchych wywodów. Książka żyje, rwie do przodu, jeśli Chesterton się w niej śmieje, to śmieje się pełną piersią, jeśli atakuje, to atakuje bez pardonu. Jego myśl jest ostra i przenikliwa i niech nie zwiedzie nas pełen humoru ton wypowiedzi – słowem i myślą obraca się tutaj jak bronią!

Co prawda podobna postawa zawsze może wywołać również gniew i niechęć u czytelnika (jeśli ten zgadza się z wyśmiewanymi przez autora poglądami) ale zważając na to, że poza żywą i pełną charakteru myślą, dostałem też sporą porcję dobrej zabawy, skłonny jestem do tej ryzykownej lektury zachęcać. Autor nie kryje się za rzędami liter, on sobie w nich wykuwa coś na kształt autoportretu, przelewa w nie swój nieco zuchwały charakter. Jest to tłumaczone koniecznością, przecież mowa o rzeczy najbardziej w świecie intymnej – tutaj trzeba mówić: ja, ja, ja. I ta bezpośredniość i bezpardonowość, to jest pierwsza rzecz, którą Chesterton mnie kupuje.

Ortodoksja to z założenia obrona wiary chrześcijańskiej w początkach XX wieku, rozpoczyna się więc od nakreślenia prądów myślowych tamtych czasów, jako opozycji, wobec której staną dalsze działy. Całość przyjmuje charakter dyskusji, zresztą już na pierwszych stronach dowiadujemy się, że jest to odpowiedź na pewne zarzuty powstałe po wcześniejszych publikacjach, a Gilbert Keitch Ch. chętnie się w podobne spory wdaje, sam przyznał, że zdarza mu się pisać książki pod byle jakim pretekstem. To wyznanie jest rzeczą absolutnie rozkoszną!

Pierwsze rozdziały to prawdziwy bałagan, w którym autor stara się wyłożyć poglądy, do których doszedł po wielu latach obcowania ze światem. Panuje tam wielki chaos, idziemy bowiem tropem nieokrzesanych myśli, rodzących się jeszcze w dzieciństwie, później wraz z wymyślającą je głową dorastających. I ta ewolucja myśli, ich końcowa spójność i śmiałe patrzenie na świat jako taki, doprawdy imponują. W końcu wszyscy jesteśmy zobowiązani do określenia swojej w świecie pozycji. Obyśmy wszyscy robili to z samoświadomością i rozmysłem!

Pamiętam jakie wrażenie zrobił na mnie przed mniej więcej dekadą niejaki George Carlin, swoim zdaniem o tym, że im dłużej żyjemy, tym bardziej poznajemy świat i tym więcej wniosków wyciągamy. Jego wnioski były dosyć gorzkie, wszak komik zasłynął częstym poruszaniem tematów tabu i wojowaniem z religią jako taką. Oj jak ja mu kiedyś przyklaskiwałem! Z czasem jednak na wierzch wypłynęła stara prawda, o tym, że nasze słowa są większe od nas samych i wypowiedziane, trwają dalej, wypuszczone na wolność żyją własnym życiem. Słowa Carlina trwają zatem dalej – dalej się żyje, dalej się obserwuje i kolejne wnioski się wyciąga. Czy najprostszy z wszystkich wniosek nie okazał się zbyt naiwny, rozczarowująco mały i błahy? Mam takie wrażenie. Chesterton idzie tym samym tropem. Żyje, obserwuje, myśli. I jest przy tym diablo przenikliwy i dociekliwy. Kapryśny w pewnym sensie – wnioski zbyt płaskie nie zadowalają go, trzeba iść dalej, wiecznie dalej.

I tu właśnie, w swojej przenikliwości, rozbraja mnie Chesterton po raz kolejny! Bo w swojej wierze w niezwykłość świata jest o krok od wielkiej naiwności, ale granicy tej nie przekracza. Piękno staje się u niego czymś bezcennym. Ludzie powinni pościć przez czterdzieści dni tylko po to, żeby usłyszeć jak śpiewa kos, powie w pewnej chwili. Świat w jego ujęciu, nie jest miejscem ani czasem wcale odległym od baśni jako takiej. Na każdym kroku czeka tam jakiś zachwyt, albo cud.

Pointą całości jest pełne zdziwienia odkrycie, że wszystkie wnioski, do jakich samodzielnie doszedł autor, zostały już dawno temu odkryte, wypowiedziane i zapisane… Zuchwalec wyważył więc drzwi otwarte na oścież. Wszystkie owoce swoich myśli znalazł w chrześcijaństwie, od wieków czekające na znalezienie. A jeśli się myli, jak wspomina we wstępie: cała rzecz stanowi przynajmniej uporczywy i zaskakujący zbieg okoliczności.

Dwudziestoletni ja z jakimś romantycznym fatalizmem zupełnie zgadzałem się z myśleniem Carlina. Oznaka wieku – czerpać teologiczną wiedzę z stand-upowych występów (żeby oddać cesarzowi co cesarskie – nie odmawiam Carlinowi błyskotliwości i przemyślności! W swoim fachu był mistrzem!). Dziś, ponad dekadę później, skłaniałbym się raczej w stronę obserwacji panachestertonowych, bardziej mnie przekonują. Poza tym, bez względu na przekonania, znaleźć można w Chestertonie świetnego dyskutanta i cieszyć się przenikliwością i niezwykłą żywiołowością jego myśli i słów!

Wasz Paweł M

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *