Type and press Enter.

Odyseusz z Triestu / Claudio Magris – Podróż bez końca

Codziennie, zwielokrotnione i wciąż od nowa, dokonuje się odwieczne starcie: człowiek kontra chaos, tworzenie kontra rozpad. Dochodzi do niego zarówno na poziomie zbiorowym, jak i indywidualnym: Claudio Magrisa zdecydowanie bardziej interesuje ten drugi.

Najlepszy esej z tego zbioru podstępnie zatytułował autor „Przedmową”, być może w celu ukarania nieuważnego czytelnika, który zwykł podobne preludia do właściwych tekstów omijać. Tym razem właściwym tekstem okazuje się jednak właśnie wstęp, w którym odgrywa Magris prastary, odysejski topos życia jako podróży. I do „Przedmowy” będę powracał co jakiś czas, gdy będę tracił wiarę w literaturę.

Nie ma zresztą sensu, by nieuważny czytelnik sięgał po ten tom. Włoski pisarz nie leje wody, podaje  myślowy koncentrat, który, na zasadzie etymologicznego pokrewieństwa, wymaga nieustannej koncentracji odbiorcy.

Uważność jest przy tym w ogóle jedną z kategorii porządkujących ten zbiór; Magris formułuje w „Przedmowie” swoiste credo podróżnika, bardzo mocno kojarzące się z założeniami terapii Gestalt Fritza Perlsa. W toku opowieści ujawniają swą obecność również elementy stoicyzmu. Do tego wypowiada się autor w mocno ekumenicznym duchu, a namiętnie deklarowana potrzeba miłości do wszelkiego stworzenia przywodzi wreszcie na myśl świętego Franciszka.

Innym terminem kluczowym do zrozumienia poglądów Magrisa jest autentyczność, jako że czyni on wyraźne rozróżnienie między byciem a zarządzaniem życiem.

Jest włoski twórca nie tylko literatem, ale i filozofem. Każda podróż, ba, przelotny obraz czy uchwycona na ułamek sekundy twarz może być dla niego punktem wyjścia do refleksji o sprawach dla człowieka fundamentalnych. Wykazuje przy tym podziwu godny, niezachwiany rozsądek. Jego ambicją jest za każdym razem dotarcie do istoty sprawy, do rzeczy samej, poprzez brutalne zerwanie zastałych narracji, gotowych interpretacji, zaśniedziałych siatek pojęciowych, przez większość ludzi mylnie branych właśnie za rzecz samą.

Podróż to ucieczka od codzienności, rutyny, odpowiedzialności. Jedną ze szczególnie celnych paralel jest ta między podróżowaniem a pisaniem, gdzie obie czynności jawią się jako akt rekonfiguracji starych elementów – w przypadku literatury słów i środków stylistycznych, w przypadku podróży – przekonań i wartości podróżującego.

Magris nie musi silić się na pisanie symbolami czy metaforami – on nimi od razu myśli, potrafi jednak pogodzić ten proces z oglądem fenomenologicznym. W efekcie dokonuje rzadkiej sztuki, widząc jednocześnie tak same zjawiska, jak i ich konotacje. Przy tym niektóre z metafor i stojących za nimi znaczeń być może niepotrzebnie absolutyzuje – ale i wówczas trudno dać odpór ich urokowi.

W swych rozważaniach, jako biegły erudyta, często odwołuje się do dorobku literatury, zarówno uznanej, światowej, jak i lokalnej, związanej z miejscem, do którego aktualnie zawędrował. Odwołania te wplecione są w tok myśli lekko, wydawałoby się bez wysiłku; Magris rozpościera skrzydła na wiatrach Gadamerowskiej gry. Nie ma obawy, że podzieli los Ikara.

Pisze o wyzwaniach stojących przed współczesnym człowiekiem – jak zachować tożsamość w konfrontacji z postępującą dezintegracją świata zewnętrznego i będącej jego najistotniejszym wymiarem kultury. Sygnalizuje wiele problemów współczesnej Europy, choć tylko mimochodem, bo to jednak skromny objętościowo tom.

Ostatecznie jest „Podróż bez końca” hymnem na cześć otwartości i rozumu, a także wykładem o koniecznej komplementarności przeciwnych kierunków podróżowania. Cel jest bowiem wewnątrz – bo człowiek o bogatym życiu wewnętrznym nie potrzebuje ani licznych przedmiotów, ani uznania innych ludzi; ale jednocześnie jest też na zewnątrz, bo ścisła introwersja skutkuje istnieniem jałowym. Tylko w interakcji i w kontakcie z innymi ludźmi oraz ze światem możemy weryfikować i aktualizować swoje przeżycia i wartości.

utracjusz

Foto: CCCB

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *