Type and press Enter.

Michael Chabon / Związek żydowskich policjantów

To bezczelne pisarstwo i ta cecha bardzo mi się podoba. Byłby z tego świetny film, który byłoby jednak piekielnie trudno nakręcić. Nie dziwota, że nawet bracia Coen pokruszyli sobie na tym projekcie zęby i ostatecznie zmuszeni byli od niego odstąpić. Ten rozgrywający się w alternatywnym świecie kryminał dalece wykracza poza gatunkowe ramy, w związku z czym podręczny, standardowy czytnik kodów okazuje się w starciu z nim bezradny.

Styl jest efektowny, a jednak konkretny, może nawet konieczny. To właśnie różni Chabona od Ajvaza – nie zdarza mu się przeszarżować, nie przekracza linii, za którą jest już tylko śmieszność. Ma doskonałe wyczucie, jak daleko wolno mu się posunąć w grze schematami. Nigdy nie jest do końca poważny i nigdy całkowicie nie żartuje. Nie uznaje żadnych świętości, ale i nie jest obrazoburczy. Nie sposób przyskrzynić go na błazenadzie. Co najmniej skromna część zasług za powyższą litanię zalet należy się chyba zresztą tłumaczce, Barbarze Kopeć-Umiastowskiej.

Do tego dochodzi porównywalna z Chandlerem atmosfera. Ten mrok kontrastowany jest przez wszechobecny humor. A mimo fantastycznej fabuły i brawurowej frazy, świat kompletnie mnie wciągnął, postacie są zaś pełnokrwiste, tętniące życiem i ludzką, niezbywalną nędzą. Nic też dziwnego, że Chabon pisał tę książkę pięć lat, tak wypieszczone są dialogi, tak wycyzelowane porównania i epitety. Większość szkół pisarskich każe zresztą pisać dialogi imitujące prawdziwe, choć nietożsame z nimi; dialogi Chabona są od prawdziwego życia dość odległe, bo diablo inteligentne, a jednak wcale się z życiem nie gryzą, dodając powieści poloru i smaku.

Autor wykpiwa tu sporo zjawisk, chociażby religię i dążenie organizacji religijnych do budowania struktur na wzór mafijnych oraz powielania ich modelu działania. Pisze też o tym, jak trudno w dzisiejszym świecie obronić zbiorową tożsamość opartą na tradycji, gdy pojawiają się nowe wartości, a stare ulegają gwałtownym przekształceniom. Zastanawia się w końcu, czy wartości te są do obrony w starciu z coraz brutalniejszą i coraz bardziej cyniczną polityczno-finansową grą interesów. A jako wisienkę na torcie serwuje autorską wizję losu, jaki czekałby dziś kandydata na Zbawiciela.

Mało tego, jako intelektualny spadkobierca Kartezjusza, a przynajmniej Philipa K. Dicka, każe nam się zastanowić, czy to, co widzimy, nie jest ledwie spektaklem przeznaczonym dla naiwnych oraz tych, dla których bycie naiwnymi jest najwygodniejsze. Pod powierzchnią zaś, sugeruje, tak jak pod miastem Sitka, znajdują się najbardziej zaskakujące połączenia czy zależności, które ktoś może pewnego dnia uruchomić w celach niezgodnych z pierwotnymi i bez wątpienia nikczemnych.

Postmodernistyczny rodowód „Związku żydowskich policjantów” objawia się w silnym ładunku ironii, bijącej przede wszystkim w naród wybrany. Na przykład w wykreowanym przez Chabona świecie w większości uniknął tenże naród szykowanej przez Hitlera zagłady, tylko po to jednak, by przegrać wojnę z państwami arabskimi i w efekcie dokonać inwazji, choćby w świetle prawa, na resztki ziemi innej drastycznie poszkodowanej przez historię rasy, czyli Indian.

Rychło po ocaleniu Żydzi wpadają zresztą w koleiny odwiecznego pecha, odtwarzając niezmienny wzór konfliktów wewnętrznych i sprzecznych interesów. I ten element można już czytać szerzej, jako paralelę losów całego gatunku ludzkiego, który mimo tylu traumatycznych doświadczeń, zdolnych, zdawałoby się, raz na zawsze wyleczyć go z fanatyzmu, wciąż brnie ku samozagładzie.

Bo o kondycji człowieczej ma Chabon zdanie nie tak może odległe od księdza Baki, tyle że wyraża je znacznie oględniej, a przy tym atrakcyjniej, czyli pod postacią najlepszej rozrywki. Co znamienne i wyjątkowe, opowieść o przemijaniu zaserwowana w tak tragikomicznej formie sprawia, że to przemijanie wydaje się nie tylko immanentne, ale wręcz zbawienne, choć niezupełnie w religijnym sensie.

utracjusz

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *