Type and press Enter.

Salvador Dali i jego egofiksacje

Zdawać by się mogło, że nie starczy ni greki, ni łaciny, by opisać skalę narcystycznego usposobienia Salvadora Dalego. Egocentryk, egoista, egotyk… Egofiksant, egowertyk i ponad wszystko – niezmierzony egofil.

Czego by jednak nie mówić, jego autopasji zawdzięczamy niewątpliwie to, że wystarczyło mu uczynić przedmiotem literatury jego samego, by urosła ona do rangi co najmniej intrygującej.

 

Moje sekretne życie czy Dziennik geniusza to pozycje, które oferują nam pełną zwrotów akcji i nieodmiennie zaskakujących spostrzeżeń podróż po umyśle tyleż szalonym, co i genialnym. Wyprawa ta równoznaczna jest jednak ze skokiem na głęboką wodę, gdyż aby nadążyć za Salvadorem oprowadzającym nas po własnym szaleństwie, trzeba zgodzić się na skrajny subiektywizm jego wizji, bez żadnych kompromisów. Inaczej utknie się po drodze, gdzieś między pozycją cenzora i terapeuty, nie dając sobie szansy na podążenie zawiłymi meandrami surrealistycznej świadomości. A czyż nie po to sięga się po książki Salvadora?

Tak, szybko okazuje się, że nie tylko jego sztuka przekształcała rzeczywistość. Tak jak sztuka płynie z umysłu, tak i umysł hiszpańskiego malarza stanowił nieprzerwane pasmo deformacji – z czego rzeczony artysta był niewątpliwie dumny. Na dowód przytoczę kilka wyimków z jego autodiagnozy, stojącej w kontrapunkcie z diagnozą reszty świata, rzecz jasna:

Nie potrafię pojąć, że istoty ludzkie są tak mało zindywidualizowane i że trzymają się zawsze praw najciaśniej pojmowanego konformizmu. Weźmy na przykład coś tak prostego jak wykolejanie pociągów. Na świecie są tysiące kilometrów torów kolejowych, a tak mało jest wykolejeń. Liczba tych, którzy lubią wykolejenia i je powodują, jest śmiesznie mała w porównaniu z liczbą tych, co lubią podróżować pociągami i zaspokajają swą namiętność.[1]

(…)

Nie mogę zrozumieć, że człowiek jest tak niezdolny do fantazji, że kierowców autobusów nie ogarnia od czasu do czasu ochota, by wjechać przez wystawę do sklepu i po drodze złapać kilka prezentów dla rodziny. Nie rozumiem, nie jestem w stanie zrozumieć, że producenci spłuczek do ubikacji nie wkładają do swoich urządzeń bomb, które wybuchałyby po pociągnięciu za łańcuszek rezerwuaru. (…) W osłupienie wprawia mnie zaślepienie ludzi powtarzających bezustannie te same czynności. Podobnie jak dziwię się, że urzędnik bankowy nie zjada czeku, dziwi mnie, że żaden malarz nie wpadł na pomysł namalowania “miękkiego zegarka”…[2]

Przez całe życie było mi niezwykle trudno przywyknąć do uciążliwej „normalności” zaludniających ziemię istot, z którymi się stykam.[3]

Tak więc wszelkie odmiany jego ego-schorzeń mogłyby przybrać też postać ideowych postaw, gdyby potraktować je z większym pietyzmem. Indywidualizm, dystynktywizm, oryginalizm, autonomizm, personalizm, partykularyzm, osobnicyzm. Niektóre z tych słów nawet istnieją.

Doprawdy trudno przyjąć jedną określoną perspektywę, mówiąc o Dalim. Pewnie, że najłatwiej byłoby nazwać go szaleńcem, totalnym popaprańcem z chorobliwą manią wielkości i niekontrolowanymi wybuchami agresji wobec Bogu ducha winnemu otoczeniu – ot tak, dla zwrócenia uwagi lub też przełamania kolejnej normy i okraszonej satysfakcją konstatacji, że ot znowu nie doprowadziło to do zawalenia się świata. A jedynie do jego odkształcenia, chwilowego wgniecenia, pociągającego za sobą w najlepszym razie sznur reakcji otoczenia. I znów coś się dzieje.

Chwilami może dziwić, że z całą mnogością schorzeń, manii, neuroz i fobii, jaką mogłaby Salvadorowi z powodzeniem przypisać myśl psychiatryczna, nie spędził on większości życia w szpitalu dla obłąkanych. A jednak zamiast tego…

Wszyscy, szczególnie w Ameryce, pragną poznać tajemnicę mojego sukcesu. Zawdzięczam go metodzie, której nazwa brzmi: „metoda paranoiczno-krytyczna”. Opracowałem ją dobre trzydzieści lat temu i stosuję z powodzeniem, chociaż dziś jeszcze nie wiem, na czym ona polega.[4]

Tak oto artysta żył w najpełniej pojmowanej swobodzie, odbijając w sobie blask wbijanych w siebie spojrzeń ludzi, którzy go podziwiali, odczuwali strach, fascynację, zachwyt; zdarzały się niewątpliwie również niechęć wespół z niesmakiem, nikt jednak obok Salvadora nie mógł przejść obojętnie. A on robił zawrotną karierę już za życia, do woli przy tym folgując wszelkim swoim kaprysom. Sam wielbił w zasadzie jedną tylko postać prócz siebie – swoją żonę Galę, o 10 lat starszą od niego Rosjankę. To jej anielskiej cierpliwości i niewątpliwej przedsiębiorczości w dużej mierze zawdzięczał swój komercyjny sukces, zajmowała się ona bowiem promocją dzieł powstających w jego pracowni. On mógł pogrążać się w twórczym szale, Gala zaś dbała o to, by jego efekty ujrzały światło dzienne.

To, jak Dali wielbił swoją żonę, potrafi być równie zaskakujące, co i wzruszające w obliczu skali jego samouwielbienia (choć i tu widać przemyconą przechwałkę):

Jedna tylko istota osiągnęła pełnię życia, której obraz porównywalny jest do pogodnych doskonałości Renesansu. Istotą tą jest moja żona Gala, którą miałem cudowne szczęście wybrać. Jej ulotne stany ducha, sposób, w jaki wyraża swą osobowość, to istna Dziewiąta Symfonia odbijająca architektoniczne kontury duszy doskonałej, skrystalizowanej na samym brzegu ciała, tuż przy skórze, w morskiej pianie hierarchii jej własnego życia. Porządkowane i filtrowane przez najdelikatniejsze tchnienia uczuć, owe ulotne stany i ekspresja osobowości materializują się i układają w nieskazitelną budowlę z krwi i kości. Toteż mogę powiedzieć, że siedząca Gala ma w sobie ten sam wdzięk, co Tempietto Bramantego przy kościele San Pietro in Montorio w Rzymie. Podobnie jak Stendhal uczynił w Watykanie, mnie także dane było zmierzyć wysmukłe kolumny jej dumy, czułe i uparte balustrady dzieciństwa oraz boskie stopnie uśmiechu. Podziwiając ją ukradkiem, gdy nie wie, że na nią spoglądam, w czasie długich godzin pracy, które spędzam przykucnięty przed sztalugami, powtarzam sobie, że jest równie dobrze namalowana jak obraz Vermeera czy Rafaela w odróżnieniu od otaczających nas ludzi tak niedokończonych, tak pospolicie przedstawionych, że podobni są raczej do niechlujnych karykaturalnych szkiców pośpiesznie nakreślonych przez przymierającego głodem artystę na tarasie kawiarni.

Czy można się Gali dziwić, że wytrzymywała z ekscentryzmem Dalego, gdy właśnie ten artysta-ekscentryk widział ją w takim świetle, w jakim być może postać jej nigdy nie byłaby nawet rozważana? W umyśle Dalego zyskiwała ona nowe odsłony bytu, konstytuowała się w kategoriach dzieł sztuki, zyskiwała wymiar złożony z niecodziennej konfiguracji zmysłów. To są właśnie te chwile, w których szaleństwo malarza bierze się w nawias zbyty machnięciem ręki i bagatelizującym westchnieniem: „Artystyczne wybryki!”, na plan pierwszy wysuwa się bowiem miano geniusza. Tak oto artysta, szaleniec i geniusz znów stają w nierozerwalnym szeregu zjawisk współistniejących, zacierając granicę między synonimami a antonimami. Wszak bieguny też leżą na tej samej Ziemi.

Ewa Wasiak

 

[1] Salvador Dali, Moje sekretne życie.

[2] Tamże.

[3] Tamże.

[4] Salvador Dali, Dziennik geniusza.

 

Obraz:

https://www.google.com/url?sa=i&source=imgres&cd=&ved=2ahUKEwiHlprOycjgAhWvlosKHdVIBDIQjRx6BAgBEAU&url=https%3A%2F%2Fcommons.wikimedia.org%2Fwiki%2FFile%3A00-000-1-1_2015_Dancing_Painter_Show_Salvador_Dali_ver_2_0.jpg&psig=AOvVaw1JKJjPVz3OjeSa0mZWg7_P&ust=1550692432449908

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *