Type and press Enter.

PODRÓŻ DO KRESU NOCY / LOUIS-FERDINAND CÉLINE

Podróż do kresu nocy czytałem z polecenia Bociana. Z Bocianem chodziłem do Liceum, potem przez jakąś dekadę, albo i więcej prawie się nie widzieliśmy i jak już się obaj odpowiednio sfatygowaliśmy, znajomość jakoś tak sama się odnowiła. On mieszka z jednej strony miasta, ja z drugiej – odkryliśmy, że jeśli zdzwonimy się i wyruszymy jednocześnie, to spotkamy się gdzieś po środku. Niesie wówczas w termosie, mąż ten opatrznościowy, najczarniejszą kawę tego świata, którą potem pijemy w jakimś parku, na jakimś cmentarzu, pod jakimś sklepem – tam gdzie jest fajnie i gdzie da się usiąść, gadając przy tym o książkach i łajdactwach. I tak spotkaliśmy się jasnym latem i między jednym, a drugim łykiem tej najczarniejszej z kaw mówi mi Bociek: „Nie ma książki nad Podróż do kresu nocy Celina” i opowiada historię z podwójną jej lekturą związaną (bo u niego nigdy nie ma „samego” czytania – każda książka idzie w parze z jakąś opowieścią). No to wziąłem i zamówiłem, był nawet plan, żeby razem iść odebrać, od pani w księgarni, do której każdy z nas z chęcią by zagadał, ale jakoś tak nie zagaduje i chyba sobie z tym święty spokój damy. Plan się nie powiódł, ale mimo to książka została odebrana i z pewnym opóźnieniem przeczytana.

Powiedziałem o Bocianie, powiem jeszcze o Marcinie, zanim do samej książki dotrę. Marcin siedzi z nami na Statku, w sumie to on wymyślił nazwę naszej łajby. Zjawia się raz na pół roku, pisze kilka-kilkanaście tekstów i na kolejne miesiące znika. I zawsze wygląda to tak, że jak się do niego pisze dzień przed tekstem o późnej, nocnej godzinie, ten odpowiada: „zaraz kończę pracę i biorę się do pisania! Spokojna głowa, do rana będzie!” No i rzeczywiście – gdzieś w okolicach drugiej w nocy tekst zawsze przychodzi, wraz z jakimś „przysyłam swoje czarne litery, zrób z nimi co chcesz, tak czy inaczej jesteśmy zgubieni, Bracie!” I to są zawsze fenomenalne teksty, jedne z najlepszych, jakie mamy, jak on tego dokonuje w tej resztce skupienia, po dniu ciężkiej pracy, gdzieś w środku nocy? Nie mam pojęcia. A piszę o nim, bo jeśli dobrze poszukać, można na Statku znaleźć panamarcinowy tekst o Podróży do kresu nocy, z którego jedno zdanie chcę przytoczyć, w pewien sposób bowiem udało mu się w nim złapać całą książkę Céline’a:

Louis-Ferdinand Céline (…) jakby wychylał łeb spod wody i mówił: “za mną, tam jest pięknie!”, a my wierzymy mu, tak jak wierzy się ludziom zapytanym o drogę.

I dokładnie tak jest – od pierwszego zdania ma się to poczucie, ba!, pewność, że czyta się właśnie rzeczy ważne, duże, znaczne i piękne (choć farby autora są raczej ciemne, a malowane kształty niepokojące), i choć autor niczego nie ślubuje, to jednak już w pierwszych akapitach, między słowami, znalazłem obietnicę – obietnicę, że dowiem się, jak to jest z tą nocą, jej kresem i odnalezieniem go.  To, o czym napisał Marcin – Celine’owi po prostu jakoś tak z automatu się wierzy.

Jak się zatem mają sprawy z nocą? Ferdynand Bardamu, bohater książki, jest w ciągłym biegu i ciągłej pogoni i choć pogoń jest intensywna, trzeba się mocno wpatrywać, by wypatrzyć w niej ten cel. Céline stale będzie zmieniał sceny, na których toczy się akcja – pierwsza połowa książki wydaje się być jedną wielką mozaiką. Bardamu trafia w kolejne miejsca, za każdym razem rozgląda się, szuka sobie miejsca, ale prędzej, czy później ucieka dalej, przy okazji demaskując każdą z małych i śmiesznych ludzkich gier, na jakie trafia po drodze. Zaczyna się od wojny – wielkie hasła o bohaterstwie, ojczyźnie i patriotyzmie w praktyce przekładają się na festiwal pomiatania i pogardy, połączony z konkursem pawich ogonów tam, na górze i zwierzęcymi próbami zachowania życia tu, na dole. Gdy czas rozwieje już podniosłe slogany, śmierć w błocie okaże się jedynie śmiercią w błocie, uciekaj więc bracie, zanim przypadek i jakaś kula uczynią z ciebie bohatera, zanim wiersze i piosenki o tobie napiszą! Ucieka więc i Bardamu – w miękkie i jasne ramiona kobiet, ale i miłość, gdy opadną już tkliwe zapewnienia, okazuje się być frontem, nieco innym, ale jednak frontem. Po krótkim epizodzie szpitalnym, akcja przenosi się do Afryki, tam znajdzie bohater skorodowaną, rozsypującą się strukturę wyzysku i okrucieństwa, po środku rojów owadów i w kłębach nieznośnie gorącego powietrza. Trzeba więc uciekać dalej! Za ocean tym razem. Ale i tamtejszy Amerykański sen okaże się być pustą i okrutną konstrukcją tłocznej samotności. Pozostaje więc chyba tylko wracać do domu. Ale czy stabilizacja okaże się tym kresem nocy, do którego bohater zmierza? No nie – i tutaj trzeba będzie dalej szukać samego siebie. W roli małomiasteczkowego lekarza, w roli przyjaciela, w roli kochanka… Problem tkwi chyba w tym, że Bardamu wszędzie stara się odegrać jakąś rolę, ale nigdzie do końca nie może być Bardamu.

Cały czas towarzyszy mi to wrażenie ciągłej asekuracji, ciągłego bycia obok, niemówienie prawdy, nierobienie tego, co trzeba, niebycie sobą. On wpasowuje się w każdy z tych światów – na wojnie jest świetnym kurierem, w miłości wywiązuje się z obowiązków kochanka, w Afryce kieruje placówką handlową – wszędzie stara się przeżyć, ale, na dobrą sprawę nigdzie tak naprawdę nie żyje. Nigdzie nie staje się sobą. Jeśli zapytasz: kim jest Bardamu? Trzeba będzie odpowiedzieć: a, to zależy, gdzie się akurat znajduje. To jego trwanie, ta zgoda na warunki, które dostał, od czasu do czasu doprowadzają go do takiej, albo innej nędzy, on zaś, wciąż jest za mało obecny by ruszyć jakiekolwiek duże zmiany. Czy to jest jakaś diagnoza stawiana „nowemu” człowiekowi? W końcu I Wojnę Światową nazwano wojną, która skończy wszystkie wojny, wydarzeniem, które wydało na świat całe nowe pokolenie, pokolenie tęskniące za stałością świata swoich ojców i dziadów, bezdomne pokolenie pogorzelców, które, jak Bardamu – już nigdzie nie jest „u siebie”. Pytanie, gdzie jesteśmy my, którzy w tamtych ludziach widzimy wzór stałości?

Noc staje się coraz czarniejsza, a Bardamu coraz mniejszy, coraz dalszy. Gdy przychodzi mu wybierać między przyjęciem roli a graniem prawdy, zawsze wybiera to pierwsze i z wielką gorliwością wypełnia. Rolę ubogiego, małomiasteczkowego lekarza odgrywa z takim zapałem, że nawet głoduje, żeby wszystko było na swoim miejscu. Czy ta noc w ogóle się kończy? Czy jest coś takiego jak kres nocy? To jest paląca sprawa – dla każdego z nas, którzy po ciemku dokądś uparcie zdążamy. A Céline obraca się ze śmiechem, ucieka i ginie w mroku w połowie odpowiedzi, łachmyta!

Coś jednak na szczęście zostawia. Ostatnia scena książki mocno kojarzy mi się z ostatnią sceną Ojca Goriota Balzaka. Jest w nich jakieś dziwnie kojące poczucie klęski. Takie siedzenie w ciszy albo zgiełku, gdy coś się skończyło i nie da się z tym już nic zrobić. I noc jest już późna i jeśli wyjść na zewnątrz, da się dostrzec blednące powoli gwiazdy. I może starczy tej ciszy, żeby się jakoś obudzić. Może Bardamu stanie się w końcu Ferdynandem Bardamu.

Na koniec parę zdań od Riemizowa, które ten spisał o swoim bohaterze – Marakulinie, coś mniej więcej na ten temat:

Jeden musi zdradzić, żeby przez zdradę duszę swoją odczopować i sobą samym się stać w świecie, inny musi zabić, ażeby przez zabójstwo swoje duszę swoją odczopować i tak czy owak sobą stać się na śmierć idąc, on zaś pewnikiem musiał asygnację wypisać nie tej osobie, której należało, iżby duszę swoją odczopować i stać się w tym świecie – i to już nie jako taki-siaki Marakulin, ale Piotr Aleksiejewicz Marakulin!

niesławny paweł m, syn Marka i Wiesławy.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

2 comments

  1. Och jak ja zazdroszczę takiego pisania,no i takiego myślenia też.Czyta się doskonale.

    1. Ach, dziękuję, choć nie jestem przekonany czy to aż takie dobre 🙂 Chyba, że mowa o pisaniu Celine’a, wówczas nie mam żadnych wątpliwości! 🙂