Type and press Enter.

SARMACKI ATLAS GWIAZD NANIEBNYCH / O PRZESUNIĘCIU K’CZERWIENI / WYPRAWA CZWARTA

Po przygodach na Otylii, opisanych w rozprawie ostatniej, kosmiczne etery przemierzalim wraz z Henrykiem z piersiami pełnymi nadziei i dobrych oczekiwań – w końcu trudno, byśmy trafili w gorszą sromotę niż otyliowa niewola! Mieliśmy już opuszczać północny nieboskłon i z gwiazdozbioru Erydanowego na południe się kierować, aleśmy uradzili powrót w naniebne obszary ojczyste, wszak po obcych gwiazdach włóczyć się niepodobna, serca by nam z tęsknoty ani chybi popękały! W Atlasie moim niebieskim, jako kolejny przystanek oznaczyłem tedy Dubhe, gwiazdę znaczną i dostojną, nad polską ziemią w gwiazdozbiorze Niedźwiedzicy Wielkiej jaśniejącą! Wyprawa na drugi kraniec nieba była ogromną awanturą, niemal trzy miesiące trwającą, szczęście zapasów mieliśmy pod dostatkiem a i trawienne procesy wolniej się w podróżach naniebnych odbywają, przez brak wagi zapewne i człek, jako wielbłąd jeść i pić nieczęsto musi.

Opisami długiej podróży i naszych słownych potyczek nużyć czytelnika nie zamierzam, w te pędy przejdę tedy do opisu cudów niestworzonych, jakieśmy w okolicy Dubhe zastali! Wszystko, co zostanie poniżej spisane jest prawdą najświętszą, o czym zapewniam, przed świętym obrazkiem przyrzekając i jakkolwiek niestworzonymi nie wydałyby się te historje czytelnikowi, nie ma w nich nawet cienia kłamstew!

To, co na naszym niebie i w atlasie moim jawi się jako punkt pojedynczy, w prawdzie okazuje się być całym zbiorem gwiazdowym, gdzie, jako w tańcu, wzajem się te Behemoty ogniste okrążają! Naszym oczom, po przylocie na miejsce ukazały się nie jedna, nie dwie i nie trzy gwiazdy, ale gwiazdy cztery! Dwie większe kręcą się w bliskości i z werwą, niby panny krakowiaka tańcujące! Dwie, nieco mniejsze, takoż krakowiaka odstawiały, jeno w oddaleniu niejakim od tych pierwszych. I tak powoli, ta mniejsza para wokół większej okrąg kreśli. Ale to nie koniec cudów, więcej jeszcze dziwów kosmos nam nagotował! Wokół każdej gwiazdy, jako rąbki obracających się sukien, na okręgach swych orbit tańcowały dziesiątki planet! Każdej gwieździe nie mniej niż piętnaście przypadało, a taniec był to tak cudny, że porachować ich się nie dało i mało mię wszystkie te obroty o zawrót głowy nie przyprawiły, małom z koguciego grzbietu w pustkę kosmiczną nie spadł! Ale mało tego. Przyjrzyj się bliżej, przyjacielu zacny – powiada mi Henryk, no więc przyglądam się, a tam cud jeszcze większy, bo wokół każdej planety najmniej pięć księżyców się obraca! Tchu nam nie stanęło na te wszystkie cuda! Nic jeno lądować, później będziem się martwić, jak to wszystko porachować i ponazywać.

Glob do lądowania wybralim wypatrując z całego tego roztańcowanego mrowia glob zielony i niebieski, co by nam rodzinne strony przypomniał choć trochę, tęsknoty ukołysał, radość wlał do serc! Już z daleka dostrzegłem, że mieszkająca tu cywilizacyja z naturą żyje jak dwa braty i to kochające się braty. Nigdzie czarnych plam osad, żadnych dymów groźnych, żadnych wież, jako palce niebu grożących. Wszędzie nadobne łąki, lasy i pola, a między nimi, jako koty w rogu śpiące, wcale się nie rozpychające, domostwa, jakby bańki wodne, ze szkła, może być, odlane. W pobliże jednego z takich osiedli się udaliśmy. Jakże pięknym było to lądowanie! Jak okiem sięgnąć złote zboża się kołysały – przy czterech słońcach pewnikiem zawsze mają tu lato – w tle drzewa jakieś, naszym topolom podobne w niebo sięgały, na niebie dwie jasne kule słońc i pięć bladych śladów księżycowych – powiadam, wszystkie nasze tułaczki warte były tego jednego lądowania!

Skorośmy tylko wylądowali, na spotkanie nasze, od strony szklistej zabudowy, wyszła grupa stworów dziwnych, bylców tutejszych. Włosia na głowach nie miały, blade osobliwie (tym osobliwiej, że na niebie przecie tyle słońc tam świeci!), wysokie wielce (dwiema, jeśli nie trzema głowy nade mną górowały), szaty białe i proste, jakby ascety święte – tako się te stwory nam odmalowały. Fizjognomie naszym podobne, jeno nosa nie mieli, ci milczący gospodarze nasi, a ślepia ich jako dwa guziki przyszyte, czernią gładką się mieniły. Stali tak i lustrowali nas i już miałem im ogłosić, że oto przybywam tutaj w imieniu Rzeczypospolitej, szerzyć jej sławę, gdy nagle stwory przemówiły. Przemówiły bez rozwierania paszczęk, co zdziwiło mnie bardzo, a głosy ich słyszałem jakby w środku, w głowie własnej, szybkom się połapał, że mieszkańcy tutejsi wprost do myśli prawią. I wszystkie te ich myśli rozumiałem dobrze, widać język myśli we wszystkich narodach kosmicznych jest jeden i toż sam.

Mieszkańcy tutejsi doskonale wiedzieli skądeśmy przylecieli, nasze wędrówki znali i rozumieli i wszystko byłoby ładne i cudne, gdyby nie to, że wyprzedzając moją mowę, oznajmili, że do Rzeczypospolitej być włączani nie chcą, że własną Rzeczpospolitą tutaj mają, choć doceniają zaszczyt, jaki im czynię samą tylko chęcią takiego włączenia. Próżno szukać w kosmosie bardziej grzecznych i szlachetnych istot (chyba tylko Polaki równać im się mogą!), i ta ich szlachetność od razu nam się pokazała, utrudzonych po podróży, zaprosili, szlachetni ci stworowie na strawę i spoczynek!

Je się tutaj czymś co łączy nasze łyżki, noże i widelce. Dwa takie cudactwa do rąk dostałem, Henryk dziobał prosto z talerzy, czego wcale za brak grzeczności mu nie poczytano. Sprawa z talerzami, kubkami i misami ma się tutaj takoż samo jako w Rzeczypospolitej, widać w całym kosmosie, wszystkie narody muszą do czegoś wlewać zupy, posiłki zaś stałe jadać z naczyń płaskich i okrągłych. Jadają tam owoce i warzywa głównie, a do tego wypieki przepiękne i przecudne – chleba takiego dobrego jak tam, kosztowałem raz, góra dwa razy za żywotów! Rozbawiony i roześmiany, nasyciwszy pierwsze głody, zawołałem radośnie: wnosić dzika! Okrzyk ten wielce zadziwił moich dobrodziejów, o dzikach bowiem, jako żyją, nie słyszeli, gdy zaś dowiedzieli się, że o zwierzu mowa, oznajmili stanowczo, że zwierzów się tutaj nie jada i zapytali czy i zjadłbym Henryka i choć przyznałem, że nie, w serce zakłuła mię tęsknota za rosołem. W międzyczasie, gdyśmy jedli, tłumaczyli nam całą swoją historję, wszystkie planety wyliczyli i o cywilizacyi opowiedzieli. Jedlim, słuchalim zaciekawieni.

Powołano tu coś, co Unią nazwano i jest w tym podobieństwo do Rzeczypospolitej dwa kraje w jeden spajającej, z tą jedną różnicą, że łączą się tu nie kraje a planety i z tą różnicą wtórą, że nie są to planety dwie, a planet bezlik: mowa była o sześciu dziesiątkach globów z różnymi stworami po nich stąpającymi. A do planet sześćdziesięciu trzeba doliczyć jeszcze księżyców drugie tyle, bo na tyle były sowite, że własne cywilizacyje powiły. I tak jak wszystkie te ciała naniebne tańcują w zgodnych balletach, jako panienki w krakowiakach obracane, takoż i ich mieszkańcy w zgodnych żyją układach! To jest rzecz niesłychana, powiadam! Nam dosyć Niemca, pludraka paskudnego mieć za płotem, coby mowy o zgodzie nie było, a tutaj narodów dwanaście dziesiątek w zgodzie żyje i wspólnie działa i nikt nigdy nie pomyślał nawet by na kogo zajazd szykować, by komu zabierać, co nie swoje! Nic też dziwnego, skoro z Niemcem nie graniczą. Toż to cuda są prawdziwe! Wszystko to wiernie spisuję, by, gdy wrócimy na Ziemię, inni narodowie, wszystkie owe Szwedy, Francuzy, Hiszpany, Włochy, a nawet Niemce od tego cudacznego tłumu przykład brać mogły, skoro jasny przykład Rzeczypospolitej to dla nich za mało! Jakże mało znaczy prorok pośród domu swego! Żyją tutaj w takiej zgodzie i w mrowiu tak wielkim, że od dłuższego czasu, poza odpowiednimi numerami, nie mają nazw dla swoich krajów, mało tego – sami także imion nie noszą. Dla nich ważne to, co wspólne, powiadają!

Napełniwszy brzuchy udaliśmy się na spoczynek, który okazał się rzeczą trudną niesłychanie, niepodobna znaleźć tu godziny, w której na niebie choćby jedno słońce nie jaśniało! A ściany wszystkie tutaj niby ze szkła odlane! Oka zmrużyć, niepodobna. W końcu się jednak udało w porze w jakiej na niebie zostały jeno dwa dalsze i mniejsze słońca, świecące jasno, jakby dwa księżyce. Blask co prawda spory, ale spocząć się dało. Gdyśmy tylko wstali po nocy dobrze przespanej, acz krótkiej bo już po trzech godzinach nową jasność kolejne słońce nam gotowało, (o ile nocą da się nazwać czas w którym dwa dalekie słońca nad globem górują), przywitali nas gospodarze, niemałą radość przy tym gotując. Z myśli naszych wyczytali że przybywamy tu dla tego jednego powodu, że dzielne serca nasze zawsze przygody są głodne, doszli tedy do wniosku, że o pomoc nas poproszą i do wielkiego planu swego zaciągną. Po ostatnich, na Otylii przygodach, na czas jakiś dosyć mielim wielkich planów, grzecznie jednak wszystkiegośmy wysłuchali. I w miarę słuchania moje policzki i grzebień henrykowy czerwieniały i pąsowiały z podekscytowania, wielki plan tutejszy znacznie był bowiem ładniejszy od planu Otyliowego!

Historia zaczyna się na samym początku, kiedy to w Wielkiej Eksplozyi, jak zwą tutaj początek, kosmos powstaje, tak widać nazywają tu dzieło stworzenia. Dziwne tylko, że datują je źle, bo nie na kilka tysięcy, ale na kilkanaście miliardów lat – plemię takie mądre a tak wielka niedokładność, musimy im w pamiątce Stare i Nowe Testamenta zostawić, coby zmądrzeli tutaj! Ale mniejsza o lata – mądre te głowy dowiodły, że kosmos w wybuchu powstał i jako balon się rozszerzał, aż do momentu, w którym zwolnił i jął się kurczyć, co niechybnie, stanowiło przepowiednię jego końca! Trzeba było tedy rozpocząć wielkie dzieło rozciągania wszechświata, tak by nie zapadł się sam w sobie i marnego końca nie doczekał. O nie, do takiego Wielkiego Bęc dopuścić nie można! Zapytani, jak takie ratowanie wygląda w praktyce, wyjaśnili nam gospodarze dobrzy nasi, że trzeba każdą galaktykę w kosmosie całym chwycić i przesunąć k’czerwieni. Ale gdzie jest ta czerwień, tego wyjaśnić nie potrafili, mówili jeno o falach jakich i widmach i o tym, że fale te rozciągają się i kurczą, kolorami mieniąc się przy tym, jednym słowem owijali w bawełnę i farmazony pletli. Na koniec stwierdzili, zrezygnowani jakby, że trzeba po prostu galaktykę każdą z osobna od sióstr jej oddalić.

Zaskoczeniem było dla nas niemałym iż w kosmosie jest więcej galaktyk i że jest ich bezlik taki, że gdybym chciał rozrysować je po atlasach i atlasy te na półkach bibljotecznych poukładać, wonczas konieczną byłaby zamiana każdego budynku w Krakowie na bibljotekę właśnie, z półkami od podłogi do sufitu. A i wtedy mogłoby półek pod owe atlasy zabraknąć! Czem prędzej chcielim wiedzieć, jak się do tego dzieła wielkiego zabierać, głodni cudów wielkich i galaktyk inszych niż nasza ciekawi. Objaśniono nam, jak wielkim tworem jest taka galaktyka, uznałem tedy, że żeby dotrzeć do galaktyk innych, trzeba by kilku pokoleń jeźdźców i kilku pokoleń kogutów! Obawę tę rozwiano jednak w te pędy – mają tutaj, cudaczni nasi dobrodzieje, system skrótów, jakoby nor króliczych, w które wskakujesz i lądujesz w miejscu zgoła inszym. Zapewniono nas przy tym, że żadna siła nieczysta w podróżach takich udziału nie bierze, że wszystko to jest wyrób ich wielkiej cywilizacyi i tak, jako my stawiamy most na drugi brzeg rzeki, albo tunel w ziemi drążymy, tak oni owe skróty stawiają i w odległe galaktyki fruną!

Doczekać się tych wypraw cudacznych – niepodobna! Tedy dni kolejne były dla nas jedną wielką torturą, cnotę cierpliwości na próbę wystawiającą, rozpisywać się o tym nie będę, od razu do dnia odlotu przejdę. Nasi gospodarze i kilkoro z ich sąsiadów wsiedli w małe pojazdy, podobne do domów ichnich, to jest do baniek mydlanych, jakimi dzieci i kocięta zabawiają się u nas, wsiedli w te ustrojstwa i za sobą frunąć nakazali – takośmy też uczynili. Już w kosmosie będąc, oczom naszym ukazał się widok niebywały: jakby kula szklana, wszystko, jako luneta na wspak trzymana, zakrzywiająca. Z inszych planet leciały k’niej całe zastępy bąblom podobnych machin a w nich stwory wszelakie, innych krajów przedstawiciele. Widzielim naród do borsuków podobny, z tą różnicą, że z brzucha sterczała im piąta łapa, jak się okazuje, w sterowaniu pojazdami niezastąpiona; widzielim naród pajęczy w setce statków zasiadający; widzielim też kosmicznych jeźdźców jakoby ludzkich, z różnicą taką, że wąsy na czole mieli tak bujne i piękne, że nie sposób było ich brwiami nazywać. Insze jeszcze cuda, których pamięć nie pomieści mijaliśmy w tym pochodzie k’szklanej kuli kosmicznej. Jedni po drugich wlatywali w nią i znikali, jakby do stawu wskakiwali. Wskoczyliśmy i my. Wszystko rozmyło się jakby i wiatr dziwny w nas buchnął. Już po chwili byliśmy po drugiej stronie tego stawu a naszym oczom jawił się widok niemożebny!

Przed nami dysk gigantyczny, tak wielki, że nazywać go wielkim, obrazą jest dla niego. Cały skąpany w mglistym, srebrnym świetle, jakoby mgła w hiszpański kapelusz ułożona, z wielkim wirem w środku. Z króliczej nory, za naszymi plecami wyskakiwały statki coraz to nowe i już za chwilę staliśmy pośród wielkiego legjonu, co przyleciał tu z globów stu dwudziestu i jednego, tak pięknej husarji świat jeszcze nie oglądał i brak pierza nic tu nie znaczył. Naraz wszystkie te statki włączyły swoje machiny do przenoszenia galaktyk – i my taką mieliśmy, przytroczono ją Henrykowi w miejsce sakiew. Mechanizm działał prosto. Zielonym polem wprawiało się go w obroty, polem szkarłatnym wyłączało się go. Tłumaczyły nam te mądrale jak ustrojstwo działa, niczego z ich mowy zrozumieć się jednak nie dało, podejrzewamy, że owa cudaczna skrzynka działać musi z powodu misternego ułożenia sprężyn w jej środku. Zaraz po uruchomieniu jej, w stronę galaktyczną wystrzelił promień jasny, jakby powróz złoty ze światła ukręcony. Powrozów takich wystrzelił cały bezlik i po chwili, na dany znak, wszyscyśmy się obrócili i zaczęli z wysiłkiem wielkim ciągnąć ciężar kolosowy!  Dla sławy Rzeczypospolitej! W imię Rzymu! Na całe gardło wołałem, Henryk dołączył się swoim gromkim Kukkuryku! Zdało się nam, że stoimy w miejscu, jednak co jakiś czas dawało się odczuć, żeśmy się o palec, czasem nawet o dłoń do przodu przesunęli. Ciągnęliśmy tak galaktykę w wielkim skupieniu przez godzin pięć, co miało nadać jej powolny pęd, dzięki któremu przez kolejne lat miliardy, przesuwać będzie się już sama. Wiedzieliśmy przy tym, że działamy jako narzędzia w rękach Stwórcy, świat przed zawałem ratującego!

Po wszystkim, na komendę odpowiednią, machinę pociągową wyłączylim i wraz z całym tłumem udalim się w kierunku naszej odwróconej lunety. Wieczorem, to jest po zachodzie większych i po wschodzie mniejszych słońc, długośmy jeszcze siedzieli i rozprawiali o pożyteczności całego tego znoju i o tym, jak pięknym, ładnym i pożytecznym dziełem jest przesuwanie galaktyk. Henryk zażartował sobie, że ktoś kiedyś będzie na te galaktyki przez lunety patrzył i głowił się będzie – dokąd one uciekają i dlaczego wszystkie chcą być jak najdalej od nas?! Ubawiło nas to setnie! Piękny był to wieczór, a potem, po wysiłku tym wielkim, spało się doskonale mimo dwu słońc na niebie i szklanych ścian wkoło! Podobną przygodę przeżylim jeszcze dwa razy. Po prawdzie taką pracę to i wiecznie byśmy odrabiać mogli, Syzyfowie szczęśliwi, co miast ciężar w górę wpychać, przyciągają go do siebie… ale cały, wielki, niezbadany kosmos czeka na nas, a mój atlas naniebny wciąż jeszcze przygodami i wiedzą niezapełniony!

Wypoczęliśmy tedy i w końcuśmy w dalszą drogę wyruszyli, wiedząc doskonale, że za sobą zostawiamy raj prawdziwy! Tutejsi mieszkańcy żegnali nas z radością, są to bowiem dusze na tyle czyste i szlachetne, że cieszyli się naszą uciechą na wszystkie przygody i wyzwania czekające na nas gdzieś tam hen, wysoko i daleko na nieboskłonie! Obiecalim powrócić kiedyś, gdy będziem przylatywać, tylko po to, by pomóc z kolejną galaktyką, którą od innych odsunąć trzeba, okazuje się bowiem, że jest to zadanie na kolejne setki lat! Odlatywalim tedy bez żalu, wiedząc dokładnie, że jeszcześmy się z planetami Dubhowymi na dobre nie pożegnali, że witać tu jeszcze nieraz będziem!

rzecz przepisał niesławny paweł m, syn Marka i Wiesławy.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *