Type and press Enter.

TRAKTAT O TRZECH POWODACH DO PISANIA WIERSZY

Wiersze się pisze w chwilach uniesień. Gdy jest się młodym a dziewczęta są piękne (albo gdy jest się młodą a piękni są chłopacy, albo w innych jeszcze układach, jak się komu podoba) i jest wiosna. Siada się wtedy i pisze i wymyśla się w tym pisaniu rzeczy już dawno wymyślone, powtórzone tysiącem pokoleń i nie martwi się tym wcale, pisze się, do morza atramentu dolewa kilka swoich czarnych, albo niebieskich kropli. I możemy stać tutaj i gniewać się i nogą tupać, że wtórne, że powtórki, że już było i tak dalej. Że oczy jak gwiazdy, że usta jak róże, że skóra jak jedwabie (to się wie, choć jedwabi się nie dotykało). Jasne, to jest zabawne. Ale jak tak teraz na to patrzę, to lubię sobie wyobrażać ten wielki chór zakochanych, który rozciąga się przez wszystkie czasy i wszystkie krainy, nie ma się co gniewać na to, że wszyscy tutaj śpiewają tę samą pieśń, w sumie właśnie o to w chórach chodzi, prawda? Kiedyś spojrzymy na to z góry, z jakiegoś pozaczasu, jak wszyscy zakochani śpiewają na raz. Będę popijał cydr i się wzruszał. To będzie dobry moment, nie mogę się doczekać!

Wiersze pisze się też przy sercach pękniętych i tych dopiero pękających także. To jest dobra okazja, żeby usiąść i pisać, bo pisanie wierszy to w praktyce wywlekanie na wierzch rzeczy, które ma się w środku. To jest szalenie bezwstydna praktyka, a samo pisanie to jest balansowanie między palącym wstydem a brakiem wstydu – trzeba odczuwać oba. Pękające serca sprzyjają wierszom, ma się od razu dostęp do środka, nie potrzeba całego zestawu utensyliów do wiercenia, kucia, drążenia i wydobywania, wszystko jest na wierzchu, trzeba tylko chwytać pióro, maczać w tej czerwieni i pisać. Tutaj znów zaskoczenie: mamy wielki chór śpiewający tę samą pieśń przez wszystkie wieki i o ile w radości bywamy różni, cieszymy się i świętujemy na milion sposobów, o tyle cierpienie jest rozczarowująco jednolite, ciemność rozlewa się, zjada granice, któryś z Rosjan zaczynał tak książkę. Powtarzamy więc bez wstydu wciąż te same słowa, ale powtarzać je trzeba.

Wiersze lęgną się też ze zdziwienia i zaskoczenia, z tego stanu, w którym nie wszystko ogarnąć myślą da się, trzeba więc na szybko fastrygować wyobraźnią, a owoce tego są najlepsze wówczas, gdy skończą się nici i pozostanie samo „nie wiem”. Niebo jest tak dobre tylko dlatego że nie da się go sięgnąć, nawet z drabiny ani z piętra ósmego. Inni ludzie tacy ciekawi, bo nigdy nie zajrzymy im do środka (a tam są całe krajobrazy ze zdziwieniem po horyzont!) Wiersze się biorą z bezsilności wobec świata z nierozumienia go, z improwizowania w próbach tego zrozumienia. Tutaj z kolei wszyscy śpiewamy pojedynczo, tutaj chóru nie ma, są same partie solowe, nie możemy być pewni nawet tego, że czerwień jest tak samo czerwona gdy patrzy się przez inne oczy, kolory mamy na własność. Patrzymy osobno i w świecie jesteśmy osobno. Przez to wiersze brane ze zdziwienia są dobre, lepsze niż te, które piszemy z miłości i z jej braku, bo dziwimy się w pojedynkę. Problem w tym, że współdzielimy te same słowa i o tym, co w środku, musimy mówić słowami do mówienia na zewnątrz. I tak dziesięć różnych zdziwień zamyka się w jednym słowie. Poza tym zdziwienie większości z nas przechodzi z czasem, z czasem ulegamy wrażeniu, że wszystko jest normą, a jak już mu ulegniemy, zapisane kartki możemy wrzucać prosto w piec. Są też tacy, co nie przestają się dziwić, ale nie piszą o tym, ale i tam są wiersze, bo więcej wierszy mieszka w zdziwieniu niż w pisaniu.

niesławny paweł m, syn Marka i Wiesławy.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *