Type and press Enter.

Mieczysław Jałowiecki / Na skraju Imperium i inne wspomnienia

To nie jest tylko relacja z pojedynczego, choćby najbardziej fascynującego żywota; Jałowiecki jest uczestnikiem, niekiedy nader aktywnym, kluczowych dwudziestowiecznych przemian dziejowych, które miały na dobre zmienić panoramę Polski. Jednocześnie zapiski te obrazują starcie porządku z chaosem oraz przekonanie, że choć stary porządek istotnie był ułomny, to chaos nie jest bynajmniej najlepszą odpowiedzią na tę ułomność.

Jałowiecki to człowiek w działaniu, nie ma tu miejsca na refleksję filozoficzną czy na zachwyt sztuką, bo też nie ma na nie czasu. Jego refleksje są rzadkie i konkretne. To człowiek ziemi oraz konwencji, sztywno umocowany w ziemiańskiej tradycji. Jego nieprzejednany konserwatyzm sprawia, że nie potrafi nadążyć za dynamiczną rzeczywistością. A jednak, w odróżnieniu od większości tych, którzy dziś mienią się konserwatystami, dobro Polski ma nie tylko na ustach, ale i w sercu.

Jego przywiązanie do pozorów i form, a także krzywdzących generalizacji (nie tylko klasowych, również rasowych czy narodowych) jest bardzo silne i bywa przyczyną najwyższego zdumienia autora, gdy jakieś indywiduum zachowa się niezgodnie z tym, jak zostało przez jaśnie pana zaklasyfikowane. Jałowiecki w swych posuniętych niekiedy do absurdu uprzedzeniach brzmi chwilami jak wyznawca fizjonomiki Lavatera.

Mimo tych zastrzeżeń, poniekąd oczywistych wobec postaci wywodzącej się z tak uprzywilejowanego środowiska, jawi się Jałowiecki jako człowiek trzeźwego rozumu, stawiający interes zbiorowy ponad indywidualne korzyści. Ten paradoksalny fenomen zdaje mi się tak fascynującym, że chętnie doczekałbym się jego naukowego zgłębienia. W końcu postaci znacznie mniejszego kalibru doczekały się już podobnych opracowań.

Trzeba oczywiście pamiętać, że niektóre relacje są z pewnością podkolorowane, a sam autor bez wątpienia wygładza niekiedy krawędzie własnej osoby oraz jej czynów. Widać również, że dużą wagę przywiązuje do płynności i atrakcyjności tych zapisków, zwanych wspomnieniami, lecz przedzielanych miejscami iście filmowymi epizodami. Dzięki temu czyta się „Na skraju imperium” jak najlepszą sensacyjną powieść.

Zaskakujące, jak często są tu jednoznacznie źle oceniane nazwiska, które przywykliśmy otaczać nimbem i dawać ulicom naszych miast. Jałowiecki sądy ma ostre i krytyczne. Jego ofiarą padają spokrewnieni z nim Piłsudski (do którego później się jednak, choć nie bez zastrzeżeń, przekonał) i Witkacy, a także Wańkowicz i cała sztafeta innych. Warto czasem poznać historię z żywych świadectw, nawet jeśli stronniczych, zamiast tylko z podręczników, by samemu wyrobić sobie pogląd. Podręczniki pisze zazwyczaj ten, kto ma władzę i nie zawsze jest to najlepsza rekomendacja.

Jałowiecki, jako zwolennik ustalonego porządku, manier i pozorów, z najwyższą odrazą przyjmuje triumf chamstwa. Stale potyka się też z dwiema zidentyfikowanymi przez siebie zarazami: nacjonalizmem i i socjalizmem. Bardzo mnie ciekawi, jak przyjąłby i skwitował dzisiejszy wynalazek jednoczący oba te stanowiska pod jednym sztandarem.

Ostatecznie „Na skraju imperium” okazuje się nad wyraz fascynującą lekturą, dającą wgląd od środka na procesy państwotwórcze (a następnie niestety państwopsujcze), napisaną niespodziewanie wartko. Jej wielkim atutem jest sama postać autora, mocno niejednoznaczna, ale ostatecznie budząca pewną sympatię (przynajmniej moją). I wreszcie ta stuletnia perspektywa unaocznia, jak bardzo zmienił się świat, jak bardzo zmienił się język, w którym takie pojęcia jak honor czy ojczyzna zmieniły się w ścierki do wycierania ociekających tłuszczem obmierzłych gąb.

utracjusz

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *