Type and press Enter.

Wiersze podebrane #5 / Brewiarz / Herbert

Brewiarz

Panie
pomóż nam wymyślić owoc
czysty obraz słodyczy
a także spotkanie obojga płaszczyzn
zmierzchu i zaranka
wydobądź z fałdów morza
bas czystych głębin
a także dziewczynę
ślepą jak przeznaczenie
dziewczynę która śpiewa – belcanto

*

Poznawać Herberta zacząłem jakby naokoło: po pierwszym, dość oczywistym wyborze Pana Cogito, sięgnąłem po tomik ostatni, Epilog burzy i dopiero po nim zacząłem czytać kolejne tomiki już w kolejności powstawania. Mało z tego pierwszego spotkania zostało: słowo „archipelag”, „dałem słowo”, „nowa wędrówka do wyobraźni”, a wszystko to, po latach, jak przez mgłę.

I tylko Brewiarz (trzeci z Brewiarzy), jeden z pierwszych wierszy w książce, został we mnie i dźwięczy aż do teraz. Całą jego drugą połowę mam wypisaną już chyba na zawsze w pamięci, tkwi w niej mocniej niż wiersze czytane przed chwilą, dlaczego? A skąd mnie to wiedzieć?

Ale powtarzając te słowa, odwracam wszystko do góry nogami i tyłem na przód. Zamiast fałdów morza, ciemnoniebieskich, przechodzących w czernie i groźnych, widzę te same fałdy ale na niebie, jako chmury. Burzowe chmury. Kończący swoje życie Herbert, nazywa ostatni tomik epilogiem burzy, ale kiedy czytam jego Brewiarz kiedy czytam ostatnie w nim linijki, to dobrze wiem, że burza dopiero idzie, że nie można odetchnąć, wręcz przeciwnie – trzeba wziąć głęboki wdech i wstrzymać powietrze. A czyste głębiny z wiersza, rozbrzmiewają w moim uchu basem czystych wysokości. I jest też dziewczyna, która wraz z gromem schodzi z nieba i śpiewa.

Powtarzam te słowa nie do końca rozumiejąc. I w głowie obracam kolejne wyobrażenia, bo choć nie rozumiem, to przecież widzę jasno; Herbert przez całe życie goniący po muzeach, nie mógł zostawić nieczytelnego obrazu. On może być niezrozumiały, ale nieczytelny? Nigdy! Gdy Herbert pisze „fałdy morza”, to tak jakby Van Gogh kładł to morze (w którym ja widzę chmury) grubą warstwą farby; a gdy pada słowo „dziewczyna” to pada ono tak, jak białe plamy padały na płótno Podkowińskiego, układając się w dziewczynę w jego Szale.

Więc siedzę przez te lata i choć wiem dokładnie jak wyglądają te fałdy, ta dziewczyna, wiem jak brzmi bas czystych głębin, to jednak nie wiem i wciąż nie rozumiem nic. Ale skoro zasiane, musi wyrosnąć, nakazuje natura.

*

Dziś rano obudziłem się i znalazłem na wskazującym palcu prawej dłoni małą ranę. Pół centymetra długości i szerokość jak po kocim pazurze, tyle że z żadnym kotem bojów nie odbywałem, a ranka była świeża, wyglądała jak wykrojona przed minutą. Poranek spędziłem więc myśląc o jej zagadce.

I myślałem o niej przez cały dzień, bo choć wciąż o niej zapominałem, przypominała mi o sobie co chwila, gdy po cokolwiek sięgałem i gdy pracowałem.

Po pracy wybrałem się do domu na nogach, musiałem wstąpić do kwiaciarni w pół drogi. I gdy tak wracałem, w jednej ręce trzymając parasol, w drugiej zaś, mały bukiet, w pewnym momencie poczułem ukłucie. W palcu wskazującym prawej dłoni, tkwił półcentymetrowy kolec. I wiedziałem już skąd ta rana.

Zatrzymałem się na chwilę, zaczęło padać, spojrzałem w niebo.

*

I zobaczyłem na niebie „fałdy morza”, i zaraz po tym usłyszałem grom, szła burza. Ale zdziwiony patrzyłem to na rękę, to na niebo i dobrze wiedziałem, że to nie jest żaden grom. Przypomniał mi się ten wiersz, czytany lata temu i powtarzany nieraz w pamięci, i dobrze wiedziałem: to nie jest żaden grom. To jest bas czystych głębin. Potem fałdy falowały, otwierały się, pokazywały huczące wysokości.

I gdy wróciłem do domu, wiedziałem już dobrze: idzie. Idzie i śpiewa – belcanto!

boat-clouds-cloudy-skies-753619(1)

Wasz Paweł M

Zdjęcie burzy i morza autorstwa George’a Desiprisa, galeria tutaj: https://www.pexels.com/@george-desipris

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *