Type and press Enter.

DEUTSCH DLA ŚREDNIO ZAAWANSOWANYCH / MACIEJ HEN

Mniej więcej dwa i pół roku temu, na wiosnę 2017, zapanowała u nas pod pokładem neapolitańska gorączka – po Solfatarę Macieja Hena sięgnął najpierw Utracjusz, nie minął miesiąc, nim dopadła i mnie, zaś po około roku o książce pisała jeszcze Agnieszka. I cóż – powiedzieć, że wywołała entuzjazm, to nic nie powiedzieć, z resztą do dziś myślimy o niej z tęsknotą. Teraz zaś na horyzoncie pojawił się nowy tytuł autora: Deutsch dla średnio zaawansowanych, który to udało nam się jeszcze przed premierą (ta odbędzie się na początku września) dostać w swoje łapy! Po zakończonej lekturze, prognozuję kolejną, tym razem deutschową epidemię!

Hen zabiera nas do współczesnej, zabieganej Warszawy i portretuje życie niejakiego Marka Deutscha, niespełnionego, ledwie wiążącego koniec z końcem plastyka, bezlitośnie wciśniętego w kierat zmęczenia, obowiązków i beznadziei. Gdzieś w głowie pobrzmiewają mu jeszcze jakieś stare ambicje – są jednak nie tyle motywacją do działania, co raczej przestrzenią, w której w pełni może wybrzmieć upokorzenie niespełnienia. Mnóstwo jest także tęsknot za tym, co było, wspomnień lat szkolnych, pierwszych miłości i nieudanych małżeństw. Wszystko to przykryte obezwładniającą rzeczywistością, dwudziestoczterogodzinnymi dyżurami w pracy, rozmowami ze zobojętniałymi córkami i byłymi żonami, zakupami w biedronce za trzynaście złotych, i faktem że  po tych zakupach ani w kieszeni ani na koncie nic już nie zostało. Można powiedzieć, że gdy spotykamy pana Deutscha, ten nie jest w najlepszej formie. W zasadzie jest na dnie; książka zaczyna się od zdania: „Kiedy u schyłku zimy zdałem sobie sprawę, że nie potrafię już marzyć, doprowadziło mnie to do przykrego wniosku, iż musiałem niepostrzeżenie przekroczyć granicę między wiekiem dojrzałym a starością”. Niezły punkt wyjścia, prawda?

Dobra to będzie opowieść – pomyślałem sobie po pierwszych stronach – skoro zaczyna się gdzieś, gdzie powinna się kończyć, po życiu w prawdzie bujnym, ale zmierzającym dość wyraźnie ku ślepej uliczce porażki i rozczarowania. Rzecz jasna zrzuca autor na głowę nieborakowi Deutschowi swego rodzaju „zbawienie” czy też „gwiazdkę z nieba” – chodzi o spadek po jakimś odległym, nieznanym krewniaku z dalekiej przeszłości. Wystarczy tylko skompletować odpowiednie dokumenty i cieszyć się małą fortuną, prawdziwe deus ex machina i to już w pierwszym rozdziale! Jako czytelnik przebiegły i zmyślny, nie dałem się rzecz jasna zwieść i przewidziałem, że zdobycie wszystkich koniecznych papierów okaże całkiem rozległą przygodą (sugerował to z resztą fakt, że miałem przed sobą jeszcze pięćset stron do końca).

Pierwszą przeszkodą na drodze ku szczęściu jest konieczność wyrwania się z rytmu codzienności – gromadzenie informacji i swoiste śledztwo musi iść bowiem w parze z ponurą i wyczerpującą pracą, w międzyczasie na głowę bohatera zwalają się też problemy jego córki, a odnawianie starej, szkolnej znajomości, okazuje się być cięższym, niżby się chciało, kawałkiem chleba. Zmęczenie, gonitwa i stres sprawiają, że kolejne wątki opowieści otrzymujemy w postrzępionych fragmentach, bo ilekroć bohater zacznie działać, musi ruszać na dyżur, którego monotonia staje się pretekstem do rozkopywania przeszłości, które też kończy się wraz z końcem zmiany, potem trzeba to wszystko odespać i działać możliwie szybko, bo zaraz cykl się zamknie i przyjdzie kolejny dzień pracy! I tak czytając tę poszarpaną opowieść, zdałem sobie nagle sprawę, że to dokładnie tak wygląda, chyba dla każdego i każdej z nas – lwią część mojego życia wypełniają obowiązki, puste przestrzenie między nimi szczelnie wypełniam tęsknotami za tym, co było i mrzonkami o tym, co mogłoby być, ale co nie jest; są jeszcze potrzeby podstawowe: sen, jedzenie, czytanie, nagabywanie panien nieznajomych. Ale gdzie jest to moje życie właściwe, za którym przecież z jednej strony tęsknię, z drugiej zaś wciąż go wyglądam – wydaje się być za mną i przede mną, wszędzie tylko nie tu i teraz. Siedzimy w labiryncie z rupieci, obowiązków i codzienności moi drodzy, a nici nie ma, bo Ariadna albo była i sobie poszła, albo chcielibyśmy, żeby się dopiero pojawiła, ale jak na złość pojawić się nie chce, może idzie jaką drogą okrężną, a może dała sobie już spokój, nie wiadomo. Mocne braterstwo z Deutschem-nieborakiem odczułem. „Żeby tak spotkać Elę – byłbym ocalony”, powiada Adaś Miauczyński na ruchliwym skrzyżowaniu i wszyscy go rozumiemy.

Ale spokojnie, to nie jest książka o pogrążaniu się i tonięciu. Po tym przytłaczającym etapie warszawskim, zręcznie tkanym z wielu wątków, postaci, anegdot i wspomnień, Deutsch wsiada w auto i zostawia całe to życie za sobą. Musi szukać przodków na wchodzie i południu – i te rozdziały są jak głęboki i spokojny oddech, jak nagła cisza po całym tym wielkim zgiełku. Porwana plątanina opowieści ustępuje nagle klarownym widokom, kłębek historii rozwija się i wiedzie prosto do kolejnych, malowniczych miejsc, do kolejnych, mniej i bardziej życzliwych ludzi, no i rzecz jasna do samego bohatera. Przecież poszukiwanie własnych korzeni i następne, zaskakujące odkrycia w przeszłości własnej rodziny nie mogą wieść nigdzie indziej! Podróż to jest czas magiczny, jak pisał Dukaj w Lodzie i tutaj pięknie się to odmalowuje – Deutsch, uwolniony od nieznośnego rytmu codziennego życia, zdobywający kolejne, coraz bardziej zaskakujące informacje ze swojej przeszłości, spotykający kolejnych ludzi, w końcu żyje tu i teraz i być może odkrywa, że nie jest jeszcze za późno, że życia jeszcze nie przegrał, że być może czeka go jeszcze jakieś dobro, może nawet to szczęście, takie albo inne znajdzie…

Po wyjeździe z Warszawy dzieje się nagle rzecz niezwykła: ciężar opowieści zostaje przeniesiony – do tej pory bohatera otaczał wielki szum, nie pozwalający mu w pełni rozwinąć żadnego wątku, tutaj wszystko się zmienia. Tej nagłej zewnętrznej ciszy towarzyszy gwar wewnątrz bohatera – kolejne kroki w dół drzewa genealogicznego każą zastanawiać się nad własną tożsamością, przodkowie bowiem co i rusz zmieniają wiarę i miejsce pobytu, na samym zaś końcu poszukiwań pojawi się pewna słynna, acz niesławna postać. Wstawanie ze świadomością nowego, nieznanego dotąd brzemienia przeszłości, okaże się być cokolwiek ciekawym wyzwaniem! Poza tym mocno rozwinie się, całkiem skomplikowana relacja z przeszłości. Do tego dojdą też rozterki emocjonalne i uczuciowe, gdy okaże się, że nie wszystkie stające na drodze Deutscha kobiety są mu obojętne i, co ważniejsze, i on też kogoś do siebie jeszcze przyciągnąć potrafi.

Świetna jest ta podwójna rytmika książki, postrzępiona konstrukcja początku, zestawiona z bardziej rozległą i prostą opowieścią, jaką spotkamy w dalszej części (gdzie jednak więcej dzieje się pod powierzchnią) robi wrażenie. Ta bogata przygoda, rozlewająca się na kolejne strony, sprawi że Deutsch wracający do Warszawy, będzie nieco innym Deutschem niż ten, co z Warszawy wyjeżdżał. Czy odnajduje tego nowego siebie w przeszłości, czy w tym, że w końcu może choćby przez kilka chwil pożyć w „teraz”, tego nie wiem. Jest taki moment w książce, gdy przegląda się w lustrze i dostrzega tę zmianę, nie do końca wiedząc kiedy i gdzie nastąpiła. Gdy czytałem książkę, sam również byłem w podróży, jechałem na południe i z powrotem, a jednocześnie w swoją przeszłość i z powrotem, przy okazji pobyłem trochę w „teraz” i nieco głębszy oddech wziąłem, jest więc kolejne z bohaterem braterstwo.

Lekturę książki polecam zdecydowanie, zwłaszcza tym, którzy swoją umiejętność do życia oceniają na średniozaawansowaną i tym, którym się wydaje, że jest już po wszystkim i że zabrnęli w kozi róg. Nawet jeśli lektura na duchu nie podniesie – co może się zdarzyć – będzie przynajmniej kawałkiem zręcznie skrojonego, rozmaitego i ciekawego czytania, a to, samo w sobie, nawet jeśli pominiemy wszystkie walory czające się „między słowami”, jest już chyba dobrym powodem, żeby po nią sięgnąć!

 

Do lektury zachęca i pozdrowienia dołącza brat Wasz i przyjaciel, obrońce sierot i dziewic, niesławny paweł m, syn Marka i Wiesławy!

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *