Type and press Enter.

Lektury uzupełniające #48 Krainy rozkoszy

tytuły: Historia malarstwa we Włoszech; Salon 1824; Rzym, Neapol, Florencja; Przechadzki po Rzymie, Pamiętnik turysty;  autor: Stendhal

Ten „Wybór z pism różnych” Stendhala wydał PIW w 1965 roku. W nakładzie 8 tysięcy egzemplarzy. Mój egzemplarz kupiony w antykwariacie ma dedykację dla miłej i grzecznej Iwonki co, zakładając, że nie podarowano dorosłego tomu małemu dziecku, jest uroczym świadectwem historii obyczaju. Miał też nierozcięte strony, co w przeciwieństwie do historii mogłam naprawić.

Pozostałe 7999 egzemplarzy czeka gdzieś na półkach i w antykwariatach (bardzo tanio). A ja chciałam namówić Państwa do lektury. Wola wydawcy znakomicie połączyła tu różne stendhalowskie „prawie dzienniki”. Dają one zaskakująco wyraźny obraz innego świata, fascynującego i nie mniej obcego niż najbardziej fantastyczna literatura. Wyłania się z nich i sam Stendhal czyli właściwie Marie-Henri Beyle, niezamożny francuski mieszczanin, który na nagrobku kazał sobie wyryć Mediolańczyk. Miłośnik sztuki, salonów i Napoleona, autor arcydzieł, które dotąd czyta się wspaniale, w swoich czasach nieceniony i niedoceniany, pierwszy „egotysta” (jak pisze Boy: termin jest poniekąd  Stendhala wynalazkiem), który prawie nigdy nie pisze o sobie, tylko uparcie, wciąż na nowo, próbuje zrozumieć i uporządkować świat.

Wybór otwiera przedziwna „Historia malarstwa we Włoszech”, w której tak naprawdę niezbyt wiele jest o malarstwie. Za to dostaniemy wykład stendhalowskiej filozofii piękna, rozważania o temperamentach (kilkanaście stron bardzo serio o atletach(!), melancholikach, sangwinikach, flegmatykach i cholerykach – tu jako żółciowcy), dobrym wyglądzie (to także temat potraktowany niezwykle poważnie – cały wykład filozofii życiowej elegancji). O dziwo czyta się to dobrze. Zresztą może to wcale nie jest zaskakujące. Stendhal jest przecież mistrzem stylu precyzyjnego, oszczędnego, unikającego epitetów. Myśli jasnej, ironicznej, takiej którą łatwo się śledzi. Dopiero na samym końcu „Historii”, wreszcie w temacie sugerowanym przez tytuł, rozdział poświęcony Michałowi Aniołowi, ze szczegółowym opisem Sądu Ostatecznego (era przedfotograficzna) i ciekawostkami o fresku (pomyłka Michała Anioła czyli święty Błażej pochylony nad świętą Katarzyną!). Stendhal zachwyca się i … broni Buonarrotiego przed krytykami. To bardzo interesujący kontrast z epoką dzisiejszą, w której muskulaturę postaci u wielkiego Włocha oraz właściwie wszystkie cechy jego stylu nauczyliśmy się przyjmować bez zastrzeżeń. (Mam taki album poświęcony twórczości  Michała Anioła, którego autor najzupełniej poważnie nazywa jedną z sylwetek na sklepieniu Kaplicy Sykstyńskiej najpiękniejszym przedstawieniem postaci kobiecej dojrzałego renesansu. To oczywiście piękny wizerunek, ale to przecież Michał Anioł! Jego kobiety jeśli nie są Madonnami mają tyle cech męskich, że trzeba podpowiedzi, żeby się upewnić do której płci przynależą. Jeszcze bardziej uderza mnie sposób pisania o Nocy z grobowca Medyceuszy. Niezależnie od całego kunsztu tej rzeźby, piersi postaci są wyrzeźbione tak dziwnie, że ukłucie fantomowego bólu musi towarzyszyć każdej kobiecie, która na to patrzy – panowie wyobraźcie sobie piękny nagi męski posąg ze zniekształconymi jądrami albo przyciętym penisem. Zdeformowane piersi Nocy to jednak zbyt trywialny temat, żeby historyk sztuki go poruszył. Za to z pewnością wspomni o masce i sowie.)

W” Historii malarstwa” znajdą się też wspomnienia i rozważania o Napoleonie (powracają one w każdej ze stendhalowskich miniatur), sceny z życia Mediolanu, uwagi o Anglikach.

Kolejny utwór wyboru „Salon 1824” jest opisem paryskiej wystawy malarstwa. Ale żeby porównać to wydarzenie i tekst do czegoś współczesnego trzeba analogii filmowych nie malarskich. Były salony, organizowane regularnie od końcówki wieku XVII, prawdziwymi igrzyskami próżności z dziesiątkami tysięcy publiczności. Toteż bliżej „Salonowi” do relacji z Cannes niż z muzeum. Dostajemy reportaż z masowego wydarzenia kulturalnego (tysiąc stu pięćdziesięciu dwóch artystów) i jest on dziełem dziennikarza zaangażowanego, ironicznego, i trochę zniesmaczonego miernotą i zastojem w ulubionej dziedzinie sztuki/rozrywki. Piętnującego publiczność przekonaną o swym wyrafinowaniu choć w rzeczywistości złaknioną rozrywki łatwej (więcej tego samego).

Zapewne literacko nie jest najlepszą część tego wyboru, a dla współczesnego czytelnika za dużo tu zbyt szczegółowego rozprawiania o marginalnych dziełach. Ale nawet pomyłki w ocenie talentu twórców są bardzo interesujące. Czasem też bardzo charakterystyczne, np. gdy Stendhal wymienia pięciu obiecujących młodych malarzy francuskich, bardzo chwaląc dwóch, z których, dziś już to wiemy, żaden nie przebił się do westybulów, foyer czy innych przedpokojów Panteonu, za to czwarte miejsce w tej wyliczance przyznając Eugeniuszowi Delacroix, z poświęconym mu jednym zdaniem.

Jednocześnie to właśnie ten tomik najsilniej prowokuje pytania jak najbardziej współczesne i dotykające każdego twórcę czy miłośnika sztuki: czym w ogóle jest piękno, jak bardzo jesteśmy subiektywni, ukształtowani modą, czy w ogóle możemy mówić o swoim guście? Co albo kto, kształtuje trend  w sztuce? Jak wielkie znaczenie ma osobowość albo ilość dzieł (kategorie całkowicie pozaestetyczne), żeby twórca został uznany za istotnego?

Kto zwiedzał Bazylikę Świętego Piotra ten pamięta może anegdotę, że wisząca tam niegdyś Ostatnia Komunia Św. Hieronima Domenichina (obecnie jak większość płócien z Bazyliki w Muzeach Watykańskich, w świątyni zastąpiły je mozaikowe kopie) przez dwa stulecia uchodziła za najpiękniejszy obraz świata. Dziś wielu wykształconych Europejczyków zapyta: kto to był Domenichino? Zaś sam obraz to jeden z tych, na które patrzę i od razu je zapominam. Stendhal to człowiek epoki, którą to płótno zachwyca. Co ciekawe dla Stendhala, racjonalisty o światopoglądzie ateistycznym, istotna jest historia, którą opowiada „Komunia”, wyrazistość  moralnego przesłania. Dziś nawet człowiek głęboko wierzący niezwykle rzadko odbiera dzieło malarskie jako medium przekazujące konkretną naukę.

Stendhal często wspomina i odwołuje się do „Gwida” (we wszystkich utworach wyboru). Nawet gdyby trochę ułatwić i pominąć spolszczenie imienia Guido, trzeba sporo wiedzieć o malarstwie żeby zorientować się, że chodzi o Guido Reniego. Dla Stendhala ten Guido jest jak dla nas Leonardo. Starczy imię, wielki Gwido był tylko jeden. Zachwyt Stendhala wobec dzieła bolońskiego malarza jest czymś bardzo charakterystycznym dla romantycznej, egzaltowanej i , co tu dużo mówić, osobliwej wrażliwości. Wielki Gwido potrafił na sto sposobów namalować piękne oczy wznoszące wzrok ku niebu – sam upatrywał w tym powód do chwały. Jego pucułowate święte udowadniają to w największych muzeach świata. Jedno z arcydzieł Gwida „Atalanta i Hippomenes” wisi w neapolitańskim Capodimonte. Dwa lata temu stałam przed nim zafascynowana i porażona (to chyba właściwie słowo) myślałam: jaki okropny obraz, jak niezrozumiałe względy powodują, że ktoś poświęca talent by namalować coś takiego. (Stendhal zachwyca się tym obrazem, choć akurat nie w „Salonie”.) I nie twierdzę tu, broń boże, że moja recepcja jest słuszna a Stendhala wadliwa.

Stendhal ma w tym dziełku ambicje stanąć opinii publicznej ością w gardle. Przedstawić relację możliwie najszczerszą, nie ulegając żadnej zewnętrznej presji. Ogląda wystawę bez katalogu i nazwisk twórców, starając się przejrzyście wytłumaczyć co i dlaczego się mu podoba albo nie. Wyłania się przed czytelnikiem człowiek, którego czasem trudno lubić, bo to czego wymaga od sztuki, jest współcześnie niezrozumiałą tyranią jedynie słusznych kategorii:

– Piękne głowy (a głowy na obrazach powinny być piękne) muszą mieć greckie czaszki (cokolwiek to znaczy): „Na obrazach Caminade’a są ładne dzieci, ale czuje się, że gdy dorosną, staną się brzydkie. To także wynika z tego, że kości czaszki mają kształty kałmuckie.”

– Chwali krajobrazy Johna Constable’a ale zarzuca im zbytnią pospolitość – swojski krajobraz za oknem nie powinien być tematem działa sztuki, malować należy miejsca najpiękniejsze na świecie (np. widoki Jeziora Genewskiego)

– Zadaniem portretu jest przypominać o wielkich cnotach przodków.

Trudno oprzeć się wrażeniu, że Stendhal chce tym „pięknem” naprawić i uporządkować świat. Stendhal w młodości (1812, miał 29 lat) przeszedł z armią Napoleona drogę do Moskwy. Potem stamtąd uciekał. Doświadczył piekła mrozu, głodu, chaosu. O tych przeżyciach wspomina zdawkowo (swoją drogą szkoda, tak jak szkoda, że jego rękopis książki o Napoleonie zaginął). „Salon 1824” napisał człowiek, który bardzo stanowczo wybrał kim chce być. I który postanowił odciąć się od tego, co w życiu ohydne. (I wiem, że tłumaczenie wszystkiego biografią to łatwa pokusa.)

Ta krótka proza jest wielkim kotłem błędnych przekonań, niespełnionych proroctw, źle ukierunkowanych poszukiwań. Dodajmy do tego cechę wyjątkowo rzadką czyli niezłomne trwanie w szczerości i tę rzadką trochę mniej czyli świetne pióro. Razem tworzy to niezwykle interesujący koktajl. Może to jednak jest wielka literatura.

Kolejny tytuł „Rzym , Neapol, Florencja” kryje mniej niespodzianek. Zachwycające anegdoty neapolitańskie po raz kolejny pokazują, że miasto u stóp Wezuwiusza w niezrozumiały sposób trwa poza czasem, z ukształtowanym charakterem, który nie chce ulec tyranii powszechnej zmiany. Świetna jest historia spotkania z Rossinim (Gioacchino Rossini i Antonio Canova to twórcy współcześni Stendhalowi, których podziwiał, poznał, a ich nazwiska regularnie powracają na kartkach wyboru), teatrzyku marionetek (o tych satyrycznych przedstawieniach wspomina też ponad sto lat później Lewis w „Neapolu ’44”), bandy Niezależnych z ich bonami żywnościowymi dla biednych (realizowanymi przez bogaczy).

Tutaj znajdziemy opis emocji jakie towarzyszyły Stendhalowi kiedy zwiedzał Florencję i które stały się podstawą wyrażenia „syndrom Stendhala”: Osiągnąłem ten stopień wzruszenia, w którym cudowne doznania jakie dają sztuki piękne, graniczą z namiętnością. Kiedym wychodził z Santa Croce, serce waliło mi jak młotem, co nazywają w Berlinie zdenerwowaniem. Życie się we mnie wyczerpało, szedłem z lękiem, że upadnę.

Można uznać to za zabawne, lepiej przeżyć coś przybliżonego.[i]

Niejako poza tytułem jest tu całkiem sporo Mediolanu i Bolonii, z rzeczą charakterystyczną dla Stendhala czyli fascynacją arystokratycznym salonem. Jest w tej fascynacji sprzeczność , którą dostrzega i sam Stendhal, człowiek przecież niezamożny, nie cierpiący hipokryzji i próżności, demokrata (ciągły zachwyt dla największego jego zdaniem osiągnięcia cywilizacji – czyli dwuizbowego parlamentu). Znowu dużo rozważań o Napoleonie i jego wkładzie w rozwój cywilizacji. Wyśmienite anegdoty popierają tezę o różnicach między charakterami mieszkańców różnych regionów Włoch (czyli znowu porządkowanie i klasyfikowanie), np. wstrząsająca, krótka historyjka z poboru do wojsk napoleońskich w Toskanii. O Rzymie więcej będzie w oddzielnym tomie, ale i tu dostaniemy bardzo ciekawy opis Bazyliki Św. Piotra i procesji z udziałem papieża.

Pięknym konceptem z tego właśnie tomiku jest „patriotyzm przedpokojowy”. Czyli miłość ojczyzny manifestowana pochlebstwem, nieważne wobec rządzących, czy rządzonych. ( Zaś pochlebstwo  to flirt łajdaka z durniem.)

Stendhal a sprawa polska: „Rozmawiałem o Ludwiku XIV z hrabią K…,najbardziej uroczym Polakiem jakiego spotkałem, a to niemało powiedziane.” Tutaj następuje historia pewnego szlachcica spod Rygi, którą również gorąco polecam.

Stendhal i feminizm: ” Aby osiągnąć równość, źródło szczęścia dla obu płci trzeba, aby kobietom wolno było się pojedynkować: pistolet wymaga tylko zręczności.”

Stendhal i przyszłość sztuki: „Perłę wydobywa się z chorej muszli. Odkąd zmierzamy do rządu opinii publicznej, rozpaczam nad sztuką, ponieważ budowanie Świętego Piotra będzie niedorzecznością w każdej możliwej okoliczności.”

Oczywiście prozy Stendhala nie przypominają przewodników. Architekturze i dziełom sztuki poświęca mniej miejsca niż ludziom, polityce i obyczajom. Takie są i „Przechadzki po Rzymie”, relacja z pobytu w wiecznym mieście w roku 1829. Był to rok w którym spłonęła Bazylika Św. Pawła za Murami[ii] i w którym zmarł papież Leon XII. Zwłaszcza szczegółowy opis czasu konklawe, atmosfery wyczekiwania rzymskiej ulicy, wyścigów w zdobywaniu informacji będzie prawdziwą gratką dla wielbicieli historii obyczaju. Interesujący jest komentarz do procesu Laffargue’a (nieszczęśliwie zakochanego głupca, który zabił obiekt-przedmiot swoich uczuć) – wydarzenia, którym żyła francuska ulica. W wyborze znajdzie się jeszcze jeden opis podobnego procesu i co charakterystyczne obydwa razy opinia publiczna staje po stronie winnego. Podobne romantyczne fundamenty ma historia z klasztoru w Catanzara. Stendhal realista i romantyk jednocześnie opisuje wszystko z chłodnym obiektywizmem. Te obyczajowe miniatury to bardziej zalążki powieści niż anegdoty. Są one i straszne, i smutne, i przewrotnie komiczne.

„Przechadzki po Rzymie” są chyba najbardziej znanym utworem z zebranych w tej książce.

 „Ksiądz C… opowiadał nam dziś wieczór o Rzymie swej młodości. Był rok 1778 (…) Prawie całe mieszczaństwo nosiło strój duchowny.

Aptekarz, który miał żonę i dzieci i nie ubierał się jak ksiądz, narażał się na utratę klienta w osobie swego sąsiada kardynała. Taki strój był niedrogi i wielce szanowany, bo mógł ukrywać jakiegoś możnego człowieka. (…) Wszędzie było więc widać same czarne stroje.”

„Ten rys[iii] przypomina dziecko z dobrego domu, które powiedziało matce, iż Ludwik XVII był walecznym królem. Gdy zaczęto dziecko wypytywać, odkryto, że w książkach historycznych pochodzących z kolegiów jezuickich Napoleon jest przedstawiany jako zdolny generał, któremu Ludwik XVIII powierzył dowództwo nad armią”

I próbka z myśli zawsze aktualnych:

Zima jest wszędzie jak starość. Może mieć mnóstwo środków zapobiegania i zaradzania złu, ale zawsze to zło; ten, kto widział kraj rozkoszy jedynie w zimie, nigdy nie potrafi go sobie dobrze wyobrazić.

„Wolność nakazuje wyrazić własne zdanie wielu uczciwym ludziom, którzy nie mają czasu wyrobić sobie żadnego zdania.”  

Zamykający wydanie „Pamiętnik turysty” jest jedynym utworem nie poświęconym Italii. Tym razem Stendhal wciela się we francuskiego kupca żelaznego, dużo podróżującego po swojej ojczyźnie. Nie jest to jednak powieść, ale właśnie dziennik, choć jej autor przydał narratorowi kilka fikcyjnych rysów. I tu mamy elementy współczesnego przewodnika; opisy miejsc, zachwyt dla przyrody i zabytków (albo wytykanie ich niedostatków). Zwiedzać będziemy Francję południowa wschodnią (Stendhal urodził się w Grenoble): dolinę Rodanu, Alpy, Prowansję oraz Szwajcarię. Mnie zachwyciła Marsylia czasów Stendhala.

W „Pamiętniku turysty” przeważają jednak rozważania o polityce i moralności. Problemy współcześnie dobrze zdefiniowane i przeanalizowane ze wszystkich stron w pierwszej połowie XIX wieku nie miały nawet swoich nazw. ( Jak pisze Bauman, rewolucja francuska zmieniła świat, a język za tym nie nadążył). Niezwykłe jest, że Stendhal nie tylko potrafił je wyodrębnić, ale i wskazywać przyczyny i długoterminowe konsekwencje. Zajmuje się demokracją, populizmem, konsekwencjami prawa wyboru dla rozwoju społeczeństw. Czasem brzmi wręcz proroczo:

nasza wolność nie ma innej gwarancji oprócz gazety”  [dziś napisalibyśmy wolnych mediów]”  ale skoro to kreowana przez media moda decyduje, co nam się podoba „może właśnie w ten sposób wolność zabije kiedyś literaturę i sztukę.”

Oczywiście teraz od czasu do czasu narzekamy tak wszyscy, Stendhal napisał to w 1837 roku.

Przerażający jest opis edukacji dziewcząt w dobie Restauracji, we Francji całkowicie zdominowany przez klasztory [iv] ;  znakomity wywód o źródłach sukcesów angielskiej armii:

” Jeśli zniesiecie, panowie chłostę, będziecie musieli mianować oficerami żołnierzy, którzy się dobrze sprawują(…) Gdy żołnierze przestaną się bać trzeba będzie dać im nadzieję, bo bez jednego lub drugiego z tych bodźców nic nie da sie zrobić. (…) Jeśli mianujecie oficerem żołnierza, który się wyróżni cały obecny system runie. Nasza armia nie myśli, to jej główna zaleta.

Stosując chłostę, gdy się nadarzy okazja, i dając dobry wikt na co dzień, zrobicie z armii angielskiej armię doskonałą.”

Czasem najciekawszy obraz dają pozornie drobne uwagi: Przybyłem do Vienne okropną drogą, pełną wyboi i dziur. (…) Na tej drodze pada mnóstwo koni co widać po smutnych szczątkach.” albo „Byłem kiedyś świadkiem zawalenia się mostu, na którym się znajdowałem; ponieważ tylko trzy osoby poniosły śmierć, wszyscy natychmiast zaczęli dziękować Bogu za jego dobroć.” , i najbardziej opaczna, smutna i urocza refleksja w całym wyborze: „Z drugiej strony koleje żelazne uniemożliwią wojny, za bardzo by ucierpiały interesy sąsiednich narodów.”

Żyjemy w czasach pisania osobistego, internet jest jego niekończącym się podajnikiem. Nie narzekam. Nasze recenzje i eseje statkowe są dzieckiem tego trendu. Ale warto przypomnieć kogoś kto dwieście lat temu tak egotycznie przetrawiał wszelkie doświadczenie, jakimś cudem (który tak właściwie był wielkim, świadomym wysiłkiem) nie kłamiąc przy tym, nie błaznując, nie wybielając się i nie popadając w egzaltację. Dla mnie te prozy były olbrzymią przyjemnością. I choć rozpisałam się tu straszliwie i tak nie ujęłam połowy rzeczy, które mnie zafrapowały.

 

Wszystkim, którzy dotrwali do końca tego tekstu, bardzo dziękuję za zaufanie.

Agnieszka Ardanowska

 

 

[i] Na spacerze w  Wenecji (zwłaszcza gdy wcześniej przeczytaliśmy Znak wodny Brodskiego), gdy mgła osiada na placu Św. Marka a arkady budynków Prokuracji naprawdę biegną w nieskończoność, albo w Galerie dell’Academia, gdzie  specjalnie pod Dawida wybudowano pomieszczenie i teraz stoi, fenomenalnie wyeksponowany, pod kopułą, na końcu alei wzdłuż której wyłaniają się z kamienia jeńcy z niedokończonego grobowca Juliusza II. Na wzgórzu Kapitolińskim, gdy właśnie przecięliśmy zaprojektowany przez Michała Anioła plac, minęliśmy źle siedzącego na koniu Marka Aureliusza i nieetruską wilczycę (oryginały wewnątrz) i patrzymy z góry na ruiny Forum Romanum. Łatwo jest podzielać stendhalowską miłość do Włoch.

[ii]Byłem u Świętego Pawła nazajutrz po pożarze. Znalazłem w nim surowe piękno i takie piętno nieszczęścia, jakie w sztukach pięknych przypomina jedynie muzyka Mozarta. Wszystko wokoło przedstawiało grozę i zamęt nieszczęśliwego wydarzenia; w kościele leżały stosy czarnych, dymiących, na wpół spalonych belek; duże odłamki popękanych od góry do dołu kolumn groziły runięciem za najlżejszym wstrząsem. Rzymianie, którzy zapełniali kościół byli przybici.

To był jeden z najpiękniejszych widoków, jakie kiedykolwiek oglądałem.”

[iii] za czasów Napoleona i na jego rozkaz rozpoczęto zakrojone na szeroka skalę prace archeologiczne odsłaniające forum Trajana -u Stendhala jako bazylika – a jako, że w czasach Restauracji Napoleon nie mógł się kojarzyć z niczym pozytywnym, wiele przewodników zaczęło w ogóle pomijać istnienie zabytku.

[iv] na ziemiach polskich nie było wcale lepiej o czym można poczytać np. u Anny Kowalczyk w „Brakującej połowie dziejów”.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *