Type and press Enter.

APOKRYFY ŚWIĘTYCH I CZARTÓW POLSKICH, XSIĘGA TRZECIA / DIABEŁ SPOD NIEBA

Różne rzeczy się widziało, wędrując po tej krainie polskiej. Raz w jednej wsi, ale to było dawno, już niewielu pamięta, żył chłop Diabłem spode Nieba zwanym. Ród jego zamieszkiwał Kraków, a gadano, że on sam nauki pobierał i w Wittenberdze i w inszych europejskich miastach, gdzie po łacinie mówili, bo polskiego ponoć jeszcze nie znali. Ale do rzeczy.

Tenże Diabeł spod Nieba przydomek odkarczemny miał, bo popod domem uciech pomieszkiwał. Choć uczony, za żonę prostą dziewkę, córę właściciela szynku wziął. Dobrze im się żyło razem. Tak po prawdzie nikt z tubylców nie wiedział, co Diabeł porabia całymi dniami. A prawda taka, że w księgach siedział, tyle wiem na pewno, a czy je przepisywał, czy jakie własne rysował, Pan Bóg raczy wiedzieć. Tyle jeszcze wiem, to prawdę mówię, że mu ta żona młodo obumarła i w żalu wyniósł się poza miasto, gdzie wiódł żywot schorowanego anachorety. Jak kto niedomagał – przynosili; jak baba dziecka chcieć nie chciała – przychodziła; jak trza było doradzić, czy cielaka ubić, czy wyzdrowieje – doradził, a nikomu krzywdy nie wyrządził.

Aż pożar przyszedł w miasto. Długo już tu mieszkam, to wiem, po kim powtarzać, kto prawdę gada, a kto potwarza bez namysłu. I tak Hela hafciarka przekazała swojemu chłopu, że podejrzenie padło na Diabła, a ten chłop jej w austerię zaniósł wieści. I jak się to zaczęło! Zarżnięte koty mu w podwórko podrzucali, kamieniami prali, kto przechodził i spluwali bez lewe ramię, jak na szatana się spluwa, żeby spłonąć w piekle miał. Wiem, bo sam tam byłem. W końcu rozeszła się prawda najohydniejsza, aż wstyd powtarzać, ale prawda stokrotna, uradzona przecie wspólnie całym zborem – Diabeł swoimi księgami życia biednej Olgi pozbawił! Postanowiono wypędzić monstrum z miasta, niech czeźnie gdzie pod lasem w nędzy.

Ruszyliśmy tłumnie, co kto miał pod ręką, to brał. Jeden kosę, drugi nożyk, trzeci procę. Baby mokre ścierki niosły, kowale obcęgi i tak dalej. Sam żem niósł na przedzie słowo; gadali my nieprzerwanie: wiadomo, że Diabeł nie dość, że Olgę piękną i dobrą zabrał, to jeszcze pożar na miasto przywlókł i podobno że w Suchodołach krowa na wiosnę zdechła. Tego za wiele! Mówilimy jeden przez drugiego w drodze o krzywdzie, co ją nam wyrządził.

Gdy my zaszli, ten już wisiał. Przecie nie po to, żeby go huśtać. Podnieśliśmy wiwat, okrzyk szedł do nieba, że myśmy się parszywca pozbyli, a nie na naszych rękach krew jego. Samobójcę nie na cmentarz nosić, jemu sążeń ziemi na niepoświęconej ziemi to za dużo. Tam go zakopały łachmaniarze miastowe za bochen chleba i litr piwa.

No i Diabeł spode Nieba poszedł w błękit, a gdy święty Piotr zobaczył sznur z jęzorów upleciony, pokorniuchno głowę skłonił: „Tam jest Panbok, on cię schroni”.

spisał psubrat Marcin.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *