Type and press Enter.

DRUGI LEM

W czytelniczych rozmowach, zwłaszcza tych, w których głośno pobrzękuje fantastyka, prędzej czy później pada pytanie o to, czy gdzieś wśród współczesnych autorów kryje się tak zwany „Drugi Lem”, ktoś, kto dorównywałby staremu mistrzowi warsztatem, wyobraźnią, wiedzą, wszechstronnością albo pracowitością, a najlepiej wszystkimi tymi rzeczami na raz. Potem idzie analiza, że ten albo tamten może i nadawałby się do tego miana, bo język ma piękny i wyobraźnię bogatą, ale nowe książki wydaje raz na kilka lat. Jakiś inny, wykazujący się z kolei niebywałą częstotliwością, wyobraźnią, a nawet humorem, pisze błyskotliwie i zabawnie, ale nigdy genialnie. Są też tacy, którzy nie piszą ani często, ani dobrze, oraz tacy, którzy nie piszą wcale (choć tych ciężko w poczet pisarzy wliczać).

Tak więc wszystkie rachunki prowadzą do wniosku, że Drugiego Lema póki co albo nie ma, albo jest i nie pisze. Ale czy jest nam on tak naprawdę potrzebny? I czy dałby sobie dzisiaj radę równie dobrze, jak jego poprzednik, Lem pierwszy? Niech te gdybania rozpoczną się od rzeczy podstawowej – wyobraźmy sobie, że Drugi Lem istnieje, że jest kobietą lub mężczyzną, wiek nieokreślony, pochodzenie i region także, pisze i wydaje jak szalony, a wszystko, czego dotyka, zamienia się w złoto.

Kim jest Drugi Lem?

Drugi Lem wstaje bardzo wcześnie rano, to jest o czwartej albo piątej, to zależy od pory roku, bo letnie i zimowe zmiany czasu ma w głębokim poważaniu, jest układem na tyle precyzyjnym, że takie sztuczne przeskoki wprowadzają spore zaburzenia w jego funkcjonowaniu, co wyszło na jaw już w wieku szkolnym. Gdy Drugi Lem wstanie i ma już za sobą ablucje i posiłek, zasiada do pisania. Pisze w piwnicy, a po przeprowadzce do większego domu, w garażu. Pisanie to jest tworzenie rzeczy nowych, których wcześniej w świecie nie było, ma zatem zawsze charakter inwazyjny, ma w sobie coś z wtargnięcia i żeby to podkreślić i wzmocnić, powinno się pisać w przestrzeniach do pisania nie przeznaczonych.

Drugi Lem pisze średnio półtorej książki rocznie, co oznacza, że w lata nieparzyste wydaje jeden tytuł, w lata parzyste zaś dwa. Czasem w porywie ducha, zazwyczaj w latach przestępnych, wyskakuje z dziełem nadliczbowym. W piwnicy (potem zaś w garażu) ma wielkie koło, którym, zanim zacznie nowe pisanie, kręci losując w ten sposób, czy będzie zaczynał powieść, opowiadania, miniatury, bajki czy eseje. Tą metodą niemal za każdym razem czytelnicy dostają coś innego, coś świeżego, Drugi Lem zaś pisze ciągle inaczej.

Proces pisania trwa do popołudnia – jest to godzina piętnasta albo szesnasta. Gdy klawiatura odpoczywa, twórca pracuje jeszcze goręcej, pozostały czas poświęca na czytanie wszystkich możliwych artykułów naukowych i popularnonaukowych, głowa jego wciąż musi być napełniana, bo z pustego nalać nie dałby rady ani Salomon ani Drugi Salomon. Dzięki temu ustawicznemu napełnianiu Drugi Lem może w każdej chwili rozpocząć pisanie kolejnej, zupełnie świeżej, przełomowej i aktualnej książki. Ostatnią godzinę przed snem spędza na spisywaniu pomysłów pojawiających się w trakcie tego napełniania. Musi też stale weryfikować, na ile realne są jego przewidywania, czy któraś z poprzednich książek przypadkiem nie wyprzedziła jakiegoś odkrycia i tak dalej i tak dalej. Na co komu futurolog, który chybia?

Autor przyznaje, że być może nie będzie w stanie utrzymać tego tempa pracy aż do śmierci (chyba że byłaby to śmierć przedwczesna), podkreśla ogromną ilość wyrzeczeń na które stale zdobywać się musi, by pozostać we właściwym tempie, by móc spełniać wszystkie warunki dla bycia Drugim Lemem. Bo żeby być Drugim Lemem nie wystarczy powtarzać osiągnięć i natężenia pracy tamtego – trzeba je przewyższać, bo praca Lema, poza tym, czym jest sama w sobie, przez ostatnie dekady dodatkowo urosła i gdyby ktoś poświęcił życie na zbudowanie porównywalnego wielkością dorobku, przez współczesnych i tak nazwany zostałby karłem, uzurpatorem próbującym zyskać możliwie wielką popularność na trzymaniu się miana spadkobiercy mistrza. Dopiero kolejne pokolenie mogłoby dokonać odpowiednich i sprawiedliwych porównań. Nie ma jednak co czekać na kolejne pokolenie, pracę trzeba wykonać już dziś, Drugi Lem zrezygnował tedy z wakacji i urlopów i nie zdecydował się na zakładanie rodziny. Trzeba wstawać i pisać.

Czy czekanie na Drugiego Lema jest humanitarne? Jak przetrwać będąc Drugim Lemem?

Modły w intencji pojawienia się Drugiego Lema wynikają przede wszystkim ze starego dobrego poglądu, który streścić da się w stwierdzeniu „kiedyś to było! Teraz to nie jest!” i o ile pogląd ten jest zazwyczaj nieszkodliwym gadaniem, o tyle w przypadku literatury jest w nim trochę prawdy. No bo przecież nietrudno zauważyć, że zamieniliśmy literaturę w produkt, tak, że tryumfy na księgarnianych półkach święci niekoniecznie lepsza książka, ale właśnie ta, która sprzeda się lepiej – lepiej opakowana, zareklamowana, lepiej trafiająca w trendy. Jednym słowem ta, która pokaże dupę. Ale rynek książek i to, co się sprzedaje, a co nie, to jest osobny temat, wracamy do Drugiego Lema.

Wyżej wymieniony pogląd sprawiałby, że Drugi Lem, w oczach czytelników zawsze byłby gorszy niż Lem pierwszy – nawet jeśli byłby lepszy, bycie nim równałoby się zatem z byciem Don Kichotem i polegałoby na walce z wiatrakami. Kultura działa chyba trochę jak odwrócona technologiczna osobliwość – osobliwość literacka polegałaby na tym, że to, co już znamy, zawsze będzie lepsze niż to, co przychodzi po tym, a im dalej sięgamy im mocniej ugruntowujemy się w swoich gustach, tym większą jest ta przepaść. I taki Drugi Lem, chcąc przebić się przez nią, musiałby ustawicznie walić głową w mur w nadziei rozwalenia go, każde kolejne podejście musiałoby być nie tylko nowym rekordem życiowym, ale też nowym rekordem świata – inaczej po każdym potknięciu dostawałby łatkę uzurpatora.

Najlepszym dla Drugiego Lema byłoby więc pisanie do szuflady i to szuflady pancernej. Taką szufladę można potem zapisać w testamencie i nakazać potomnym wydanie – wówczas ominie się wszystkie nieprzyjemności wynikające z obcowania z piśmiennymi bliźnimi. Pozostaje, w najgorszym wypadku, przewracanie się w grobie.

Dlatego apel z mojej strony. Kochany, cudowny, piękny Drugi Lemie! Jeśli gdzieś tam jesteś i zamierzasz pisać, to pisz proszę do szuflady, serio – szkoda życia. W sumie wyjściem byłoby też pisanie jako ktoś inny, jakieś wycieczki gatunkowe, które uspokoją i uśpią wygłodniały tłum. Może damy się nabrać i uznamy, że to jest drugi Conrad, Miłosz, albo jakiś inny Sienkiewicz. Dla niepoznaki na zakupy można zakładać okulary z wąsami i sztucznym nosem, przebierać się jakoś, mówić jak Batman u Nolana ochrypłym głosem i wzbogacać język jakimiś niechlujstwami, nikt się nie pozna.

Cięcie na koniec.

Dużo tej pisaniny, jeszcze parę zdań i będzie za dużo na statkowe akapity, a przydałby się jeszcze jakiś poważny pomyślunek nad tym, czego oczekujemy od fantastyki i w jakim stopniu odpowiadamy za jej poziom. Ale to nie dzisiaj i nie tutaj, sił już nie ma na poważne miny, piszę to w nocy trzeba iść spać. Zostawiam Was z wyobrażeniami o Drugim Lemie, który jest gdzieś między nami, ukrywa się w warzywniaku, a gdy wraca do domu patrzy w lustro i oddycha z ulgą, bo zdaje się, że jednak nie jest potrzebny. Jutro będzie mógł się wyspać, obejrzeć serial i zacząć pisanie swojej pierwszej, słabej książki.

Dobranoc (albo dobrego dnia!), misie-pysie,
niesławny paweł m, syn Marka i Wiesławy.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *