Type and press Enter.

Wiersze podebrane #9 / Tarnina / Herbert

1
Damiana poznałem w późnym dzieciństwie, w czwartym roku zmagań ze szkołą podstawową. Wraz z kilkoma dzieciakami z mniejszej wioski, został wcielony do naszej klasy, większej nagle o tych osiem osób.

I choć go wtedy poznałem, to tak naprawdę nie poznałem go wcale, ani wtedy, ani nigdy później. Damian był kozłem ofiarnym całej klasy, pochodził z mniejszej niż nasza wioski, z rolniczej rodziny, włosy miał rude; banda dziesięcioletnich wyrostków nie potrzebuje więcej powodów dla ustawicznego, wieloletniego dręczenia.

Śmialiśmy się z niego wszyscy, jakimś chorym, gówniarskim obyczajem, prześcigając się w tym, kto ułoży gorszą obelgę, kto dotkliwiej wyśmieje. I ja tam byłem, tani błazen, za wszelką cenę szukający aprobaty w grupie. Musiałem jakoś nadrabiać fatalne wyniki z boiska – to tam ustalała się klasowa hierarchia – gdyby nie kolejne błazenady, byłbym na samym dnie (to nie jest usprawiedliwienie, wręcz przeciwnie).

Często wracam myślą do tamtego czasu. Jak młodzi i jaśni weszliśmy w szkołę, w grupę, między ludzi. Jak badaliśmy się nawzajem, sprawdzaliśmy, co nam imponuje, jak bardzo zależało nam na wzajemnym poklasku, na tym, żeby grupa nas przyjęła. I dziwi mnie strasznie, że najbardziej zależało nam wszystkim na tej grupie najgłośniejszej, w której ktoś komuś czasem da po mordzie, w której mówi się „kurwa”, szydzi z nauczycieli i tak dalej. Skąd była w nas ta nagła, mała potrzeba zła? Przecież mieliśmy po dziesięć lat i do tej pory zajmowaliśmy się prawdziwie ważnymi sprawami i pasjami. I robiliśmy to w czysty, piękny i naiwny sposób. Ja wymieniałem wszystkie planety Układu Słonecznego, ich księżyce, odległości od Słońca, szacowane masy…, ktoś inny znał na pamięć wszystkie dinozaury, kolejny wszystko rozkręcał i wszystkim się ciekawił… Byliśmy gotowym materiałem na astronomów, wybitnych chemików, muzyków, aktorów, archeologów.

A potem nastała ta nasza wiosna, wiosna naszej młodości. Musieliśmy spotkać się razem, stworzyć grupę, znaleźć swoje w niej miejsca, zakładać maski, grać role… i musieliśmy te lata w których imponowało nam to, co nie powinno, jakoś przetrwać. Później, będąc już w szkole średniej, odkryłem z przerażeniem, że ta jasność, z którą wchodziliśmy w dzieciństwo, zgasła w nas wszystkich. Goniliśmy za byle czym, robiliśmy byle co, żeby sobie imponować byliśmy byle jacy. I było już za późno.

I gdy myślę teraz o Damianie, to zauważam zdziwiony, że on nigdy do tej grupy nie próbował się dostać. Jeszcze bardziej dziwi mnie fakt, że on zawsze był uśmiechnięty i pogodny, choć każdego dnia otrzymywał od nas gorzki bukiet dziecięcego koleżeństwa. Nigdy nie klął, nigdy nie palił, nie pamiętam, żeby robił cokolwiek, czego mógłby się dzisiaj wstydzić. Zazdroszczę mu dziś wiosny jego życia. Myślę sobie, że gdybym jeszcze raz mógł przeżyć dzieciństwo, to chciałbym trzymać właśnie z nim, może by mnie to jakoś uratowało.

2
Tarnina. Czwarty wiersz w Elegii na odejście Zbigniewa Herberta, jednocześnie trzeci w tomiku tekst poświęcony roślinie.

wbrew instynktowi życia świętej strategii przetrwania –
inne rośliny z namysłem zbierają siły do skoku
i na czarnych liniach frontu gromadzą pąki przed atakiem –
zanim Prospero podniesie rękę
tarnina rozpoczyna solowy koncert
w zimnej pustej sali

Porusza mnie niesłychanie ten falstart opisany przez poetę. Oto zjawia się tarnina i kwitnie i wybucha pięknem zanim wystartują inni. Ten jej pośpiech można uważać za głupotę: przecież sala pusta, przecież oklasków nie będzie, przecież zaraz zjawią się piękniejsi, silniejsi i gdy cały festiwal ruszy już pełną parą i zagrzmią wiwaty, nikt już nie będzie pamiętał o tym pierwszym, cichym i niewinnym pożarze wiosny.

Ale mimo to tarnina, niezrażona płonie jako pierwsza, gdy inni trwają jeszcze „na czarnych liniach frontu”, pozostają w tyle. I wszystkie te drzewa i kwiaty, ze swoimi pąkami, płatkami i liśćmi, w ostatecznym rachunku, w wielkim festiwalu kwietnia i maja zwyciężą, ale nikt nie zabierze małej dzikiej śliwie tego, że to właśnie ona ogłasza tajemnicę, że kwitnie już w marcu, jeszcze zanim pojawią się liście, płonie kwieciem i oznajmia: idzie wiosna!

i jest
jak piękni młodzi ochotnicy
którzy giną w pierwszym dniu wojny w nowiutkich mundurach
podeszwy butów ledwo zapisane piaskiem
jak gwiazdy poezji przedwcześnie zagasłe
jak wycieczka szkolna zabrana przez lawinę
jak ci co pośród ciemności widzą jasno
jak powstańcy którzy wbrew zegarom historii
wbrew najgorszym przewidywaniom
mimo wszystko zaczynają

3
Wracając do tematów szkolnych. Szkoła średnia była czasem, w którym łuski pospadały nam z oczu. Nagle okazało się, że nie musimy wcale prześcigać się w bezwzględnościach, szyderstwach, okropnościach; zdziwieni odkryliśmy, że możemy znowu być sobą i ludzie wokół nas nie przestaną nas lubić i akceptować. Światło znowu się pojawiło.

Za punkt honoru postawiłem sobie dotarcie do wszystkich tych ludzi, którzy w jakiś sposób przeze mnie ucierpieli, musieli znosić moje okrzyki, żarty i złośliwości. Odnowiłem stare przyjaźnie, zawarłem nowe, pojawiły się kolejne znajomości. I było to w pewien sposób piękne. Mieć szesnaście lat, zdejmować maskę, iść do tych ludzi z całym swoim wstydem, po latach wyśmiewania i obelg przepraszać… i widzieć ich przebaczenie. A potem znać ich i cieszyć się z tych znajomości, bo to świetni ludzie, okazywało się znienacka!

Natomiast jeśli chodzi o Damiana, to nie zdążyłem. Kilkanaście lat temu wsiadł w samochód z ojcem i, gdy wjeżdżali na drogę, wjechało w nich inne, rozpędzone auto. Obaj zginęli na miejscu. Odjechał zatem na dobre. Wziął ze sobą swoje przebaczenie. Ale to jest myśl samolubna, najmniej ważna.

Tak naprawdę ważne jest to, że Damian wziął ze sobą swoją wiosnę, której nigdy niczym nie zmącił. Pogodny, pracowity, cierpliwy, jasny. Zakwitł chyba najlepiej z nas wszystkich. I tę swoją niezwykle piękną wiosnę poniesie już do końca świata. Niczym jej nie zepsuje. Nikt mu jej nie weźmie.

Oto jak Herbert w swojej Tarninie opisuje takie nagłe pożary:

o szaleństwo białych niewinnych kwiatów
zamieć oślepiająca
grzbiet fali
aubada z krótkim uporczywym ostinato
aureola bez głowy

Ten tekst to jest trochę list do Ciebie, mały, rudy chłopaku!
Spóźnione dzięki za wszystko!

Twój Paweł M

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

3 comments

  1. Dziękuję Pawle, za Twoje teksty. Tak bardzo mi ich brakowało, mimo iż wcześniej nigdy ich nie znałem. Przeczytam moim synom.

    1. Dzięki za te słowa! Przepraszam za spóźnioną reakcję (2 miesiące!) ale sprawy tutaj nieco za szybko się toczą. Pozdrowienia!

  2. Piękne, ale i smutne…
    Wszystkiego dobrego