Type and press Enter.

OPOWIEŚĆ WIGILIJNA / ŚWIĄTECZNA PISANINA

Niecały miesiąc temu pisałem o adwencie i o grudniu, że zimny, że ciemny, i że trzeba przejść przez niego, jakby to był ostatni miesiąc na świecie, a potem dać się zaskoczyć, że światło jednak jest, a z nim może jakieś ocalenie. Trzeba przejść przez niego tak, że gdy już padną te słowa o „narodzie kroczącym w ciemnościach”, będzie się odruchowo i z doświadczenia wiedziało – prawda, i będzie się też wiedziało, o kim mowa. I tak po prawdzie zorganizowanie sobie ciemności nie jest wcale wyzwaniem wielkim, nawet jeśli komuś by się nie udało, natura przychodzi w sukurs z wczesnymi zachodami, wiatrem i deszczem.

Pisząc o Bożym Narodzeniu ciężko uniknąć banałów, trudno o bardziej skomercjalizowane święto: czerwone ciężarówki z pewnym napojem bąbelkowym wyruszają w trasę już z początkiem listopada, pierwsze dekoracje w sklepach  pojawiają się chyba już w listopadzie, świąteczna muzyka gra w każdej galerii i każdym radiu przez cały grudzień. Oślepieni setką reklam i tysiącem światełek możemy nie tylko nie zauważyć „światłości wielkiej”, możemy, co gorsza, zapomnieć, że jesteśmy mieszkańcami Kraju Mroków i żyć sobie, jak gdyby nigdy nic, w końcu świateł mamy wiele i święcą na tyle jasno, że o ciemności zapominamy. Oślepienie jako ekwiwalent zbawienia i ratunku to nie jest najlepsza z życiowych postaw. Tymczasem „światłość w ciemności świeci i ciemność jej nie ogarnęła”, nie na odwrót!

Setka filmów, na których wyrośliśmy, doskonale nauczyła nas tego, na czym polega magia świąt, więc jak już robimy te zakupy na ostatnią chwilę, to życzymy pani w sklepie wszystkiego najlepszego, uśmiechamy się i nawet stwierdzamy, że reszty nie trzeba, przepuszczamy się w kolejkach, na drodze nie pomstujemy na kierowcę przed nami, bez kłótni rozmawiamy z rodzicami, prawdziwe z nas zuchy. I bardzo dobrze, o każdą z tych rzeczy zadbać trzeba – jasne, dobrze byłoby zachować ten nastrój na resztę roku i zachowywać się tak codziennie i można by tu rozdzierać szaty, że tak nie jest i podejmować uroczyste postanowienia, że stan ten zmienimy, ale z drugiej strony chyba tak właśnie człowiek działa – nigdy nie okazuje tyle czułości, jak w rocznice, nigdy nie świętuje tak jak w urodziny i nigdy nie jest tak dobry dla innych jak w święta właśnie. Przemyślenia na temat czynienia świata lepszym a zwłaszcza działania w tej materii zostawiam jednak czytelnikowi, my tu się literaturą zajmujemy, nie zbawianiem świata (chociaż, jeśli dobrze to przemyśleć, to koniec końców idzie i tutaj i tutaj o to samo).

Opowieść Wigilijną widziałem już w setce ekranizacji, lepszych i gorszych, ale jeśli chodzi o lekturę, to nadrobiłem ją dopiero teraz i mimo, że streszczenie całej opowieści o trzech duchach i dziwnej przemianie pewnego starego skąpca mógłbym z zamkniętymi oczami wyrecytować o dowolnej porze dnia, tygodnia, miesiąca i roku, to jednak lektura nie nudziła mnie nic a nic. Są takie opowieści, których wysłuchać możesz i sto razy, za każdym razem ciesząc się nimi i przeżywając, jak za pierwszym razem, albo i lepiej. Książka Dickensa to jest zbiór prawd i rzeczy, które wszyscy wiemy, które jednak trzeba wciąż na nowo i na nowo powtarzać, tym głośniej i tym bardziej, im bardziej słuchane oczywistości wydają nam się banalne i odległe. Jak wynika bowiem ze wstępu, łatwo jest nam zapomnieć o tym, że mieszkamy w kraju cieni, w Ziemi Ulro. A jak już o tym zapomnimy, przeoczenie światła i innych ważnych rzeczy i idąca za nimi zguba, są już tylko kwestią czasu. Trzeba więc dbać o odświeżanie pamięci rzeczy prostych i ważnych.

Powinniśmy bardzo osobiście odbierać i przyjmować tę przemianę Scrooge’a, traktować ją jako instrument do diagnozowania siebie samych, swojego postępowania, swojego położenia. No bo zaczyna się od tego, że Ebenezer jest oślepiony, tak, jak my wszyscy jesteśmy oślepieni blaskiem i dobrodziejstwem życia w nie najbiedniejszym kraju w XXI wieku. Problem w tym, że on jest skąpy i przerysowany, więc jego ślepotę dostrzegamy z łatwością, gdy zaś przychodzimy do badania własnych nieprawd, myślimy sobie, że skoro nikogo nie zabiliśmy i kociąt w rzece nie topimy, to porządni i dobrzy z nas ludzie, przykładni obywatele. Ale mimo to, gdy w przedświątecznym okresie dostrzegamy w sobie i innych więcej niż zwykle radości i życzliwości, to myślimy sobie, że mogłoby tak już zostać, że coś mogłoby się zmienić i świat mógłby stać się lepszy. I jak to przebiegło w Opowieści?

Cały sekret w dotarciu do Prawdy. A Prawdę trzeba przeżyć, nie tylko przyjąć do wiadomości. Więc gdy do dickensowskiego kutwy przychodzą trzy duchy, to nic nie wyjaśniają, mówią tyle o ile i pokazują, pokazują, pokazują. Mamy tutaj ten piękny trójpodział na przeszłość, teraźniejszość i przyszłość, przez co opowieść duchów staje się pełna, zdaje się dźwięczeć jakimś symbolizmem, nauczyliśmy się z każdej baśni, że jeśli coś ma się stać porządnie, musi stać się potrójnie. Ale ten podział robi dobrze nie tylko opowieści, ale i samemu Scrooge’owi no i nam też oczywiście.

Gdy bohater odwiedza swoją przeszłość (a ja znam już jego teraźniejszość i przyszłość), myślę sobie, że to cholernie ważne i do ocalenia konieczne. No bo czy potrafiłby wybaczyć teraźniejszemu sobie i znieść porażającą rozpacz wywołaną przez wizję przyszłości, gdyby nie przypomniano mu tego niewinnego, pełnego zapału i dobra chłopca? I czy ja byłbym w stanie znieść ten grudzień, ostatni miesiąc na świecie, gdybym nie pamiętał, że gdzieś tam jest ten chłopiec, nazywający gwiazdy kolejnych konstelacji i wierzący, że kiedyś będzie przez teleskop oglądał i nazywał światy jeszcze dalsze? No nie dałbym. Jestem mu coś winien. I czy razem z Ebenezerem znaleźlibyśmy jakiś ratunek dla przyszłości, gdyby nie to przebaczenie, którego sami sobie udzielamy teraz? No, byłoby słabo. To wszystko są wielkie banały, ja doskonale o tym wiem, ale trzeba je przyjąć. Bo nie dostrzeże się ani ciemności ani tego, że błyszczy w niej Prawdziwe światło, jakkolwiek je nazwiemy. Nikt nas nie ocali, jeśli sami się na to ocalenie nie zgodzimy i jakiejś roboty w tę stronę nie zrobimy.

Lubimy sobie stawiać cele, kamienie milowe, zaznaczać miejsca, w których zaczynamy, miejsca w których coś osiągamy, miejsca w których kończymy. Może więc podejmowanie prób przemian w święta nie jest aż takie naiwne, jak mogłoby się wydawać? Niby każdy dzień jest dobry, wiadomo, ale jeśli znajdzie się już jakiś dzień wyjątkowy, to łatwiej od niego zacząć. Tego więc życzę – diagnozy tego, co było, tego co jest i tego, co będzie. Przebaczania i radości.

A tak na marginesie: jak udał się wam adwent? Jak udał się grudzień? Czy zobaczyliście ciemność? No to może dzisiaj i światło zabłyśnie. Tutaj chyba nie idzie najgorzej. Udało się przejść przez grudzień, siły na styczeń jakoś się znalazły. A dziś, niżej podpisany zrobił już dwie sałatki, podjadał przy tym raczej niewiele, sprzątał, a potem ćwiczył kolędy z gitarą, bo chyba będzie dziś robił za organistę na pasterce, o, niedolo! No ale przede wszystkim będzie dzisiaj świętowane. Idę się szykować, a Wy miejcie się najlepiej na świecie!

niesławny paweł m, syn Marka i Wiesławy

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *